Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Vader na nowy rok – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 1/2011”

Mówi się, że jaki pierwszy dzień nowego roku, taki będzie cały rok. Jeśli dobrze w niego wejdziemy, to dobra passa będzie nam sprzyjać cały czas. Zastanówmy się czy tę zasadę można odnieść również do wydawnictw komiksowych. Czy pierwszy tegoroczny numer „Star Wars – Komiks” zapowiada kolejne, pomyślne jedenaście miesięcy dla tego pisma? Czy wręcz odwrotnie?

To, co od razu rzuca się w oczy podczas lektury pierwszej z trzech zamieszczonych opowieści, to niezwykle piękne ilustracje. Zaczniemy od nich, gdyż praca Chrisa Scala w opowieści „Czysta: ukryte ostrze” może zrobić na czytelniku naprawdę duże wrażenie. Praktycznie każdy kadr komiksu wygląda jak osobne dzieło malarskie. Właśnie to pragnął osiągnąć artysta, kreując wizualną stronę tej opowieści i posługując się przy tym syntezą kilku technik rysunku i obróbki.

Na uwagę zasługuje nie tylko to, ale i umiejętność przemyślanego gospodarowania przestrzenią na obrazkach. Kilka kadrów robi równie piorunujące wrażenie jak sposób, w jaki zostały namalowane. Dla przykładu należy tutaj podać na pewno stronę czwartą, na której Darth Vader zeskakuje z murów imperialnej twierdzy. Dynamiczna poza, jaką przybiera Mroczny Lord i jego falujący na wietrze płaszcz sprawia, że czytelnik może ulec złudzeniu, iż postać ta lada chwila wyskoczy ze strony. Artysta umie wykreować także i statyczne sceny, które często bywają trudniejsze w przedstawieniu. Do tej kategorii należy na pewno zaklasyfikować ilustrację z szóstej strony. Przedstawia ona kolosalną maszynę AT-AT, doskonale znaną nam z piątego epizodu. Olbrzymi kolos na czterech odnóżach dominuje nad drobnymi sylwetkami robotników, które uwijają się jak w ukropie, aby ich dzieło zostało wykonane na czas.

I to właśnie praca nad maszynami kroczącymi stanowi jedno z głównych zagadnień scenariusza W. Hadena Blackmana. Obława na Jedi już się zakończyła, pozostałe przy życiu niedobitki zakonu przestały spędzać sen z powiek panującego. Imperator Palpatine, demonstrując militarną potęgę, pragnie umocnić swoją władzę w galaktyce. Nadzorowanie procesu budowy wspomnianych pojazdów zleca swojemu uczniowi – Vaderowi. Czy okaże się on bezwzględnie lojalny wobec rozkazów swojego Mistrza? Czy jego nienawiść do pozostałych przy życiu Jedi weźmie górę nad treningiem Sith? Tego czytelnik dowie się podczas lektury najdłuższej w tym zeszycie opowieści.

Druga historia jest już zdecydowanie inna. Opowiada wszak o zupełnie odmiennym zagadnieniu. Ze względu na zbliżające się Walentynki, wydawcy postanowili opublikować historię, która będzie poświęcona uczuciu jednoznacznie kojarzącemu się z czternastym lutego, co zresztą zaznaczyli we wstępniaku. Nie można jednak powiedzieć, że przez to problematyka kolejnego komiksu będzie lżejsza – wręcz przeciwnie. Miłość to róża, a jak wiadomo, jej łodygi mają kolce.

Przekonał się o tym Ian z planety Naboo. Młodzieniec zakochał się w dobrze znanej fanom kosmicznej sagi postaci – Padme Amidali. Zanim stała się ona królową swojej planety, była normalną dziewczyną, nastolatką. Zasługiwała, jak my wszyscy, na odrobinę ciepłego uczucia. Jednak postacie, które zdecydowały się służyć swojemu narodowi, nie mogą pozwolić sobie na taki luksus.

Historia, wykreowana przez Terry’ego Moore, to nie tylko opowieść o miłości. Tytuł ten pełen jest także dworskich i politycznych intryg. Brakuje w niej jednak dynamizmu. Całość przedstawiona jest jako retrospekcja, co dodatkowo spowalnia tempo wydarzeń.

Jeżeli chodzi o rysunki to kreska Cliffa Richardsa jest bardzo typową kreską dla amerykańskiej szkoły komiksu. Linearny są bardzo oszczędne, a kolory żywe i jaskrawe. Postacie przypominają bohaterów popularnych tytułów, związanych z superbohaterami z początku lat osiemdziesiątych. Twarze postaci są jednak dobrze przedstawione i bardzo jednoznacznie rysują się na nich emocje. Doskonale podkreśla to uczucia, jakie targają młodym Ianem względem nie tylko Amidali, ale i własnego ojca – polityka.

Ostatnia historia jest nietypowa, bo niekanoniczna. Oznacza to, że zawarte w niej wydarzenia nijak mają się do oficjalnej chronologii świata Star Wars. Nie oznacza to jednak, że „Podróż w nieznane” nie jest pozycją wartościową. Ta kilkustronicowa opowieść to raczej żart na temat Hana Solo i Cheewbacki, którzy lądują na naszej planecie. Autor odpowiedzialny za tę komiksową ciekawostkę to ta sama osoba, która wymyśliła scenariusz pierwszego tytułu tego komiksu: W. Haden Blackman. Tu nawiązał między innymi do Sasquatcha, czyli tak zwanej Wielkiej Stopy. Mrugnięcie oka dostrzegamy także, gdy w komiksie pojawia się inna postać, w którą wcielał się Harrison Ford.

Od strony technicznej komiks również ma się całkiem nieźle. Grafiki, nieco karykaturalne, dobrze podkreślają nie do końca poważny klimat. Kontury są proste i kanciaste, a zarówno postacie jak i tła zostały narysowane bardzo oszczędnie. Nie oznacza to jednak, że nie są ciekawe. Rysownik w niektórych kadrach zdecydował się na bardzo mocne cieniowanie, jak na przykład w scenie gdzie Wookie walczy z Indianami na wielkim pniu drzewa.

Kilkoma słowami podsumowania można śmiało stwierdzić, że „Star Wars – Komiks” bardzo dobrze wkroczył w nowy rok. Zaprezentowane w nim historie są różnorodne i ciekawe, zarówno pod względem fabularnym jak i rysunkowym. Pozostaje mieć tylko jedno życzenie: aby pozostałe jedenaście numerów było równie udanych jak ten.

Dyskusja