Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Białe nie jest takie białe – recenzja komiksu „Fantasy komiks 1/2011”

A czarne idealnie czarne

Walka dobra ze złem. Odwieczny temat. Zło jest mroczne, demoniczne i bezwzględne. A dobro prawe, heroiczne i honorowe. Wydawało by się to takie proste i jasne. Ale w życiu tak nie jest. Nie wszystko to, co wydaje się białe, jest takie naprawdę, a i idealnej czerni nie ma. Możemy się o tym przekonać czytając historie przedstawione w pierwszym numerze antologii „Fantasy komiks” w 2011 roku.

O prawdziwości tej tezy świadczy już w pierwsze z trzech zestawionych opowiadań. W „Sloka: Biały świat” ścierają się ze sobą dwie armie. Z jednej z nich pochodzi tytułowy bohater, młody pilot. Wydawałoby się więc, że skoro gra on pierwsze skrzypce, to jego strona konfliktu jest tą „właściwą”. Nic bardziej mylnego. Jak mogliśmy się przekonać w poprzednich zeszytach, jego pobratymcy zdołali urządzić Sloce i jego nowym przyjaciołom prawdziwe piekło na ziemi. Raj spłynął krwią.

Dramatyzm chwili wymagałby, aby w swojej batalii przeciw oprawcom młodzieniec stanął sam. Tak jednak nie jest. Dopomagają mu w tym duchy i bogowie tubylców, wśród których pilot znalazł nowy dom. Jak przyjdzie nam się przekonać, także i one nie są jednoznacznie kryształowe i dobre w swych zamiarach. Wymagają by główny bohater wyrzekł się miłości w celu uzyskania kontroli nad mocą. Mocą, która może uratować świat.

Fabularnie i ta część cyklu jest wielopłaszczyznowa i złożona. Brak w niej co prawda zbytniej ilości wątków pobocznych, ale one mogłyby tylko odciągać uwagę czytelnika. Nie sposób jednak odmówić stwierdzenia, że komiks ten, choć dzieje się w świecie fantastycznym, to porusza wiele uniwersalnych problemów. Takich, jakie towarzyszą nam w normalnym życiu, np. podejmowania właściwych decyzji.

Za rysunek odpowiada Adrien Floch. „Sloka” jest co prawda jednym z jego wczesnych projektów i w porównaniu z jego nowszymi pracami (np.: „Rozbitkowie z Ythaq”) widać różnicę. Nie sposób jednak odmówić mu talentu i umiejętności posługiwania się kreskami w kreowaniu świata. Postacie oddane są realistycznie, ale tylko do pewnego, typowego dla frankofońskich komiksów, stopnia. Pewne ich detale są zaburzone i przejaskrawione. Idealnym przykładem dla poparcia tej tezy jest postać Koronera Krala. Jego szeroka żuchwa pełna jest wielkich zębów jak u goryla. Ze względu na imponujące mięśnie przypomina on to zwierzę także swoją sylwetką.

Także w ”Lasach Opalu” mamy do czynienia ze wspomnianą problematyką dobra i zła. Jak zdążyliśmy się przekonać w poprzednich częściach tej serii, główny obrońca światła i głowa kościoła w jednym, pontyfik Xarchias, dba tylko o realizację własnych diabolicznych planów, a nie o obronę dobra. A teraz weszły one w decydującą fazę. Musi tylko zjednoczyć wszystkie siedem swoich dzieci.

Tylko młody Darko, główna postać tego komiksu, jest w stanie go powstrzymać. Ale czy mu się to uda, skoro nie zdążył jeszcze opanować potęgi jaką dysponuje? A na domiar złego, w jego najbliższym otoczeniu ujawnia się jedno z dzieci pontyfika.

Arleston stawia przed nami kolejne i coraz bardziej liczne wątpliwości, nieoczekiwane zwroty akcji i inne, wymyślne niespodzianki fabularne. Podobnie jak Xarchias, nie wszyscy w otoczeniu Darka zdają się żywić szczere intencje. Nawet w magicznych, leśnych kryjówkach zdarza się coś tak trywialnego jak egoizm i zazdrość.

Jak twierdzi wydawca, oprawa plastyczna tego albumu jest debiutanckim projektem rysownika imieniem Pellet. Jak na debiut to rezultat można uznać za naprawdę zadowalający. Mało tego, prace naprawdę robią kolosalne wrażenie. Urzekają ilością szczegółów i bogactwem detali. Nierealny świat odwzorowany jest w każdym nawet najmniejszym elemencie. Dzięki temu zarówno baśniowe miejsca jak i wymyślone obce rasy wydają się realne.

Nie może dziwić więc fakt, że to właśnie praca Pelleta zdobi okładkę tego numeru. Nadludzkich rozmiarów demon wygrywa z okutym w zbroję paladynem Światła. Mogłoby się wydawać, że to właśnie demon jest negatywną postacią, a rycerz tylko biednym śmiałkiem. Żołnierz służy jednak niegodziwym intencjom, a potwór to w rzeczywistości Ghorg – przyjaciel Darka.

Ostatnią, wieńczącą ten numer, opowieścią jest finisz dwuczęściowej „”Legendy Troy: wyprawy Alunysa”. Poznamy w niej dalsze losy drużyny składającej się z tytułowego mędrca, zadufanego w sobie Matupeta i pierwszej kobiety ubiegającej się o tytuł naukowy Mari Kiri. No i kota. Kot jest bardzo ważna postacią, bo, na skutek nieszczęśliwego eksperymentu magicznego, Alunys wymienił się ze swoim pupilem częścią osobowości. Teraz tylko pomoc istot rozumiejących wszystkie możliwe języki świata jest w stanie uratować mędrca od totalnego zezwierzęcenia. A raczej zkocenia.

Jak widać na powyższych przykładach opowieść wymyślona również przez Aslestona jest potraktowana z mocnym przymrużeniem oka. I tak ma być. Obfituje ona nie tylko w dowcip słowny lub postaciowy, ale również w gagi sytuacyjne. Do tych ostatnich na pewno można zaliczyć to, kiedy Mari Kiri zamiast poddać się brutalnej sile fizycznej kapitana piratów, robi jemu i jego załodze cały szereg sesji psychoterapeutycznych.

Lekki i zabawny charakter tej historyjki doskonale odzwierciedlają rysunki duetu Cartier/Pepoy. Postacie przez nich przedstawione to parodie w czystej formie. Sędziwy mistrz jest chudy i powykrzywiany jak stare drzewo, a student Matupet żywo przypomina filmowych amantów. Podobnie przerysowane są zwierzęta, a nawet elementy scenerii. Doskonale uwidocznia to kadr, w którym bohaterowie wspinają się na skały o nieprawdopodobnych kształtach i nierealnych krzywiznach.

„Legendy Troy” to nie jedyna humorystyczna opowieść zawarta w almanachu. Zaliczają się do nich także „Gobliny” i „Krasnoludy”. Niestety z racji ograniczenia zawartości ze stu czterdziestu czterech stron na sto trzydzieści dwie, każdy z tytułów otrzymał tylko po jednej kartce, a nie, jak dotąd, po kilka. W wyniku tych samych cięć, zabrakło też miejsca dla artykułów, które do tej pory przybliżały czytelnikom inne znane serie komiksowe związane z fantasy i science–fiction.

Zgodnie ze zmianą z poprzedniego numeru, wynikającą z podwyżki VAT-u za almanach przyjdzie nam zapłacić o dziesięć złoty więcej niż za pierwsze numery, czyli niecałe trzydzieści. To i tak na szczęście w miarę dobra cena za grubo ponad setkę stron wyborowych komiksów. Oby tylko kolejny tom antologii trafił do sprzedaży bez jakichkolwiek poślizgów czasowych, bo numer pierwszy takowy zaliczył. Na szczęście to tylko drobiazg, który przy radości czerpanej z tak dobranych historii jest całkowicie nieistotny.

Dyskusja