Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Pozwól mi wejść”

Moda na tworzenie różnego rodzaju remake’ów trwa w amerykańskim kinie w najlepsze i nie oszczędza żadnych gatunków, a już w szczególności filmów grozy. Tylko w ciągu ostatnich kilku lat powstało wiele takich tytułów, że wspomnę tylko o przeciętnym „Omenie” w rezyserii Johna Moore’a czy nie tak dawno temu obecnym w kinach „Koszmarze z Ulicy Wiązów” według Samuela Bayera. Coraz częściej Amerykanie podejmują się także tworzenia własnych wersji filmów, które nie tak dawno temu ukazały się z dala Hollywoodu i odniosły sukcesy w innych częściach globu. Do tej pory bywało tak głównie z azjatyckimi horrorami. Całkiem niedawno natomiast w polskich kinach pojawił się „Pozwól mi wejść” Matta Reevesa, którego pierwowzór – skądinąd bardzo udany film – powstał przed dwoma laty w Szwecji.

Owen to nieśmiały, bojaźliwy dwunastolatek. Prześladowany w szkole przez silniejszych koleógów, przejęty rozwodem rodziców, jest nieco zamknięty w sobie. Pewnego razu do mieszkania obok wprowadza się wraz z ojcem jego rówieśniczka, Abby. Chłopiec poznaje ją podczas wieczornej zabawy na podwórku. Abby również niewiele mówi. Sprawia wrażenie nieprzystosowanej do życia z rówieśnikami. Mimo to, zaprzyjaźnia się z Owenem. Tymczasem wraz z wprowadzeniem się Abby, w okolicy zaczynają dziać się straszne rzeczy. Zamordowany zostaje jeden z uczniów miejscowej szkoły, a niedługo później poza miastem znalezione zostają wypatroszone zwłoki dorosłego mężczyzny. Równocześnie Owen zaczyna podejrzewać, że Abby skrywa jakąś tajemnicę…

„Pozwól mi wejść” to kolejny film, który pokazuje, że można zrobić nie tylko udany remake, ale i podejść do tematu w sposób oryginalny, nie tworząc jedynie kalki pierwowzoru. Matt Reeves, którego dotychczasowa kariera filmowa zamyka się raptem na kilku produkcjach z niezłym „Projekt: Monster” na czele, nakręcił obraz poruszający, nie będący w istocie filmem grozy, ale na długo zapadający w pamięć. Nie jest to horror dla tych, którzy lubują się w hektolitrach krwi i wypruwanych wnętrznościach, choć na dobrą sprawę brutalności w filmie nie brakuje. Odgrywa ona jednak drugoplanową rolę. Pierwsze skrzypce w „Pozwól mi wejść” gra psychologia.

Dzieło Matta Reevesa spodoba się przede wszystim miłośnikom wampiryzmu. Zwłaszcza tym, którym przejadł się wizerunek wampira-krwiożerczego mordercy, który z nielicznymi wyjątkami serwuje się w kinie od wielu, wielu lat. W „Pozwól mi wejść” pokazany jest przede wszystkim wampirzy dramat, męka bycia istotą przeklętą. Pokazana zostaje niezwykle osobliwą relacja między bohaterami, między człowiekiem a wampirem. Relacja, której próżno szukać w dotychczasowych dziełach kultury. Okazuje się, że przyjaźń między człowiekiem a istotą przeklętą – można by rzec: między drapieżcą, a potencjalną ofiarą – jest możliwa, bez względu na wszelkie wiążące się z tym trudności. Ona, zdająca sobie sprawę z własnej odmienności, pogodzona z losem, ale na swój sposób potrzebująca namiastki innego życia, on – zakompleksiony, poniewierany, szukający oparcia, na które nie może liczyć nawet wśród najbliższych, dający przyjaciółce jakąś namiastkę 'normalności'. To coś czego do tej pory nie było, a co Reeves zaserwował widzowi w taki sposób, że trudno przejść obok tej historii obojętnie.

Naturalnie, ostateczny efekt nie byłby tak dobry, gdyby nie przekonujące, stojące na bardzo wysokim poziomie aktorstwo. Najtrudniejsze zadanie stanęło przed odtwórcami dwóch głównych ról. Kodi Smit-McPhee, wcielający się w Owena, wypadł tak jak należalo i jak przewidywał to scenariusz. W filmie sprawia wrażenie nieco zagubionego, nieśmiałego i nie mogącego znaleźć akceptacji u innych. Rewelacyjnie natomiast spisała się Chloe Moretz jako Abby. Młoda, zaledwie trzynastoletnia dziewczyna, z kilkoma dobrymi rolami na koncie, odnalazła się doskonale także jako młoda wampirzyca, a w jej grze trudno doszukiwać się jakichkolwiek błędów. W znacznej mierze to jej udany występ w filmie sprawia, że opowiedziana tu historia tak bardzo przemawia do widza.

Obrazek

W filmie zadbano także o dobrą oprawę muzyczną i dźwiękową. Pozytywnie zaskoczyło mnie wykorzystanie utworów kultowych zespołów, z The Greg Kihn Band na czele. Świetnie spisali się także dźwiękowcy – to, co widz słyszy podczas seansu, skutecznie buduje pełen niepokoju nastrój, zwłaszcza wówczas, gdy akcja nabiera tempa. Na ogół jednak tego typu zabiegi nie są w „Pozwól mi wejść” niezbędne. Większość filmu zajmują mimo wszystko dialogi między bohaterami, sceny ukazujące rozwój ich wzajemnych relacji. Z tego powodu dziełu Reevesa zarzuca się dłużyzny i notoryczne nużenie widza. W zależności od tego, czego oglądający oczekuje od „Pozwól mi wejść”, może być to zarzut słuszny lub nie. Jak wspomniałem wcześniej, obraz Reevesa jest przede wszystkim dramatem, filmem psychologicznym, z elementem grozy w tle. Film ma zastanawiać, ma prowokować do pewnych przemyśleń, straszenie widza jest tu dość odległym priorytetem. Stąd jeśli ktoś szuka w horrorze wartkiej akcji i mnóstwa brutalności, to może spotkać go zawód. To po prostu nie ten film.

„Pozwól mi wejść” to jeden z ciekawszych obrazów, jakie można było ostatnimi czasie obejrzeć na dużym ekranie. Sprawdza się świetnie jako psychologiczny dramat z wampirami w tle, stanowi też udany remake szwedzkiego pierwowzoru sprzed dwóch lat. Warto go polecić zwłaszcza wszystkim tym, którzy w fantastyce i kinie grozy lubią wampiryzm – szczególnie ze względu na oryginalne podejście twórców do tematu.

Ocena: 4/5

Dyskusja