Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Dziewiąty Legion” – fragment

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

Testudo nie było formacją szturmową, lecz nie miało sobie równych, gdy należało szybko doskoczyć na wyznaczoną pozycję lub przedrzeć się przez szyki nieprzyjaciela. Także jego przerażający wygląd mógł odstraszyć wroga. Gdy formacja zjawiła się niespodziewanie i spadła z góry z miażdżącym impetem, skłębieni tubylcy cofnęli się z chwilowym przestrachem. Dzikie mrowie zawahało się i na moment straciło animusz, co zaraz zauważyli i wykorzystali broniący się żołnierze z oddziału patrolowego. Ze zwierzęcym okrzykiem ruszyli na spotkanie swoich kamratów.

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

Testudo nie było formacją szturmową, lecz nie miało sobie równych, gdy należało szybko doskoczyć na wyznaczoną pozycję lub przedrzeć się przez szyki nieprzyjaciela. Także jego przerażający wygląd mógł odstraszyć wroga. Gdy formacja zjawiła się niespodziewanie i spadła z góry z miażdżącym impetem, skłębieni tubylcy cofnęli się z chwilowym przestrachem. Dzikie mrowie zawahało się i na moment straciło animusz, co zaraz zauważyli i wykorzystali broniący się żołnierze z oddziału patrolowego. Ze zwierzęcym okrzykiem ruszyli na spotkanie swoich kamratów.

A tymczasem Marek na czele połowy centurii uderzył w tabun rozwścieczonych nieprzyjaciół. Formacja musiała zwolnić i prawie się zatrzymać, a mimo to niezmordowanie parła przed siebie. Raz nawet pękła, lecz zwarła się na nowo. Zbrojny klin wdzierał się coraz głębiej w szeregi tubylców, aż przyszła chwila, kiedy przestał spełniać swe zadanie. Przekrzykując bitewny zgiełk, Marek zawołał do trębacza:
– Graj sygnał do rozproszenia!

Czyste dźwięki trąbki wzniosły się ponad wrzawę. Żołnierze opuścili tarcze i skoczyli na boki, żeby zrobić sobie miejsce do walki. Las włóczni pokłuł rozkołysaną hordę tubylców, siejąc śmierć i zamęt tam, gdzie żelazne groty trafiły w cel. Następnie rozległo się: – Miecze w dłoń! – a zaraz potem okrzyki: – Za cesarza! Za cesarza! – gdy zaczęto chlastać nieprzyjaciół.

Z tyłu dzielna grupa kawalerzystów próbowała oczyścić im drogę odwrotu, z przodu legioniści z patrolu walczyli zaciekle, żeby się z nimi połączyć, jednakże między jednymi a drugimi nadal wznosił się mur wrzeszczących, miotających się wojowników. Wśród nich Marek ponownie wypatrzył postać z sierpem księżyca na czole. Ze śmiechem na ustach rzucił się na wroga, a za nim reszta żołnierzy.
W końcu oddział patrolowy i ten wysłany mu na pomoc spotkały się i zlały ze sobą. Od razu rozpoczął się odwrót. Utworzono szyk o kształcie zbliżonym do rombu, który był równie trudny do uchwycenia, co mokry kamyk z rzeki, ściskany w palcach. Tubylcy napierali zewsząd, lecz z wolna, stopniowo, dzięki krótkim mieczom, kąśliwym jak żywe istoty, i jeźdźcom torującym drogę gwałtownymi szarżami, do bramy fortu zbliżali się ci, którzy utrzymali się przy życiu.

Bliżej, coraz bliżej… Aż raptem szeregi wroga przerzedziły się. Marek, walczący przy brzegu, zerknął przez ramię i ujrzał nad sobą wieże oraz rój obrońców, gotowych na ich przyjęcie. Wtem dało się słyszeć ostrzegawcze granie trąbek i rosnący grzmot kół i kopyt. Zza załomu wzgórza, prosto z lasu, wypadła zakrzywiona kolumna rydwanów.

Nic dziwnego, że się przerzedziło.
Mocarne wozy bojowe od dawna były zakazane wśród tubylczych plemion, więc pędziły teraz na nich lekkie rydwany podobne do tego, którym kierował Marek przed dwoma dniami. Każdy prócz woźnicy wiózł tylko włócznika. Jednakże starczyło jedno spojrzenie – gdy się tak zbliżały, ciągnięte przez rącze konie – aby dostrzec budzące grozę kosy, osadzone w piastach kół.

Zwarty szyk nie nadawał się do niczego w obliczu takiego zagrożenia, zwłaszcza że w gorączce walki potracono włócznie.

I znów trębacze przekazali rozkaz. Legioniści momentalnie porzucili szyk, rozpierzchli się i pognali w stronę bramy. Nie łudzili się, że dotrą do niej, nim dosięgną ich rydwany, lecz dyszeli z wysiłku, chcieli bowiem bronić się przed wrogiem na jak najwyższym terenie.

Markowi, gdy tak biegł z innymi, wydało się nagle, że nic nie waży, nic a nic! Przenikała go na wskroś rzeczywistość przemijania, smak życia trzymanego przezeń w garści, które można odrzucić jak błyszczące kulki – przedmiot dziecięcych zabaw w ogrodach Rzymu. W ostatnim momencie, kiedy napastnicy siedzieli im już na karku, odbiegł od swoich żołnierzy, ruszył w przeciwną stronę, a potem, odrzuciwszy miecz, stanął, gotów do skoku, naprzeciwko zbliżających się rydwanów. Gdy pozostało mu już tylko kilka chwil, jego umysł pracował nadzwyczaj jasno i chłodno; odnosił wręcz wrażenie, że ma jeszcze sporo czasu na rozmyślania. Gdyby skoczył ku koniom zaprzęgniętym do pierwszego rydwanu, raczej by nie powstrzymał ich dzikiego galopu, prawdopodobnie zostałby potrącony i rozjechany. Lepszy skutek mogło przynieść zaatakowanie woźnicy. Gdyby go powalił, zaprzęg przestałby iść równo, a na stromym zboczu pozostałym rydwanom byłoby trudno ominąć zawalidrogę. Czekało go wielce ryzykowne zadanie, ale w razie powodzenia zyskałby dla żołnierzy tych kilka cennych chwil, które decydują o życiu lub śmierci. On sam wiedział – w tej kwestii nie miał żadnych złudzeń – że zginie. Już byli przy nim. Kopyta napełniały dudnieniem chyba cały wszechświat. Czarne grzywy rozwiane na tle nieba… Konie, które nazywał swoimi braćmi jeszcze dwa dni temu. Cisnął między nie swoją tarczę, odsunął się w bok i odnalazł wzrokiem szarą twarz woźnicy: był to Cradoc. Na jedną ulotną chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały i odmalowało się w nich coś jakby pozdrowienie, czy raczej pożegnanie dwóch ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby zostać przyjaciółmi. W końcu jednak Marek pochylił się nad opadającą włócznią, poderwał się w górę i rzucił się na przedni łuk rydwanu. Całym ciężarem swojego ciała przygniótł lejce, które miejscowym zwyczajem Cradoc obwinął sobie wokół nadgarstka. Konie teraz gnały poza wszelką kontrolą. Marek zwarł się z Cradokiem i obaj runęli w dół. Uszy mu puchły od przeraźliwych końskich kwików i trzasku pękającego drewna. A potem niebo i ziemia zamieniły się miejscami. Nie wypuszczając z uścisku nieprzyjaciela, zwalił się pod grzmiące kopyta, pod koła zbrojne w kosy, pod bok przewracającego się rydwanu. Zakręciło mu się w głowie i ogarnęła go czarna pustka.

____________________________________________________________________________________________

Pierwszym punktem programu była walka wilków z niedźwiedziem brunatnym. Niedźwiedź nie chciał walczyć, więc asystenci musieli go poganiać długimi, giętkimi biczami. Zwierzę po chwili było już zagryzione, czemu towarzyszyły owacje tłumów. Ścierwo zostało ściągnięte z areny, a z nim dwa rozszarpane wilki. Pozostałe zagnano do klatki na kółkach, a krew posypano świeżym piaskiem. Marek bezwiednie skierował wzrok na dziewczynę w ciemnym kapturze, która siedziała skamieniała, blada jak płótno, z przerażeniem w oczach. Nadal dziwnie poruszony wymianą spojrzeń z wystraszonym młodym gladiatorem, uczuł w sobie niespodziewaną wściekłość na Kaesa za to, że pokazuje małej dziewczynce tak wstrętne widowisko; wściekłość na wszystkie igrzyska i wszystkich ludzi, którzy zlatują się je oglądać z wywieszonym jęzorem, a nawet na niedźwiedzia za to, że dał się zagryźć.

Następnie przyszła kolej na ustawianą walkę, przy czym nikt nie ucierpiał: skończyło się na lekkich, powierzchownych obrażeniach (na głuchej prowincji zarządcy cyrku nie szastali życiem gladiatorów). Potem rozegrano pojedynek bokserski, w którym za sprawą cestusów, ciężkich rękawic nabijanych ćwiekami, polało się o wiele więcej krwi niż przedtem za sprawą mieczy. Nastąpiła przerwa. Arenę posprzątano i posypano czystym piaskiem. Aż nagle rozochocone tłumy wydały z siebie długie westchnienie. Nawet znudzony młody trybun wyprostował się i wbił oczy w arenę, albowiem ponownie zabrzmiały trąbki, drzwi otwarły się szeroko i na olbrzymim placu stanęły obok siebie dwie postacie. Oto prawdziwa rozrywka: walka na śmierć i życie.

Na pierwszy rzut oka jeden był gorzej uzbrojony od drugiego. Pierwszy miał przy sobie miecz i puklerz, zaś jego przeciwnik – drobny, czarnowłosy mężczyzna, przypominający Greka budową ciała i rysami twarzy – niósł w ręku trójząb, przez ramię natomiast przewiesił złożoną sieć, obciążoną małymi ołowianymi dyskami. Marek jednak znał się na rzeczy i wiedział, że przewagę ma człowiek z siecią, czyli rybak, jak takich nazywano. Z ciężkim sercem rozpoznał w drugim mężczyźnie zatrwożonego młodego wojownika.
– Nigdy nie lubiłem sieci – narzekał wujek Akwila. – To nie będzie czysta walka, o nie!

Jeszcze przed chwilą Marek przejmował się chorą nogą, którą łapały bolesne skurcze. Wiercił się na wszystkie strony, próbując złagodzić ból, ale tak, żeby wujek niczego nie zauważył. Teraz jednak, gdy gladiatorzy szli na środek areny, zapomniał o dolegliwościach.

Ryk, z jakim przywitano uczestników pojedynku, ustąpił martwej ciszy. Na środku areny dowódca gladiatorów pokazał walczącym, gdzie mają stanąć. Skrupulatnie wyznaczył im miejsca oddalone od siebie o dziesięć kroków – takie, żeby żadnemu nie pomagało słońce ani wiatr. Dowódca spełnił swoje zadanie szybko i ze znawstwem, po czym wycofał się do barierek.

Czas płynął, nikt się nie ruszał. Przedłużała się chwila, w której stali w bezruchu, otoczeni kręgiem wpatrzonych w nich twarzy. W końcu wojownik z mieczem zaczął się wolno przesuwać. Nie spuszczając wzroku z przeciwnika, przekładał ostrożnie stopy. Lekko pochylony, zasłaniał się okrągłym puklerzem i skradał się, skradał, przygotowany do skoku w odpowiednim momencie.

Rybak tymczasem nie ruszał się z miejsca, przyczajony na ugiętych nogach. W lewej ręce trzymał trójząb, prawa ginęła w fałdach sieci. Tuż poza zasięgiem sieci wojownik zatrzymał się na długą, pełną napięcia chwilę, po czym skoczył. Jego atak był tak szybki, że sieć przeleciała mu niegroźnie nad głową. Rybak odskoczył w tył i trochę w bok, żeby uniknąć kłującego miecza, a następnie odwrócił się i popędził co tchu przed siebie, zwijając w biegu sieć przed następnym rzutem. Młody wojownik rzucił się w pogoń. Przebiegli tak pół areny, coraz bardziej zmęczeni. Wojownik nie był tak wysoki i gibki jak jego przeciwnik, lecz biegł krokiem myśliwego – być może gonił za sarnami, nim przekłuto mu ucho – i teraz zbliżał się do swej ofiary. Obiegli zakręt barierek, kierując się w stronę ław urzędników. Tuż pod nimi rybak obrócił się i ponownie rzucił sieć. Ta wystrzeliła niczym ciemny płomień i owinęła się wokół rozpędzonego wojownika, tak bardzo zajętego pościgiem, że zapomniał się zasłonić. Mordercza sieć, obciążona ciężarkami, owinęła się kilka razy wokół nieszczęśnika, który poleciał na ziemię i przetoczył się po piasku, bezradny jak mucha w pajęczynie. Widownia wyła.

Marek wychylił się do przodu. Nie mógł chwycić oddechu. Wojownik leżał dokładnie pod nim – tak blisko, że mogliby rozmawiać półgłosem. Rybak stał nad powalonym przeciwnikiem z trójzębem przygotowanym do ciosu i z uśmieszkiem na ustach, choć oddychał ze świstem przez rozszerzone nozdrza. Rozglądał się, posłuszny woli tłumów. Leżący człowiek wykonał drobny gest ręką zaplątaną w sieci, jakby chciał zwyczajem pokonanych gladiatorów prosić o litość, lecz duma kazała mu opuścić ją na ziemię. Przez oka sieci spojrzał prosto na Marka, zatopił w niego wzrok tak głęboko, jak gdyby w tym olbrzymim amfiteatrze byli tylko oni dwaj.

Marek wstał migiem, jedną ręką chwycił się poręczy barierki, drugą zaś domagał się litości. Powtarzał ten gest wiele razy z niezłomnym przekonaniem, wkładał w to całe serce, omiatając wyzywającym spojrzeniem zatłoczone trybuny, na których widać już było kciuki obracające się w dół. Jak tu skłonić tę tłuszczę, niewymownie głupią, bezlitosną tłuszczę, do wyrzeknięcia się krwi, której tak bardzo pragnęła? Jej widok przyprawiał go o mdłości. Czuł w sobie niezwykły zapał bitewny, który nie byłby większy nawet wtedy, gdyby stał z mieczem w ręku nad leżącym przeciwnikiem. W górę kciuki!

W górę, bałwany! Od samego początku miał świadomość, że wujek Akwila wskazuje kciukiem niebo. Nagle zauważył, że następni idą w jego ślady, potem jeszcze inni. Przez długą, bardzo długą chwilę ważyły się losy pokonanego wojownika, aż w końcu, gdy uniósł się w górę las kciuków, rybak wolno opuścił trójząb, ukłonił się drwiąco i cofnął.

Marek zadrżał i odetchnął. Znów targał nim ból ścierpniętej nogi. Przybył asystent, żeby wyplątać wojownika i pomóc mu wstać. Marek nie patrzył już na młodego gladiatora, który zapewne palił się ze wstydu. Uważał, że nie godzi się obserwować człowieka w takich chwilach.

___________________________________________________________________________________________

Gdy tak trwali w milczeniu, wokół nich ujawniała się dzika przyroda. Na niższym skraju polany, w rozwijających się paprociach i młodych naparstnicach, mignął rudy skrawek lisiego futra. Lisica zatrzymała się na moment w pełnej okazałości, z uniesionym ostrym pyskiem. Słońce nadawało sierści niemalże metaliczny błysk. Potem zagłębiła się między drzewa. Patrząc, jak znika, Marek zaczął myśleć o Kottii.
Więzy przyjaźni, łączące obie rodziny, wciąż się zacieśniały. Znał już całkiem dobrze Kaesa, a nawet trochę Walarię. Walarię: lekko otyłą, dość ładną i trochę nierozgarniętą kobietę, snującą się z miejsca na miejsce w cieniutkich lnianych ubraniach w przygaszonych kolorach, dzwoniącą bransoletami, z drobnymi loczkami przypominającymi owcze runo. Co rusz spotykał ją w lektyce, gdyż często chodził do miasta – do łaźni, gimnazjonu lub stajni przy zajeździe Pod Złotą Winoroślą, skąd ostatnio on i Esca kilka razy wypożyczali kuce na wyprawy po okolicach Callevy. I zawsze musiał się zatrzymać i zamienić z nią dwa słowa. Nagle uświadomił sobie, że jeśli chodzi o samą Kottię, to w ciągu ostatnich miesięcy widywał się z nią coraz rzadziej i rzadziej.

W miarę jak otwierało się przed nim nowe życie, przestawał się nią interesować, a ona odsuwała się krok po kroku, bez cienia wyrzutu. Pomimo to sumienie go nie gryzło, więc gdy uświadomił sobie, z jaką łatwością Kottia mogłaby wstrząsnąć jego sumieniem, gdyby tylko zechciała, zapałał do niej cieplejszym uczuciem. Najdziwniejsze było to, iż wraz z tą myślą zdał sobie sprawę, że jej potrzebuje tak samo jak dawniej. Owszem, zapominał o niej na pewnym poziomie świadomości, lecz w głębi serca wiedział, że gdyby już nigdy miał jej nie zobaczyć, byłby z tego powodu bardzo nieszczęśliwy; być może równie niepocieszony jak w przypadku utraty Wilczka…

Czy Wilczek wróci? Czy zew natury okaże się silniejszy od więzi z panem? W każdym razie miał nadzieję, że rozstrzygnięcie będzie szybkie, proste i nieodwracalne i że nikomu nie pęknie serce.
Poruszył się i spojrzał na Escę.
– Nie za długo się tu wałkonimy? – zapytał.
Niewolnik odchylił głowę i na chwilę skrzyżowały się ich spojrzenia. Potem Esca wstał i wyciągnął do Marka pomocną dłoń.
– Gwizdnij raz, centurionie, może jest gdzieś blisko. Jeśli nie, wracajmy do domu.
Rozległo się świdrujące, urywane gwizdnięcie, jakim zwykle posługiwał się Marek, przywołując Wilczka. Teraz stał i nasłuchiwał. Wystraszona sroka w lesie fuknęła na nich ze złością i na tym się skończyło. Po chwili gwizdnął po raz drugi. Nie odpowiedziało mu szczekanie, z gęstwiny nie wyłonił się znajomy kształt.
– Jest za daleko, żeby słyszeć – powiedział Esca. – Tak czy owak, zna drogę do domu i nie stanie mu się krzywda.

To oczywiste, że Wilczkowi nic nie grozi. W Callevie i okolicach ludzie dobrze go znali, a ponieważ dawno już stracił swój wilczy zapach, psy traktowały go jak swojaka – i to takiego, którego należy darzyć szacunkiem. Nie stanie mu się krzywda ze strony dzikich pobratymców, bo – chyba że wtrącał się człowiek – psi ród nigdy nie toczył wojny z wilczym rodem; psy czasem parzyły się z wilkami, przez co nieraz trudno było odróżnić jedne od drugich. Tyle że jeśli zdecyduje się pozostać w puszczy, może przyjść taki dzień, kiedy ludzie zapolują na niego, jak polowali na jego matkę.

Gdy weszli w gęstwę leszczyny, Marka kusiło, żeby choć raz się obejrzeć, bo a nuż Wilczek zechce gonić ich skrajem lasu? Jednak oglądanie się nie było częścią planu, więc z niewolnikiem u boku ruszył raźnym krokiem do domu.

Kiedy minęli Południową Bramę i weszli do miasta, Esca natychmiast się cofnął i odtąd trzymał się zwyczajowe trzy kroki z tyłu. Zamiast iść naokoło, wykorzystali skrót za świątynią Sulis–Minerwy i weszli do domu najbliższymi drzwiami, które prowadziły do kwater niewolników i do ogrodu.
Gdyby Wilczek wrócił, najprawdopodobniej przeszedłby przez stare ziemne umocnienia, bo był przyzwyczajony do tamtej drogi, lecz na wszelki wypadek Marek pogadał ze strażnikami
w innych bramach.

Dyskusja