Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Dochodzenie”

O specyfice filmów Davida Lyncha dobrze wie każdy, kto kiedykolwiek miał z nimi bezpośrednią styczność. Autor takich dzieł jak „Miasteczko Twin Peaks”, „Diuna” czy „Mulholland Drive” słynie z oryginalnego podejścia do filmotwórstwa. Jedni go za to kochają, inni nienawidzą. Kontrowersyjna na swój sposób jest także jego jedyna córka – Jennifer Chambers Lynch, która idąc w ślady ojca, ostatnio coraz częściej daje o sobie znać w filmowym światku. Wszystko wskazuje na to, że reżyserski talent to rodzinna cecha Lynchów. Jej najnowszy film, „Dochodzenie”, to jeden z najciekawszych thrillerów 2008 roku.

Na małe, spokojne amerykańskie miasteczko spada grom w postaci serii brutalnych morderstw. Z masakry jaka wydarzyła się na jednej z pobliskich dróg ocalały tylko trzy osoby. Miejscowy posterunkowy, narkomanka i miała dziewczynka, która w wyniku działań mordercy straciła matkę, ojczyma i brata. Na miejsce przybywa dwoje agentów FBI, których zadaniem jest zbadanie sprawy. Podczas przeprowadzania śledztwa okazuje się, że każda z ocalałych osób podaje zupełnie inną wersję wydarzeń. Zeznania wzajemnie się wykluczają, a przesłuchiwani niechętnie wspominają rzeź. Federalni stają przed wyjątkowo trudnym zadaniem, które może okazać się ponad ich siły.

„Dochodzenie” nie jest zwyczajnym thrillerem. To wyjątkowo posępny i mroczny film, utrzymany w ciężkiej, pełnej niepokoju atmosferze. Widz, który spodziewa się dreszczowca, jakich wiele ostatnio widziały polskie kina, niemal na pewno odejdzie od telewizora zawiedziony. Tu nic nie dzieje się zgodnie ze schematem wytyczonym przez kanony gatunku. Dzieło Jennifer Lynch jest osobliwie oryginalne, wykonane z pieczołowitą dbałością o scenariuszowe detale. Jakby tego było mało, przez długi czas trzyma widza w niepewności i nie pozwala mu oderwać się od ekranu.

Wydawałoby się wobec tego, że mamy do czynienia z wybitnym tworem, który wkrótce urośnie do miana klasyka gatunku. Otóż nie. „Dochodzenie”, pomimo całej swej specyfiki, dobrej oprawy technicznej i gry aktorskiej, jest filmem przeciętnym. Dzieje się tak ze względu na to, że scenariusz opisywanej produkcji jest wyjątkowo przewidywalny. Mimo iż układa się w logiczną całość, nie pozostawia nierozstrzygniętych wątków i potrafi zainteresować, to osoba która widziała w swoim życiu więcej niż kilkadziesiąt thrillerów domyśli się tożsamości morderców już mniej więcej w połowie projekcji. A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że winę za to ponosi nie tylko scenariusz, ale i gra aktorska (odtwórca mordercy od początku wyraźnie stara się, by zwrócić na siebie uwagę jako potencjalnego podejrzanego) czy nawet praca kamery, która w pewnych scenach zatrzymuje się zbyt długo na twarzy zabójcy. Dreszczowiec, jak wskazuje sama nazwa, ma trzymać w napięciu do samego końca, a często także zaskakiwać oryginalnym zakończeniem. W przypadku „Dochodzenia” tak się niestety nie dzieje. Zagadka, mimo iż dobrze pomyślana, jest zbyt łatwa do rozwiązania.

Nie oznacza to jednak, że „Dochodzenie” to film niewarty obejrzenia. Wręcz przeciwnie. Obraz Jennifer Lynch, mimo opisanych wyżej niedociągnięć, ogląda się z przyjemnością. Duży wpływ ma na to rewelacyjna gra aktorów – poza wspomnianym odtwórcą mordercy. Niezwykle dojrzale i umiejętnie zagrała Ryan Simpkins, w roli Stephanie, dziecka ocalałego z rzezi. W roli wyjątkowo bystrej, jak na swój wiek, inteligentnej i rozpaczającej po stracie rodziny dziewczynki, Simpkins wypadła znakomicie. Na szczególną pochwałę zasłużyła też Pell James, odtwarzająca nieco zagubioną, lecz zarazem bezpruderyjną ćpunkę, a także Kent Harper jako skruszony glina. Jak widać, szczególnie dobrze wypadli zatem aktorzy wcielający się w bohaterów ocalałych z tragedii. To dobrze, gdyż gdyby nie ten fakt, przedstawiona w filmie historia znacznie straciłaby na wiarygodności.

Ostatecznie, dobrą stroną „Dochodzenia” jest historia, opowiedziana w sposób ciekawy, wiarygodny i zastanawiający. Gdyby nie nadmierna przewidywalność scenariusza, można by pokusić się o stwierdzenie, że jest doskonała. Mimo wszystko film przez dosyć długi czas trzyma w napięciu. Znaczny wpływ na jego stworzenie miała bez wątpienia muzyka, będąca dziełem Todda Bryantona. Wprawdzie ścieżka dźwiękowa z filmu raczej nie trafi na moją winampową listę, jednak jako tło „Dochodzenia” spełnia swoje zadanie.

Film jawi się jako dobrze wykonany, ciekawy thriller z interesującą fabułą, ale i sporym, niewykorzystanym potencjałem. Wszystko byłoby w porządku, gdy nie wspominana już kilkakrotnie przewidywalność. Jest to niepotrzebna samobójcza bramka, która chociaż nie przesądza o wyniku meczu, to znacznie zmniejsza przyjemność płynącą z jego oglądania.

Ocena: 4/5

Dyskusja