Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Potencjał w różnorodności – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 12/2010”

Grudniowy numer Star Wars Komiks przynosi trzy opowieści. Mamy tu finał Pierwszej Bitwy o Kamino („Końca nie widać”) czyli kontynuację wydarzeń z wydania listopadowego. Pojawia się także Boba Fett („Z odzysku”) i to właśnie ta postać zdobi okładkę. Na dodatek mamy krótki epizod („Wolna pamięć”), w którym występują R2-D2 i C-3PO. Wszystkie historie pochodzą z różnych serii i przedstawiają różne podejście do uniwersum Star Wars. Trudno więc znaleźć jakiś wspólny mianownik. Pokazują jednak jak pojemny jest wszechświat Lucasa.

Numer otwiera Boba Fett, co może trochę dziwić. Do tej pory większość komiksów w magazynie publikowano według chronologii uniwersum, a akcja „Z odzysku” dzieje się w tym samym roku co „Nowa nadzieja”. „Końca nie widać” pochodzi natomiast z czasów Wojen Klonów. Ponadto, po listopadowym numerze, czytelnik oczekiwałby najpierw dowiedzieć się jak skończyła się tam zaprezentowana historia. Widocznie uznano jednak, że komiksem wiodącym powinien być ten z Bobą Fettem.

Scenariusz „Z odzysku” eksploatuje klasyczny motyw science-fiction z opuszczonym statkiem i sygnałem ratunkowym. Boba, jak każdy rozsądny łowca nagród, nie przepuści okazji i sprawdzi, czy znalezisko przyniesie mu zyski. Na miejscu czekają go jednak kłopoty. Historyjka jest sprawnie i dynamicznie poprowadzona. Nie ma tu przesadnego budowania klimatu. Jest za to akcja, a samo wydarzenie kończy się nieco ironicznie. Opowieść ma charakter przygodowy, ale w przeciwieństwie do wielu ostatnio serwowanych przez Egmont komiksów, nie ma tu epickich wydarzeń i nie ważą się losy galaktyki. To miła odmiana i dowód na to, że marka Star Wars nie musi wiązać się wyłącznie z Jedi i Sithami. W galaktyce istnieje przecież wiele istnień z własnymi interesami, pragnieniami i przygodami. Skupienie się na tych pobocznych kwestiach sprawia, że świat SW żyje własnym życiem.

„Końca nie widać”, jako finał Bitwy o Kamino, prezentuje już inne podejście do Star Wars. Kameralność znika, mamy za to rozmach i dwie potężne strony konfliktu. Z ciasnego wnętrza statku przenosimy się na pole bitwy. Potyczki myśliwców przywodzą na myśl sceny znane z filmów. Komiks jest im zresztą bliski, zwłaszcza jeśli chodzi o sceny batalistyczne. O ile jednak „Z odzysku” zakorzenione jest w Starej Trylogii (choćby ze względu na Fetta), „Końca nie widać” kojarzy się z nowymi „Gwiezdnymi wojnami”. I to zarówno pod względem scenariusza jak i strony wizualnej. Przedstawione wydarzenia, pod względem wymowy, przypominają zresztą „Atak Klonów”. Przyszłość Jedi jest spowita mrokiem, a Palpatine już prowadzi swoje machinacje. W oderwaniu od poprzedzających „Końca nie widać” zeszytów, komiks wypada jednak nieco zbyt dynamicznie. Za dużo się tu dzieje, za mało jest wyjaśnione i jeśli czytelnik przegapił numer listopadowy, opowieść może sprawiać wrażenie wyrwanej z kontekstu. Choć nie jest ona na tyle hermetyczna, by nie można było z niej czerpać przyjemności, to jednak warto znać tło wydarzeń.

Opisane powyżej komiksy nastawione są na dynamiczne prowadzenie narracji. Pierwszy przedstawia losy jednej z najbardziej charyzmatycznych postaci SW, drugi ukazuje wydarzenia ważne dla całej galaktyki. Mimo zastrzeżeń do „Końca nie widać”, obie historie można czytać bez znajomości filmów. Z „Wolną pamięcią” jest inaczej. Nie dość, że jest statyczna, to twórcy bezpośrednio odwołują się do Starej Trylogii. Komiks jest tylko pretekstem do ukazania tego, czego w filmach nie możemy zobaczyć. Uzupełnia je, dając czytelnikowi do zrozumienia, że przecież kamera nie pokazywała nam wszystkiego. Tak jak w przypadku „Z odzysku”, mamy tu próbę tchnięcia życia w uniwersum SW. I choć oba komiksy diametralnie się od siebie różnią, oba sprawdzają się w tej roli.

Także jeśli chodzi o sposób obrazowania możemy dostrzec różne podejścia do tematu. Każda z opowieści to inna kreska. O ile „Z odzysku” przypomina typowe amerykańskie komiksy z lat `90, to już „Końca nie widać” jest przedstawicielem bardziej nowoczesnego rysownictwa, wykorzystującego możliwości komputerowych programów graficznych. Warto przyjrzeć się temu, jak ewoluowała estetyka gwiezdnowojennego komiksu. To co najbardziej tu się rzuca w oczy, to układ kadrów. Oba komiksy wykorzystują lineart i dość realistycznie odwzorowują rzeczywistość. „Wolna pamięć” jest nieco inna. Kontury nie są już tak wyraźne i szczegółowe. Mocniej podkreślone zostały cienie, w niektórych momentach zrezygnowano z teł. Więcej też jest onomatopei. A mimo to wciąż można odczuć ten sam starwarsowy klimat.

Zaprezentowane w numerze komiksy to tylko drobny ułamek tego, co czeka na fana „Gwiezdnych wojen”. Pokazują one jednak potencjał, jaki tkwi w baśni Lucasa. Dobrze wiemy, że Star Wars może być mroczne, bajkowe, radosne i tragiczne; może czerpać z dzieł przygodowych, kryminalnych, science-fiction, space-opery… to tylko kwestia wyobraźni twórców i oczekiwań czytelników. Grudniowy numer nie daje wglądu we wszystkie możliwości. Pod tym względem jest dość ograniczony. Jest jednak dowodem na to, że można na różne sposoby rozwijać świat „Gwiezdnych wojen”. Nawet jeśli w ogólnym rozrachunku, numer wypada dość przeciętnie.

Dyskusja