Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

3D nie jest takie złe

Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale wciąż mam przed oczyma kartkę pocztową. Znajdowały się na niej kaczki ukryte wśród traw. Była też druga. Na tej widniał łabędź. Obie kartki z wielu innych wyróżniało to, że były trójwymiarowe. Część elementów była z tyłu, inne wybijały się przed główny plan. Wyglądało to mniej więcej tak, jak dziś obraz w kinach 3D. Kartki oprócz głębi cechowały ciemne barwy i grubość. Obrazek pokrywała folia – czy karbowana, czy nie, już niestety zatarło się w pamięci. Dopiero po długim czasie dowiedziałem się, że najprawdopodobniej był to wydruk soczewkowy.

To nie jedyne trójwymiarowe obrazki, które wciąż miło wspominam z tamtego okresu. Po jakimś czasie, już po przemianach ustrojowych, pojawiło się czasopismo Dinozaury wydawnictwa De Agostini. To był rok 1994, pierwsza ich seria w Polsce. Do premierowego numeru dołączono papierowe okulary w kształcie T-Rexa z czerwonym i zielonym „szkiełkiem” (foliowym filtrem). W magazynie, w samym środku, znajdował się plakat. Na nim oczywiście widniały prehistoryczne gady, ale widoczne stawały się dopiero po założeniu okularów. W innym przypadku widać było tylko szare plamy z zielono-czerwonymi konturami.

W połowie lat ‘90 niezwykle modne było również określenie „virtual reality”. W Gamblerze, nieistniejącym już magazynie dla graczy, pisano, że być może już po dwóch dekadach hełmy VR będą szeroko rozpowszechnione. Dziś, jak ich nie było, tak nadal nie ma. Do sprawy podchodzono jednak niezwykle entuzjastycznie. Nadzieję nakręcało kino, które od TRONu przez Kosiarza umysłów po eXistenZ, sugerowało, że wirtualna rzeczywistość to tylko kwestia czasu. Podobnie było zresztą z twórcami seriali – temat pojawił się nawet w jednym z odcinków Z archiwum X. Wtórowały temu pisma branżowe, gdzie ukazywały się publikacje o zagrożeniach i korzyściach płynących z tej technologii, często kreślące wizje bliskie science-fiction.

Czasy się zmieniają. O kartkach pocztowych nikt już nie wspomina, niewielu chyba pamięta, a jeszcze mniej widziało. Trójwymiarowe obrazki także nie robią już wrażenia, o ile się jeszcze je ogląda, a o „virtual reality” mówi się wyłącznie w przenośni. Dziś wirtualna rzeczywistość to facebook, twitter, World of Warcraft i przesiadywanie godzinami przed kompem bez kontaktu z prawdziwym światem. Mamy za to coś innego. Mamy kina 3D – kolejną próbę odtworzenia obrazu widzianego ludzkim okiem w dwuwymiarowym środowisku.

Filmowe 3D nie ma jednak dobrej famy. Kogo nie zapytać, słyszymy narzekania. Pewną rolę gra tu przyzwyczajenie, indywidualne preferencje i warunki zdrowotne. Nudności czy bóle głowy, albo wady wzroku i zła praca mózgu niektórych automatycznie wykluczają z grona widzów. Inni, odstraszeni smużeniem, ciemnym, mało kontrastowym obrazem i rozmytymi konturami, będą się upierać, że kino 3D nie ma racji bytu. Można zrozumieć nawet tych, którzy w IMAXach widzą na siłę promowaną technologię, która niewiele oferuje.

Złej sławie nie ma się w sumie co dziwić. W dużej mierze winni są sami producenci filmów, kinowi decydenci i firmy wprowadzające nową technologię. Avatar pokazał, że 3D ma w sobie ogromny potencjał. Na gwałt zaczęto więc robić konwersje filmów, kręconych w tradycyjny sposób. To dzięki takiej postprodukcji kinowe 3D jest ciemniejsze od klasycznych projekcji. Inne wady wynikają z jakości samych ekranów, okularów udostępnianych na czas seansu i wykorzystywanej technologii. Wiadomo przecież, że inwestycje w najnowszy i najlepszy sprzęt, póki dostępne akcesoria generują zyski, nie będą priorytetem. Sieci kin nie są po to, by dzięki nim rozwijały się techniki wyświetlania obrazu. Również od producentów monitorów i telewizorów nie ma co oczekiwać, że mając okazję zarobić na 3D, nie spróbują wepchnąć nierozgarniętym klientom kolejnego bubla tudzież niepotrzebnego gadżetu. Podobnie jest z tym „wspaniałym HD”, które każdy „mieć musi by być na czasie” i by „naprawdę czerpać przyjemność z oglądania”.

Wic polega jednak na tym, że HD nie jest przecież czymś złym. Reklamodawca, milcząc na temat tego, że sam dekoder bez wymiany lub kupna nowego telewizora nie zapewni najwyższej jakości obrazu, strzela sobie w stopę. Nie oznacza to jednak, że technologia ta jest wyciąganiem kasy. Jest lepsza niż zwykły cyfrowy obraz. Tego nie da się zanegować. Podobnie jest z 3D. Tu jednak nie można mówić: lepsze – gorsze. Fakt, że mamy kartkę pocztową z trójwymiarową głębią nie oznacza, że kartki bez soczewkowego wydruku są do bani. I vice versa. Filmowe 3D, traktowane jako jeszcze jeden środek wyrazu, jest obszarem nieznanym i o ogromnych możliwościach. Trzeba tylko poczekać aż technologia ta się upowszechni. Niech zajmą się nią grupki maniaków ruchomych obrazków, artystów i fascynatów, chcących i potrafiących wycisnąć z 3D coś więcej niż to, co oferuje nam się w kinach.

Potrzeba ludzi, którzy nie potraktują 3D jak ciekawostki czy modnego dodatku, na który złapie się część widzów, a zamiast tego zobaczą tu metodę ekspresji i kolejne narzędzie z którego MOŻNA SKORZYSTAĆ, ale które NIE CZYNI FILMU AUTOMATYCZNIE DOBRYM. Tak jak w dobie kolorowego kina czarno-białe zdjęcia zwracają uwagę w Pi Aronofsky’ego, szybki montaż jest dobry dla kina akcji, a miękkie światło pomaga w budowaniu atmosfery intymności, tak 3D jest po prostu kolejną techniką, jaką reżyser ma do swojej dyspozycji.

Niesamowite jest przy tym to, jak wielkie emocje wywołują dziś produkcje tego rodzaju. Ciekawe czy w chwili, gdy film po raz pierwszy nabrał koloru, albo gdy wprowadzono do niego dźwięk, pojawiały się równie krytyczne opinie. Elementy dodawane były przez stosunkowo krótki okres czasu. Może nie było kiedy oswoić się z tym co jest, bo już pojawiało się coś nowego. Warto tu jednak zerknąć na poletko fotografii. Dopiero w latach 70 dzięki Williamowi Egglestonowi kolorowe zdjęcia wywalczyły sobie miejsce w galeriach sztuki. Wcześniej uważano, że tylko czarno-biała fotografia może mieć walory artystyczne, mimo że film barwny do aparatów pojawił się już w połowie XIX wieku. Ile w tym podobieństwa do wprowadzenia 3D do kin? To już pytanie do znawców obu tematów. Coś jednak jest na rzeczy, skoro 3D zdobywa sobie popularność teraz, choć pierwsze filmy stereoskopowe też mają ponoć ponad 100 lat.

Często zarzuca się, że produkcje w trójwymiarze służą tylko nabijaniu kasy producentów. Pozornie nie sposób się z tym nie zgodzić. Firmy wprowadzające tę technologię na rynek robią wszystko, by tak pozostało. Jak jednak wyjaśnić to, że poza Avatarem, obrazy tego typu nie zarabiają równie dobrze? Co więcej, mimo wyraźnej tendencji spadkowej, kolejni reżyserzy decydują się kręcić w trójwymiarze. Czy filmowcy pokroju Ridleya Scotta, Stevena Spielberga, Petera Jacksona lub Martina Scorsese naprawdę pakowaliby się w 3D, gdyby nie miało ono w sobie potencjału? Czy byliby w stanie zaryzykować grube miliony zielonych, wiedząc, że trójwymiar to tylko wydmuszka? Widz, wbrew pozorom, nie jest taki głupi, by się nabrać. Nie pozwala na stały drenaż portfela jeśli nie dostaje nic satysfakcjonującego w zamian. Jeśli film jest kiepski, nie pomogą najlepsze nawet efekty.

Ciekawym argumentem przeciwników 3D jest kwestia okularów. Mało wygodne, ciemne, ciężkie, a poza tym człowiek czuje się w nich jak idiota. Te pierwsze kwestie rzeczywiście mogą być dotkliwe, ale nie jest to aż tak straszne. Wszak wsadza się je na nos średnio na półtorej godziny, a potem ściąga i można o nich zapomnieć. Noszenie zwykłych okularów korekcyjnych czy przeciwsłonecznych bywa dużo bardziej uciążliwe. Co jednak zrobić z byciem idiotą? Cóż, z jednej strony, nie powinno to dziwić. Po usłyszeniu u okulisty, iż trzeba będzie nosić okulary, wiele osób wciąż obawia się głupiego wyglądu i zarzeka, że na pewno ich nie założy. Z drugiej strony, ręce opadają. Zaczynam się w takich chwilach zastanawiać, czy to, że sam jestem okularnikiem, czyni mnie kimś gorszym. Fakt, że mam na nosie kawałek szkła albo plastiku jest aż tak straszną rzeczą? Bo do tego tak naprawdę się to sprowadza. Zarówno okulary korekcyjne jak i te trójwymiarowe to tylko narzędzie i nie ma w tym żadnego obciachu, że się je zakłada. Tak samo jak nie ma obciachu w tym, że zamiast klepać po klawiaturze, gracz skacze i macha rękami korzystając z Kinecta czy Wii Fit.

Człowiek ma w sobie coś takiego, że chciałby naśladować rzeczywistość tak mocno, jak to tylko możliwe. Stąd pewnie próby uzyskania głębi na dwuwymiarowych obrazach, począwszy od pierwszych malowideł i obrazów, aż po trójwymiarowe kartki i kino 3D. To jak z przekonaniem, że fotografia przedstawia rzeczywistość obiektywnie. W obu przypadkach okazuje się to mitem. Fotografia zawsze będzie wypadkową zastanych warunków, użytego sprzętu, wiedzy i wrażliwości autora zdjęcia. Dwuwymiarowy obraz nigdy nie będzie w pełni trójwymiarowy. To 3D, jakie dziś mamy w filmach, nie zastąpi obrazu widzianego oczami.

Mamy jednak także i to do siebie, że nie lubimy zmian. Jeśli się do czegoś przyzwyczailiśmy, a ktoś nam każe wybierać między dwoma podobnymi do siebie rzeczami, wiadomo jaką decyzję podejmiemy. Podobają się nam tylko te melodie, które już znamy. Warto sobie tutaj zadać pytanie, co by było, gdyby filmy stereoskopowe przyjęły się przed dwuwymiarowymi. Czy dziś, mając wciskane płaskie produkcje patrzylibyśmy na niego jak na coś wspaniałego, co pozwala nam patrzeć na ekrany bez okularów? Warto też pomyśleć o przyszłości. Załóżmy, choć to w zasadzie nieprawdopodobne, że za parę lat pojawią się projektory i filmy holograficzne – jak transmisja Lei do Bena w Gwiezdnych Wojnach. Jak będziemy je oglądać? Czy obraz będzie wyświetlany na scenie, tam gdzie dziś pojawiają się aktorzy w teatrze? Czy będziemy potrafili zmienić nasze przyzwyczajenia i spojrzymy przychylnym okiem na tego rodzaju kino? Widząc to, z jaką niechęcią wiele osób podchodzi do 3D można w to wątpić.

Trójwymiarowe technologie można, ba, słusznie jest traktować ze sceptycyzmem. To nie jest tak naprawdę nic absolutnie unikalnego czy wyjątkowego. Wciąganie się w marketingowe machiny, np. producentów telewizorów wykorzystujących stereoskopię, to gruba przesada. Ale od czasu do czasu wizyta w kinie – czemu nie? 3D nie jest takie złe. I to nawet mimo tego, że zarówno technicznie jak i pod względem warsztatu twórców, to wciąż raczkująca technologia. W końcu trafi się jednak coś, co w pełni wykorzysta stereoskopowe wyświetlanie. Warunek jest jednak jeden: jako widz chcę mieć możliwość wyboru między 3D a klasycznym seansem.

Dyskusja