Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Zombie SS”

Horror od razu kojarzy się z USA i Hollywood. George Romero, Wes Craven, Clive Barker, John Carpenter, Tobe Hopper, Sam Raimi, nawet Steven Spielberg – co ich łączy? Pochodzenie. Wszyscy to Amerykanie, znani jako twórcy filmów grozy. Ale czy Stany rzeczywiście wyznaczają dziś trendy w horrorze? Oglądając najnowsze produkcje zza Wielkiej Wody i porównując je z dziełami europejskimi, można dojść do wniosku, że jednak nie. Okazuje się, że to Stary Kontynent – po minionej modzie na horror japoński i koreański – tworzy obecnie rzeczy nowatorskie i ciekawe. Przykładem może być kino hiszpańskie (Rec, Labirynt Fauna), francuskie (Frontiere(s), A L’interieur, Martyrs – skazani na strach) czy szwedzkie (Let me in). Zobaczmy zresztą, jak duża jest liczba remake’ów w USA. Z jakim skutkiem takie przenosiny się kończą? Dobrze wiemy. Miejmy nadzieję, że los ten nigdy nie spotka norweskiego „Zombie SS”.

Film pojawił się w roku 2009 i chociaż przeszedł u nas bez większego echa, na świecie spotkał się z ciepłym przyjęciem. W Polsce, zamiast do kin, trafił od razu do dystrybucji na DVD. Mimo to „Dead Snow” (lub też „Død Snø”) ma szansę, by zyskać status dzieła kultowego. Obraz zasługuje na to już za sam pomysł na fabułę. Mamy grupkę studentów na wypadzie w ośnieżone, norweskie góry. Zamiast świetnej zabawy czeka ich mordercza walka o przetrwanie. Było? Owszem. Film na ogólnym poziomie może wydawać się kolejnym, nudnym tytułem z rodzaju horrorów gore. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Co powiecie na to, że zagrożeniem będą dawni żołnierze SS – dziś nazistowskie zombie? Przewrotne? Na pewno. Taki zresztą jest cały ten film.

„Dead Snow” pokazuje, że wciąż możliwe jest niebanalne i inteligentne podejście do wyeksploatowanego gatunku. Wielu recenzentów opisuje ten film jako pastisz, sugerując przy tym, iż mamy do czynienia z horrorem komediowym, którego zawartość należy traktować jako zwykłą zgrywę. To tylko część prawdy. „Død Snø” to śmiertelnie poważny pastisz. Śmiertelnie – bo trup ściele się gęsto; poważny – bo nawet najbardziej absurdalne sceny są tu odgrywane na serio, a i twórcy nie wyśmiewają się i nie przesadzają z żartami; wreszcie pastisz – bo reżyser (i zarazem współscenarzysta), Tommy Wirkola, umiejętnie wykorzystuje wszystkie te elementy, do których przyzwyczaiły nas setki slasherów i horrorów typu gore, mieszając je, odpowiednio podkreślając i bawiąc się nimi w niczym nieskrępowany sposób. Tu liczy się gra konwencją. Nawet fabuła jest jej podporządkowana i wszelkie problemy z logiką są tego wynikiem (np. zachowanie bohaterów po śmierci towarzyszy, zszywanie szyi). Komediowe elementy nie mają tak naprawdę śmieszyć. Są raczej mrugnięciem oka, powiedzeniem do widza: „Hej, znasz to, prawda? Świetnie, zobacz co można z tym motywem zrobić.”

Reżyser oferuje nam rozrywkę, licząc na to, że będziemy się bawić razem z nim. Kilka scen naprawdę mocno zapada w pamięć. Kilka innych dowodzi szczególnej fantazji i wyjątkowego poczucia humoru twórców (np. niemal musicalowa scena, w której zombie wbijają bagnety, zabijając jednego z bohaterów). Oglądaliście „Martwe zło” i „Martwicę mózgu”? Podobało się Wam? Tu poczujecie się jak w domu, a do tego docenicie nawiązania. Obraz można polecić również tym, którzy z wypiekami na twarzy oglądali serię „Happy tree friends”. Kilka sekwencji (wspinaczka po jelitach, to jak jeden z bohaterów nadziewa się na drzewo) wygląda jakby żywcem zostały wyciągnięte z tej animacji. Co ciekawe, „Zombie SS” zachowuje ten sam pesymistyczny charakter co „Noc żywych trupów” Romero. W pewnym sensie to powrót do korzeni.

Ale rozrywka to nie wszystko. Specjalnie czy nie – niektóre rzeczy nie do końca pasują do komediowego czy też pastiszowego charakteru filmu. Jest tak chociażby ze sceną, w której Martin w amoku uderza zombie toporkiem, co prowadzi do tragicznego finału. Sam pomysł, by uczynić nazistowskich Niemców zombiakami i nasłać ich na studentów, choć wydaje się być na granicy dobrego smaku, także może skłaniać do refleksji. Czy symbolika płynąca z przyrównania żołnierza SS do bezmyślnego zombie, ślepo dążącego do celu, jest przypadkiem? Być może, ale faktem jest, że można próbować doszukiwać się tu drugiego dna i można temu filmowi nadawać dodatkowe znaczenia. Tym samym „Dead Snow” wymyka się prostej kategoryzacji jako horror komediowy z elementami gore.

Dużą zaletą dzieła Wirkoli jest również to, że mimo przewidywalności – nie wszystko idzie po myśli widza. Chciałoby się momentami krzyknąć: „Panie reżyserze, to nie on miał zginąć. Nie tak miało być” Nic tu nie jest pewne. Znowu wracamy do tego, że znamy zręby założeń, nie znamy szczegółów. I to one tak bardzo cieszą. Najciekawsze jest to, że całość nie została stworzona dużym kosztem, ale robi pozytywne wrażenie. Trudno odmówić uroku zombie-nazistom (szczególnie ich dowódcy). Charakteryzacja i kostiumy to dobra strona filmu (zauważyliście, że Erlend ma koszulkę z napisem „Martwica Mózgu”?). Ale nie ma też silenia się na nadmierny realizm i brutalność ujęć. To nie „Piła”, gdzie flaki latają dookoła ukazane w naturalistyczny sposób. Tu, jeśli jest trup, widać, że to lalka, a rany nie są naprawdę zadawane.

Horror ten wybija się na tle innych jeszcze z jednego powodu. Chodzi o europejskie podejście do filmu i pracę kamery. Seans zaczyna się sceną pogoni przez zaśnieżone, górskie zbocza – jeszcze nie widać dokładnie, że to zombie są wrogami – widzimy tylko biegnące sylwetki i uciekającą kobietę. Słyszymy jednak muzykę – smyczkową wersję „W grocie króla gór” Edvarda Griega – i od razu wiemy, że mamy przed sobą coś wyjątkowego. Wyobrażacie sobie muzykę klasyczną w typowym amerykańskim horrorze? Albo zbliżenie na twarz we wspomnianej pogoni czy statyczne ujęcia, gdy tajemniczy gość opowiada historię z II wojny światowej. Gdyby kręcili to Amerykanie, mielibyśmy kolejną gonitwę kadrów w dynamicznym montażu. I chociaż „Dead Snow” na pewno nieco by zyskało na bardziej teledyskowym stylu obrazowania w niektórych scenach, jak np. w finałowej rzezi, to gdyby zastosować te zabiegi względem całego filmu, zabiłoby to zupełnie jego klimat.

„Zombie SS” to produkcja nietuzinkowa, bezpretensjonalna i zaskakująca. Niestety, nie jest to film dla każdego. Widz przyzwyczajony do przeciętnego, amerykańskiego horroru, albo się znudzi po pół godzinie, albo zniesmaczony zacznie wytykać świadome decyzje reżysera jako błędy scenariusza. Również bez znajomości tego rodzaju filmów ryzykujemy, że po obejrzeniu produkcji Wirkoli spotka nas zawód. Ale jeśli podejść do niej z dystansem, zaakceptować to, że mamy do czynienia z filmem o filmie, a nie z imitującą rzeczywistość, do bólu logiczną historyjką, „Dead Snow” może nam dać naprawdę dużo satysfakcji.

Ocena: 4/5

Dyskusja