Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Niosący latarnie” – fragmenty

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

Nadeszła wreszcie prawdziwa wiosna – z aurą mglistych zieleni i błękitów. Świergotki fruwały w olchach i brzozach, na których rozwijały się pąki. W miarę upływu dni tumult przygotowań stawał się głośniejszy. Co roku wybuchała gorączkowa krzątanina, gdy zbliżał się czas spychania na wodę okrętów. Tym razem jednak miała zgoła inny, dalekosiężny wymiar, ponieważ Ullasfjord nie szykował się już tylko do letniej zbójeckiej wyprawy, ale do przedsięwzięcia, z którego nie będzie można się wycofać. Prócz wojowników i ich oręża do drogi przygotowywały się również niewiasty, dzieci, kilka psów, bydło zarodowe. Należało zabrać na okręty dostateczną ilość paszy i żywności, kosze z najlepszym ziarnem na wysiew, a nawet maleńkie jodełki z korzeniami otulonymi skórami i szmatami. Ponadto narzędzia gospodarcze i cenne mienie: a to piękny chodnik z jeleniej skóry, a to szczególnie lubiany rondel, a to dziecięcą lalkę z drewna…

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

Nadeszła wreszcie prawdziwa wiosna – z aurą mglistych zieleni i błękitów. Świergotki fruwały w olchach i brzozach, na których rozwijały się pąki. W miarę upływu dni tumult przygotowań stawał się głośniejszy. Co roku wybuchała gorączkowa krzątanina, gdy zbliżał się czas spychania na wodę okrętów. Tym razem jednak miała zgoła inny, dalekosiężny wymiar, ponieważ Ullasfjord nie szykował się już tylko do letniej zbójeckiej wyprawy, ale do przedsięwzięcia, z którego nie będzie można się wycofać. Prócz wojowników i ich oręża do drogi przygotowywały się również niewiasty, dzieci, kilka psów, bydło zarodowe. Należało zabrać na okręty dostateczną ilość paszy i żywności, kosze z najlepszym ziarnem na wysiew, a nawet maleńkie jodełki z korzeniami otulonymi skórami i szmatami. Ponadto narzędzia gospodarcze i cenne mienie: a to piękny chodnik z jeleniej skóry, a to szczególnie lubiany rondel, a to dziecięcą lalkę z drewna…

Ostatniego wieczoru przed wyruszeniem w podróż odbyło się w Domu Bogów przy Długim Dole, w którym grzebano zmarłych, wielkie zgromadzenie wszystkich mężczyzn z Ullasfjordu. Tam w skąpym świetle łuczywa zabito dzika, a jego krwią spryskano zebranych wojowników i posmarowano ołtarz z poczerniałych jodłowych kłód. Poprzysięgnięto wierność Edricowi, synowi naczelnika, przywódcy wyprawy, na wielki złoty pierścień – pierścień Thora – który tam leżał. I przyrzeknięto sobie braterstwo w boju na pokładzie okrętu i w ścisku tarcz, na grzbiecie konia i w nawałnicy mieczy.

Akwila, jako zwykły parobek, nie brał udziału w zgromadzeniu, lecz razem z innymi parobkami siedział w otwartych drzwiach Domu Bogów i zaglądał do środka. Doskwierał mu ucisk ciężkiej, żelaznej obręczy, której końce kilka godzin wcześniej, na polecenie Thormoda, złączono na jego szyi. Stary Bruni przynajmniej dopilnowałby, żeby go nie uwierała – albowiem on bardziej niż wnuk interesował się tym, czy jarzmo za bardzo nie ugniata karku wołów w czasie orki i czy obroża nie wyciera sierści z gardła psa gończego. A jednak w dziwny sposób obręcz na szyi poprawiała mu humor. Stanowiła obietnicę, ciągłe przypomnienie, że tam dokąd się udaje, nadarzy się być może sposobność ucieczki. Wiatr – ów Boży wiatr, na który tak czekał – wiał już mocno. Nagle był o tym całkowicie przekonany.

Wiedziony niejasnym przeczuciem, że gdzie ludzie oddają cześć bogom (nawet jeśli są to obcy bogowie), tam jest dobre miejsce do modlitw, Akwila modlił się w skupieniu, nie zwracając uwagi na pozostałych parobków, z żarliwym nabożeństwem, z zaciśniętymi pięściami i czołem opartym
o futrynę Domu Bogów, poplamioną krwią i ozdobioną rysunkami węży:
– Chrystusie, wysłuchaj mnie, musisz mnie wysłuchać. Pozwól mi odnaleźć siostrę, jeśli jeszcze żyje! I spraw, bym umiał jej pomóc lub umrzeć z nią… jeśli nie będzie dla niej innego wyjścia.

Nazajutrz rano wiał zimny wschodni wiatr, a wody fiordu były szare jak głownia miecza. Ludzie wszakże śmiali się, spychając okręty po wałkach na płyciznę.
– Saski wiatr mocno dziś dmucha! – krzyknął młody wojownik, uniósłszy wilgotny palec. – Na dobrą wróżbę dla nas!

Akwila też się roześmiał, choć był to gorzki śmiech, który prędko uwiązł mu w gardle. Aby służyć Brytanii, wystawił na szwank swój honor i porzucił wszystko, czemu ślubował wierność, w wyniku czego dostał się w niewolę barbarzyńców. Przeszło dwa lata wiódł życie parobka na juckiej farmie i na domiar złego miał teraz chwycić za wiosło na barbarzyńskim statku, wiozącym rozbójników do jego ojczystego kraju. Śmiech w jego krtani zamienił się w szloch. Wtulił głowę w ramiona i razem z innymi poczłapał po wodzie. Kadłub zakołysał się i stał się lekki niczym morski ptak, gdy dźwignęły go fale.

Wreszcie do ładowni „Morskiej Wiedźmy” zostało zapędzone bydło i przygotowania dobiegły końca. Wszystkie zapasy znajdowały się już na statkach, pożegnano krewnych i znajomych. Ci, którzy mieli zostać, nie zalewali się łzami, bo byli ludem nienawykłym do mazania się na plaży, gdy odpływały okręty.

Akwila siedział przy wiośle. Po przeszło dwóch latach spędzonych wśród tych ludzi przestał być żółtodziobem
w sprawach morza, jakim był wtedy, gdy po raz pierwszy chwytał rękami trzon wiosła. Wiosło sterowe dzierżył Wulfnoth, dowódca statku. Za nim – za podniesioną, malowaną rufą „Węża Morskiego” – Akwila widział kurczące się postacie na plaży, a dalej ciemną smugę wrzosowisk. Wszystko to malało i malało… niczym przeszłość, która chowa się za widnokręgiem, by już nie powrócić.

Kiedy wreszcie minęli płycizny, Wulfnoth zarządził:
– Wciągać wiosła! Stawiać żagle!
I tak „Sztormowy Wiatr”, „Morska Wiedźma” i „Wąż Morski” mknęły przez fiord, popychane lekkim północno-wschodnim wiatrem – saskim wiatrem.

Wiatr ustał zupełnie po dwóch dniach, więc znów musieli przystąpić do wioseł. Żeglowali niemalże po omacku w szarym półmroku, zlewającym się z rozpryskami wody, w którym czasem tracili z oczu pozostałe okręty. Niektórzy młodsi wojownicy okazywali niepokój, choć próbowali żartować:
– Ran, Matka Burz, warzy strawę! Jak tu się nie zgubić, gdy tyle pary bucha z kotłów?
Jednakże stary Haki, wujek naczelnika, biegły w znajomości morza niczym szara foka, rozchylił we mgle swoje szerokie, owłosione nozdrza i powiedział:
– Kierujcie się węchem, dzieci!

I rzeczywiście: kiedy wreszcie mgła się rozproszyła i w południe, za pomocą ledwie widocznego słońca i drzewca ustawionego na półpokładzie, byli w stanie sprawdzić swoje położenie, okazało się, że tylko nieznacznie zboczyli z kursu.

Podczas podróży przytrafiały im się większe nieszczęścia: wiele kobiet chorowało, jedno dziecko wyskoczyło za burtę, pewnej nocy bydło wpadło w popłoch i omal nie przewróciło „Morskiej Wiedźmy”, a rankiem okazało się, że dwie jałówki padły i jeden z mężczyzn pilnujących bydła ma groźnie poharatane ramię. Wszelako siódmego dnia wyleciały im na spotkanie mewy i nagle, tuż przed zachodem słońca, na zachodnim widnokręgu ukazała się długa, ciemna linia, przypominająca wał chmur. Zaraz rozległ się, cienki jak głos morskich ptaków, okrzyk żeglarza wczepionego w liny przy topie masztu „Sztormowego Wiatru”:
– Ziemia!!!

Dyskusja