Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zróbmy sobie boga – recenzja komiksu „Supergod”

Trudno jest powiedzieć o superbohaterach coś nowego. Równie trudne wydaje się stworzenie historii w konwencji superbohaterskiej, która nie wpisuje się w proste schematy i nie ulega klasycznym stereotypom gatunku. Jest to jednak możliwe i Warren Ellis dowiódł tego nie raz, chociażby w Black Summer i No Hero. Obie miniserie są wariacjami na temat ludzi obdarzonych nadzwyczajnymi zdolnościami. Razem z Supergod tworzą luźną, nie powiązaną ze sobą fabularnie trylogię tematyczną. Supergod dość mocno się od nich jednak odróżnia.

O ile Black Summer i No Hero wpisują się w konwencję, to kolejna opowieść Ellisa wykracza poza nią. W przypadku Supergod trudno nawet mówić o superbohaterach. Zazwyczaj mamy o tego typu postaciach zupełnie inne wyobrażenie. Superbohater to obrońca. On nas uratuje, pomoże, gdy zagraża niebezpieczeństwo, zatroszczy się. To chodząca sprawiedliwość, a zarazem dobry kumpel. Jest przystojny, umięśniony, inteligentny. A do tego zawsze wychodzi cało z opresji. Superbohater to wyidealizowany mit. To marzenie o tym, kim sami chcielibyśmy być. I przejaw naszej wiary w człowieka. W Black Summer i No Hero Ellis brutalnie i bezkompromisowo rozprawia się z takim sposobem myślenia. W Supergod idzie jeszcze dalej. Jak sam mówi: „Black Summer było o superludziach, którzy byli zbyt ludzcy. No Hero było o superludziach, którzy byli nieludzcy. Supergod jest o superludziach, którzy nie są już ludźmi, ale czym innym. To trzecia część tematycznej trylogii, jeśli Wam się tak podoba.” Superbohater Ellisa to bolesna (nie)rzeczywistość.

Oczywiście „trylogia” tego autora nie jest pierwszą próbą kontestacji mitu o zamaskowanych herosach z nadludzkimi zdolnościami. Wystarczy sięgnąć po przełomowe i inspirujące dzieła Alana Moore’a i Franka Millera. Supergod i pozostałe części są kontynuacją trendu, który przyniósł nam Watchmenów (czyli Strażników) i słynne historie o Batmanie (Powrót Mrocznego Rycerza i Mroczny Rycerz Kontratakuje). Komiksy te nie zadowolą byle nastolatka, żądnego przygodowych opowieści. To historie dla dorosłych, a przynajmniej dla ludzi, którzy nie szukają w obrazkowych opowieściach wyłącznie rozrywki.

Supergod jest jednak inny niż wspomniane tytuły, choćby ze względu na sposób prowadzenia narracji. W komiksie niemal nie ma dialogów. Cała historia jest przedstawiana przez Simona Reddina, brytyjskiego naukowca, siedzącego na stopniach schodków wśród ruin Londynu. Obok Tamiza, którą płyną setki trupów, w tle zniszczony, ogarnięty płomieniami Pałac Westminsterski ze słynnym Big Benem na wieży, chylącej się ku upadkowi. Apokalipsa. Monolog Reddina wyjaśnia jak do niej doszło.

Ale fabuła jest tu tylko tłem. Opowieść naukowca nie jest najważniejsza. Tak naprawdę nie wiemy nawet, na ile można mu ufać. Reddin zdaje się być szczery i nie próbuje wybielać swojej roli. Naukowiec gubi się jednak na moment w swej historii. W obliczu końca świata nie można go za to winić. Tylko czy na pewno jest zdrowy psychicznie? Czy jest wiarygodny? Jest tu kilka scen, które każą nam w to wątpić. Jednak nawet jeśli słowa Reddina nie są stuprocentowo prawdziwe, nie jest to w sumie istotne. Liczy się tematyka, po którą Ellis sięga jako scenarzysta. Fabuła jest dla niego tylko pretekstem, by przyjrzeć się ciekawszym kwestiom. Autor bierze na warsztat konwencję superbohaterów i przeprowadza myślowy eksperyment z serii „co by było gdyby…”.

Tym razem jest to próba odpowiedzi na pytanie: „co by było, gdyby stworzeni w tajnych laboratoriach superludzie myśleli zupełnie inaczej niż zwykli homo sapiens”. Co by było, gdybyśmy pragnęli – i potrafili – stworzyć przepotężną istotę, obdarzoną własną inteligencją? Czy cele takiego nadczłowieka byłyby tożsame z naszymi? Czy dałoby się go kontrolować? Czy bylibyśmy w stanie zaakceptować odmienność takiej istoty i jej – z naszego punktu widzenia – niezrozumiałe działania? Ellis nie odpowiada na te pytania w przyjemny sposób. Jego pesymizm wprawia czytelnika w zakłopotanie. Biorąc do rąk komiks o superbohaterach spodziewamy się zupełnie innych zdarzeń i zachowań postaci.

Pamiętacie Dr. Manhattana ze Strażników? Wyobraźcie sobie istotę jeszcze bardziej nam obcą. Wyobraźcie sobie, że takich istot jest więcej i żadna z nich nie przejmuje się ludźmi. To dlatego słowo „superbohater” wydaje się dziwnie nie przystawać do nadludzi z komiksu Ellisa. Myśl o tym, że istnieją istoty, których nie rozumiemy i z którymi nie można się porozumieć, jest trudna do przełknięcia. A jeśli do tego to my je stworzyliśmy? Czy to, że ich percepcja rzeczywistości może być odmienna od naszej, nie jest już wystarczająco przerażające? I czy liczymy się z tym, że te istoty, w pewnym sensie nasze „dzieci”, mogą się przeciw nam zbuntować? Ten wątek pojawia się w science-fiction bardzo często. To jednak nie jedyna kwestia, jaka została poruszona w Supergod.

Czytając komiks, nie sposób zapomnieć o potworze Frankensteina. Fakt, motyw ten wynika tu niejako z konwencji superbohaterskiej, ale obserwując metody wykorzystane do stworzenia superludzi, trudno nie myśleć o książce Mary Shelley i o dzisiejszym świecie. Nanotechnologie, cybernetyka i cyborgizacja, energia atomowa, manipulacje genetyczne, klonowanie – powoli wkraczamy w świat, który będzie niezrozumiały dla przeciętnego człowieka. Raczej nie uda nam się przewidzieć wszystkich zagrożeń i na pewno nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji naszych działań. Po lekturze Supergod powyższe zdanie i tak wydaje się nazbyt optymistycznie sformułowane. Ten komiks to nie tylko zabawa z konwencją. To także upomnienie i przestroga przed naturą człowieka i błędami, jakie non-stop popełniamy.

Ellis nie bazuje przy tym wyłącznie na własnej wyobraźni. Tak jak Strażnicy pełni byli odniesień do historii USA, tak w Supergod mamy odniesienia do sytuacji geopolitycznej XX i początku XXI wieku. Dr Reddin wspomina o Zimnej Wojnie, o talibach w Pakistanie, o dzisiejszej Rosji, Chinach, Iranie. Nawet superludzie są tu manifestacją pewnych narodowych cech i odzwierciedlają naszą rzeczywistość. Czytając zaczynamy się więc mimowolnie zastanawiać, jaka dziś jest ludzkość i czy przez tysiące lat naszej historii czegokolwiek się nauczyliśmy. Ellis odpowiada na te pytania przecząco. Jak mówi jeden z superludzi, Morrigan Lugus – jesteśmy tylko małpami w fajnych ubraniach, modlącymi się do byle patyka czy kamienia. Stwór dopowiada przy okazji czym dla nas są bogowie.

Tu też pojawia się najważniejszy temat tej historii. Reddin zaczyna swój monolog od opowieści o biblijnym złotym cielcu. Motywy dotyczące religii przewijają się zresztą przez cały komiks. Nie chodzi jednak o krytykę jakiegokolwiek wyznania. Ellis przygląda się po prostu temu, w jaki sposób stwarzamy sobie bogów. Superbohaterowie – spadkobiercy starożytnych, mitologicznych bóstw – idealnie się do tego nadają. Nasi obrońcy, mesjasze, którzy mieli rozwiązać wszystkie nasze problemy (i przy okazji pozbyć się naszych wrogów), okazują się być bramą do apokalipsy. Nie bez powodu na okładce angielskojęzycznego wydania komiksu widnieje hasło: Praying to be saved by a man who can fly will get you killed (Modlitwy o ratunek ze strony ludzi potrafiących latać, przyniosą Ci tylko śmierć).

Człowiek ma w sobie coś takiego, że szuka poczucia bezpieczeństwa. Naszych bogów często traktujemy przy tym jak niezniszczalną tarczę. Chowamy się za nią, licząc na jego lub jej pomoc. Czy rzeczywiście powinniśmy polegać na jakiejś potężniejszej od nas sile? Komiksy z superbohaterami, ukazujące nasze tęsknoty i nadzieje, w dużej mierze opierają się na takim właśnie podejściu do tematu. Pojawia się tu jeszcze jedno pytanie. Człowiek nie lubi się czuć samotnie. Być może dlatego kreujemy bogów, nierzadko antropomorfizując to, co niematerialne i abstrakcyjne. Na ile jednak przejmują oni wówczas nasze cechy? Czy rzeczywiście jest tak, że to Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, czy też przeważają nasze o nim wyobrażenia i to my stwarzamy go takim, jakim chcielibyśmy go widzieć? Patrząc na te kwestie po lekturze Supergoda, warto się zastanowić, czy dziś wciąż nie gapimy się na złotego cielca.

Komiks Ellisa nie jest bez wad. O ile Strażnicy byli wielopłaszczyznowi, o tyle Supergod skupia się w zasadzie wyłącznie na jednym temacie, inne traktując dość powierzchownie. Dzięki temu jest bardziej spójny, ale ta jednowymiarowość odbiera mu uniwersalny charakter. Pewien problem stanowi też sama opowieść Reddina. Nie chodzi tu jednak o to, że jest jednostronna – to dość naturalne w jego sytuacji. Kłopot polega na tym, że jego monolog jest niemal wyprany z emocji. Reddin mówi chłodno, z dystansem, przy okazji jest nieco cyniczny, ale i rozgoryczony. Czytelnikowi niełatwo jest się postawić w jego sytuacji. Reddin – tak jak superludzie – jest nam obcy. Paradoksalnie ten brak zaangażowania czytelnika w historię i postaci, pozwala skupić się na tym, co Ellis próbuje przekazać. Wada zamienia się w zaletę, choć nie dla każdego takie spojrzenie będzie w pełni usprawiedliwione.

Irytować może również to, jak Ellis „oszukuje” czytelnika. Podkreśla niektóre kwestie, sugeruje, że są ważne, ale potem okazuje się, że byliśmy wodzeni za nos. Zamiast olśnienia i podziwu wobec sprytnego poprowadzenia scenariusza pojawia się rozczarowanie, gdy te akcenty nie są wykorzystywane albo nie pasują do tego, co się dzieje na dalszych stronach komiksu. Widać po tym, że historia była budowana z myślą o zeszytach i mamy tu do czynienie z próbami sztucznego udramatyzowania opowieści. Z powyższym zarzutem wiąże się również to, że Ellis wprowadza wątki, które niewiele wnoszą do historii. Budują co prawda tło i nastrój opowieści, ale mogłyby się równie dobrze nie pojawić; wydaje się, że wepchnięto je na siłę. Tak jest na przykład z postacią Haile Sellasje, którego zwłoki również próbowano zamienić w podległego ludziom nadczłowieka. Z tej informacji nic jednak nie wynika i nie rozwija się ona w żaden sposób. Autor stawia również wiele pytań, ale wydaje się uciekać od odpowiedzi na nie. Jest tak na przykład wtedy, gdy nasz naukowiec wspomina o dyskusji w laboratorium na temat tego, co czyni boga – moc zniszczenia czy tworzenia.

Także i wobec rysunków można mieć kilka krytycznych uwag, ale Garri Gastony wykonał przy nich fantastyczną robotę. Jego zadaniem było pokazanie opowieści w retrospekcji, bez podpierania się dialogami i artysta znakomicie sobie poradził. Niektóre kadry są wprost urzekające, o ile można tak mówić o wizji apokalipsy. Już pierwsza duża plansza – wspomniany widok na Pałac Westminsterski – robi spore wrażenie i pokazuje ogrom tragedii. Obrazy zniszczenia są tu naprawdę sugestywne i świetnie zaprojektowane. Mimo że opowiadana tu historia jest statyczna, sporo się na kartach komiksu dzieje. Kadry są dynamiczne i żywe, co podkreślają nasycone barwy, świetnie cieniowanie i przejrzystość ilustracji. Przedstawiają rzeczywistość z realistyczną dokładnością i szczegółowością, przy zachowaniu komiksowego charakteru. Warto podkreślić, że pojawia się tu sporo scen, które równie dobrze mogłyby trafić do X-Menów, Avengersów czy Supermana. Gastony doskonale eksponuje superbohaterskie korzenie opowieści.

Dostrzec to można również przy sposobie wizualizacji nadludzi. Warto się pochylić nad tym, jak zostali wykreowani. Oczywiście odpowiadają kanonom gatunku – nie znajdziemy tu chuderlaków, grubych, brzydkich – fizycznie są doskonali, wszak to „nowi superbogowie”. Każdy z nich jest przy tym inny, wyjątkowy. Hinduski Krishna zachwyca błękitem skóry i ciepłym, miękkim obliczem. Powstaje dzięki temu piękny kontrast – niebieski to symbol spokoju, a to właśnie działania tego superbohatera zapoczątkowują katastrofę. Z kolei radziecki Novaja Goraj zwraca uwagę ciekawym designem, nawiązującym do lat 60. Równie imponujący jest Morrigan Lugus, ukrywany przez Brytyjczyków. Najbardziej intrygująca postać to Dajall, który żyje poza czasem i jak Paul Atryda z Diuny, widzi wszelkie możliwe przyszłości. Jego ciało składa się jednak z fioletowych kryształów. Najnormalniej w tym towarzystwie wyglądają Matreya, Malak al-maut i Jerry Craven, ale i na nich patrzy się z przyjemnością. Matreyę warto tu jednak wyróżnić. Jego konfrontacja z Krishną robi ogromne wrażenie – zajmuje aż sześć stron bez żadnego tekstu, ale ma ogromną siłę wyrazu. To jeden z najmocniejszych wizualnie punktów komiksu. Podobnie jest z wcześniejszą potyczką Krishny z Perunem. W obu przypadkach mamy odpowiedni dynamizm, świetne stopniowanie napięcia, ale walka Matreyi ma jeszcze większy rozmach. Stworzony przez niego lovecraftiański potwór (przypominający Cthulhu) jest naprawdę przerażający i to mimo ciepłej, jasnej kolorystyki. To koszmar, którego nie powstydziłby się samotnik z Providence.

Nie sposób również przejść obojętnie obok okładek. Największe wrażenie robią ukrzyżowany superbohater, ołtarz otoczony szkieletami i trawestacja „Ostatniej wieczerzy” Leonarda da Vinci. I choć wszystkie te obrazki są naprawdę fantastyczne, to i w nich dostrzec można ten chłodny dystans do ludzkości, z jakim Reddin prowadzi swój monolog. Chociażby przez to, że obecność człowieka w tym chaosie nie została wyeksponowana. Ludzie są pokazani (jako ofiary), ale to nie na nich Gastony się skupia. Obrazy tragedii – na przykład eksterminacja 90% ludności Indii przez Krishnę czy wybuchające bomby atomowe – nie wywołują większych emocji. Gastony ma zresztą kłopot z przedstawianiem zwykłych osób. Może robi to specjalnie, ale anonimowi Chińczycy, Hindusi, Irańczycy i Amerykanie wyglądają praktycznie jednakowo. Różnice w ich wyglądzie nie są tu wystarczająco dobrze podkreślone.

Supergod to komiks przygnębiający w swojej wymowie. Jego lektura prowokuje do myślenia i jest ciekawym doświadczeniem. W reportażu Wściekły pies Wojciecha Tochmana, anonimowy ksiądz mówi: „Czasami myślę, że wykreowaliśmy nieludzki obraz Stwórcy. Daleki od życia, od człowieka.” Słowa te najlepiej obrazują wokół jakiej myśli krąży ta opowieść. Nie da się jednak ukryć, że historia Reddina bardziej przypadnie do gustu miłośnikom komiksu i superbohaterów niż przeciętnemu czytelnikowi. Supergod to z pewnością inspirujące dzieło, oferujące unikalny sposób patrzenia na superludzi. Wątpliwe jednak, by pojawiło się wielu naśladowców. Idea superbohatera jako istoty zupełnie nam obcej wydaje się nie być zbyt przyswajalna w mainstreamowym komiksie. Trylogia Ellisa na pewno nie będzie miała aż tak szerokiego wpływu jak Strażnicy. Supergod nie zrewolucjonizuje gatunku. Zresztą, wcale nie musi. Jako eksperyment i asumpt do rozważań nad tym, jaki obraz bogów sami sobie tworzymy, sprawdza się doskonale. To wystarczająco dużo.

Dyskusja