Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Green Hornet”

Britt Reid to nie byle kto. Jest właścicielem gazety i milionerem. Należy do lokalnej elity, chociaż jego zachowanie nie jest zbyt cnotliwe. Nie stroni od alkoholu i kobiet, jest arogancki i uparty, a wielkie marzenia zagłusza hulaszczym trybem życia. Ot, typowy playboy z kompleksami. Ale to tylko pół prawdy. Reid jest także zamaskowanym bohaterem – Zielonym Szerszeniem.

Zaczęło się od audycji radiowej w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku. Potem był mariaż z telewizją i pierwsze komiksy – jeszcze w okresie drugiej Wojny Światowej. W serialu z 1966 roku na szklanym ekranie zadebiutował nawet sam Bruce Lee, wcielając się w postać Kato – pomocnika Reida. Zielony Szerszeń miał także krótkie rendezvous z Batmanem, a w 2010 nad komiksem o tym bohaterze pracował Kevin Smith. Jak widać Green Hornet dorobił się na zachodzie sporego grona fanów, mimo to w Polsce jest mało znany. Pozbawieni sentymentów możemy więc obiektywnie spojrzeć na najnowszy film z przygodami zamaskowanego superbohatera udającego przestępcę.

O pełnometrażowym filmie z Zielonym Szerszeniem mówiło się już od 1992 roku. W planach pojawiały się takie nazwiska jak George Clooney, Jet Li, Kevin Smith, Jake Gyllenhaal, Stephen Chow i Nicolas Cage. Udało się dopiero z reżyserem Michaelem Gondrym (m.in. Zakochany bez pamięci), scenarzystą i odtwórcą tytułowej roli, Sethem Rogenem, aktorami Christophem Waltzem, Cameron Diaz oraz – pojawiającym się epizodycznie – Edwardem Furlongiem. Taka lista dobrze wróży, ale nie gwarantuje sukcesu.

I rzeczywiście – sukcesu nie ma. Winić za to należy scenariusz, któremu zabrakło polotu i świeżości. Koncepcja Rogena by stworzyć kumplowski film akcji z elementami komediowymi nie była tu być może jakaś szczególnie zła, choć historii Zielonego Szerszenia zdecydowanie bliżej do Batmana niż do widowiskowego Iron Mana czy produkcjom z Jackie Chanem. Zawiodła jednak realizacja. Rogen nie tylko nie potrafił przykuć uwagi widza i napisać czegoś naprawdę ciekawego, ale i zbyt mocno skupił się na granej przez siebie postaci. Widać to choćby po dialogach i po tym, że nawet gdy do akcji wchodzi główny czarny charakter – Bloodnowsky – lub genialny pomocnik Reida – Kato – to i tak skupiamy się na Rogenie. Częściowo jest to spowodowane dość nerwową i energiczną grą aktora – przez to wszędzie go pełno. W połączeniu z gardłowym głosem i gadatliwością daje to mało sympatyczny, odpychający efekt, który nie każdemu przypadnie do gustu.

W takiej sytuacji trudno wymagać, by zarówno reżyser, jak i pozostali aktorzy, wiele zdziałali. Christoph Waltz dwoi się i troi, aby nadać wyrazistości psychopatycznemu Bloodnowskiemu, choć daje to nieco groteskowy efekt. O ile w Bękartach wojny jego gra była czymś szczególnym, tu nie wywiera większego wrażenia. Sporo można też zarzucić Jay Chou wcielającego się w genialnego Kato. Sztywna gra nie zapewnia mu przychylności widza i aktor na tle Bruce`a Lee nie wypada zbyt dobrze. Brakuje mu naturalności, a jego zachowanie przypomina raczej wsiowego głupka, a nie wykształconego, lecz skromnego mistrza sztuk walk. Także Cameron Diaz nie ma tu zbyt wiele okazji do popisywania się, choć akurat ona sprawdza się nieźle w swej roli.

Trzeba podkreślić, że zarzuty wobec aktorów wynikają właśnie z niezbyt udanego scenariusza. Jeśli jednak patrzeć nie pod kątem wrażenia, jakie film wywołuje widza, a wziąć pod uwagę tylko i wyłącznie koncept Rogena, dostrzeżemy, że udało im się go zrealizować. To rzeczywiście jest kumplowskie kino akcji z elementami komediowymi. Jest tu kilka (dosłownie kilka) śmiesznych dialogów, sporo się dzieje, a opowieść skupia się na przyjaźni i relacjach dwóch głównych bohaterów. Reid jest taki jaki miał być, pozostałe postacie również. Trochę tu także czuć ten pulpowy charakter pierwszych komiksów i seriali z Zielonym Szerszeniem. Pytanie tylko, czy po Mrocznym Rycerzu i Iron Manie tego typu produkcja może jeszcze fanów komiksu zadowolić?

Zielonego Szerszenia sporo łączy ze wspomnianymi bohaterami. W filmie widzimy masę gadżetów, choć nie robią one aż tak dużego wrażenia jak tam. Podobnie jak w przypadku Starka i Wayne’a, Reid to dandys i playboy z misją. Brak dramatyzmu i nastawienie na przygodę sprawia, iż film bliższy jest jednak Iron Manowi i określenie Iron Man dla ubogich dość dobrze opisuje całość.

Wspominając o gadżetach, nie można zapomnieć o efektach specjalnych. Są one na przyzwoitym poziomie, acz trudno się nimi zachwycać. Jest tu jednak także kwestia 3D, którego w tym filmie mogłoby wcale nie być. Ba, momentami przeszkadza ono, a sceny, w których jest naprawdę dobrze wykorzystywane, można zliczyć na palcach jednej ręki. Jak powiedział Joel Schumacher: „Ale nie każda historia musi być opowiedziana w 3D tylko dlatego, że jest taka technologia…”. Słowa te to prztyczek w nos także dla twórców Green Horneta.

Zielony Szerszeń Polski nie podbije. Szkoda, bo postać i historia głównego bohatera mają spory potencjał. Kapryśny widz może jednak wyjść z kina zawiedziony. Owszem, można ten film obejrzeć i się na nim dobrze bawić, o ile przymkniemy oko na Rogena i nielogiczności scenariusza. Trudno tylko oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z przeciętną produkcją, o której szybko się zapomina.

Ocena: 3/5

Dyskusja