Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Srebrna gałąź” – fragmenty

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

W odległości rzutu oszczepem stał mężczyzna z twarzą skierowaną na kogoś, kto akurat w tej chwili wychynął z wierzbowych zarośli, rosnących dalej od brzegu. W zimnym jak woda świetle, z każdą chwilą nabierającym mocy, ujrzeli okrągły puklerz na jego plecach, a także złote strąki włosów
i brody. A ponieważ był do nich zwrócony prawym bokiem, zobaczyli również saks, krótki saski miecz przeznaczony do kłucia, wystający z pochwy z wilczej skóry. Kiedy zaś przybliżył się ów drugi mężczyzna, Flawiusz zagwizdał bezdźwięcznie.

© Rosemary Sutcliff, Oxford University Press
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011
© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo TELBIT, Warszawa 2011

W odległości rzutu oszczepem stał mężczyzna z twarzą skierowaną na kogoś, kto akurat w tej chwili wychynął z wierzbowych zarośli, rosnących dalej od brzegu. W zimnym jak woda świetle, z każdą chwilą nabierającym mocy, ujrzeli okrągły puklerz na jego plecach, a także złote strąki włosów
i brody. A ponieważ był do nich zwrócony prawym bokiem, zobaczyli również saks, krótki saski miecz przeznaczony do kłucia, wystający z pochwy z wilczej skóry. Kiedy zaś przybliżył się ów drugi mężczyzna, Flawiusz zagwizdał bezdźwięcznie.

– Na Gromowładnego! – szepnął. – Przecież to Allektus!
Justyn, który jakby skamieniał, kucając obok niego, nie okazał zdziwienia. Można by rzec, że to przewidział.
Allektus spotkał się z Sasem. Gdy ten powiedział coś gardłowym, gniewnym głosem, dostojnik odparł głośniej:
– Wiem, że bezpieczniej przyjść w środku nocy. Gdybym mógł, zrobiłbym to na pewno, gdyż cenię sobie swoją skórę. Bądź co bądź, to ja narażam się na największe ryzyko. Ty masz tylko zaczekać, aż przypłynie „Morska Wiedźma” i weźmie cię na pokład. A teraz słuchaj, co powtórzysz tym, którzy cię posłali. – W tym momencie obaj się odwrócili i ich głosy rozpłynęły się w bezkształtnym pomruku.

Justyn ze wszystkich sił natężał słuch, żeby wyłapać poszczególne słowa, lecz dobiegał go tylko niezrozumiały zlepek wyrazów. Nawet miał wrażenie, że konspiratorzy zrezygnowali z łaciny na rzecz jakiegoś nieznanego mu języka. Gorączkowo przeczesywał spojrzeniem najbliższe otoczenie, szukając sposobu, żeby po kryjomu podejść bliżej, lecz za szuwarami nie ukryłby się nawet kulik, a cóż dopiero człowiek.

Nagle zauważył, że mężczyźni powiedzieli już sobie wszystko, co mieli do powiedzenia. Sas kiwnął głową, jakby w odpowiedzi na polecenie, a Allektus odwrócił się w stronę, skąd przyszedł. Sas przez chwilę odprowadzał go wzrokiem. Potem wzruszył ramionami, pochylił się nisko, żeby jego postać nie odcinała się na tle nieba, i ruszył przed siebie wzdłuż starego ciernistego żywopłotu; kierował się na zachód, ku najdzikszej i najtrudniej dostępnej części mokradeł.

W szuwarach Flawiusz i Justyn wymienili prędkie spojrzenia. Nie było czasu do namysłu: nie mogli teraz szukać argumentów, żeby zdecydować, co będzie najlepszym rozwiązaniem. Musieli podjąć decyzję błyskawicznie i trzymać się jej niezależnie od tego, dokąd ich to mogło zaprowadzić.
– Zaczekajmy, aż obejdzie żywopłot – mruknął Flawiusz, patrząc przez rozchylone trzciny zmrużonymi oczami. – Jeśli teraz za nim pójdziemy, krzyknie i ostrzeże swojego przyjaciela Allektusa.
Justyn pokiwał głową. Ze swojego miejsca nie widział już oddalającego się Sasa, więc tylko obserwował Flawiusza. Ten pochylił się ze zgiętym kolanem niczym biegacz na starcie wyścigu i naprężył, gotów wyskoczyć z kryjówki…

– Teraz! – szepnął Flawiusz.
Wystrzelili z szuwarów niczym strzała z łuku, a potem, pochyleni, rzucili się w stronę żywopłotu. Kiedy do niego dotarli, mężczyzna już zniknął im z oczu. Gdy jednakże po pewnym czasie zatrzymali się, niezdecydowani co do dalszej drogi, ukazał się znowu przy suchym wale, gdzie obejrzał się za siebie i pomknął na otwartą przestrzeń płowej równiny.
– Zapewne ma kryjówkę gdzieś na wydmach – stwierdził Flawiusz. – Za nim!

____________________________________________________________________________________________

– Przybyliście na koniec świata – oznajmił centurion Posydes. We trzech znajdowali się w kwaterze komendanta obozu wojskowego w Magnis, gdzie Flawiusz właśnie przejął dowodzenie od człowieka, który odtąd miał być numerem dwa w forcie. – Mam nadzieję, że wam się tu spodoba.
– Ja raczej nie mam złudzeń – rzekł Flawiusz bez ogródek. – Ale to bez znaczenia. Nie podoba mi się również, jak załoga garnizonu prezentuje się na placu apelowym, centurionie Posydesie, a to już ma pewne znaczenie.
Centurion Posydes wzruszył ramionami. Był rosłym człowiekiem z niedużą, zmiętą, zgorzkniałą twarzą.
– Nic lepszego nie znajdziesz, choćbyś przewędrował cały Mur. Czego się spodziewasz po bandzie posiłkowych, zbieraninie ludzi wszelkiej maści i urodzenia ze wszystkich krańców Cesarstwa?
– Akurat Ósemka jest kohortą legionową – zauważył Flawiusz.
– Niby tak. Tylko że ty przybywasz tu prosto ze swojej wychuchanej fortecy w Rutupiae, gdzie cesarz ma na każdego oko, i myślisz, że wszystkie legionowe kohorty są identyczne
– odparł centurion Posydes. – No cóż, był czas, kiedy myślałem tak samo. Prędzej czy później zmienisz swoje poglądy.
– Może i tak, chyba że najpierw swoje poglądy zmieni załoga garnizonu w Magnis. – Flawiusz stał w rozkroku z rękami założonymi za plecy. – Wydaje mi się, że tak właśnie się stanie, centurionie Posydesie.
Na początku wiele wskazywało na to, że jednak się przeliczy. W Magnis bowiem wszystko, co mogło pójść źle, szło źle. Zarówno garnizon, jak i cały fort był brudny i zaniedbany,
w łaźni śmierdziało, a kucharze kradli żywność z przydziału
i sprzedawali ją za murami. Nawet katapulty i parapety strzelnicze nad Północną Bramą wymagały bezzwłocznej naprawy.
– Jak często ćwiczycie z katapultami? – zapytał Flawiusz, kiedy pierwszego dnia lustrował stanowiska strzeleckie.
– O, dawno już tego nie było – odpowiedział beztrosko Posydes.
– Domyślam się. Gdybyście puścili w ruch trójkę, pewnie rozleciałaby się w drobny mak.
Posydes wyszczerzył zęby.
– Byle wyglądały groźnie w oczach tych malowanych diabłów. W dzisiejszych czasach nie ma z katapult większego pożytku, odkąd cesarz poskromił ich traktatem.
– To nie zwalnia nas z obowiązku dbania o nie – odparł ostro Flawiusz. – Tylko popatrz! Drewno gnije, rdza zżera żelazne obejmy. Każ ściągnąć trójkę do warsztatu, centurionie,
a kiedy przejdzie gruntowny remont, daj mi znać.
– Można ją naprawić na górze, bez ściągania jej na dół.
– Żeby każdy tubylec na wyprawie myśliwskiej zobaczył, że nasze machiny są w haniebnie kiepskiej kondycji? – burknął Flawiusz. – Nie, centurionie. Ściągniemy ją do warsztatu.
Katapulta numer trzy została zdjęta do remontu, łaźnia
– wyszorowana, a kucharze – nastraszeni tak, że trzęsły im się kolana. Po pierwszych trzech dniach żołnierze w czasie musztry nie wałkonili się już w brudnych tunikach i z rozpiętymi rzemykami. Była to wszakże tylko otoczka niechętnego salutowania i stukania piętami, pod którą duch Magnis nie zmienił się ani na jotę.

Pod koniec pierwszego tygodnia nowy komendant rzekł, przygnębiony, do chirurga:
– Mogę sprawić, że będą stać prosto na apelu, ale tą drogą nie zrobię z nich porządnej kohorty. Gdybym tylko umiał do nich dotrzeć! Musi być jakiś sposób, lecz ja go nie znam.
O dziwo, kilka dni później niezwykle pomocna w tej kwestii okazała się katapulta numer trzy.
Justyn widział wszystko na własne oczy. Zajmował się właśnie sprzątaniem po zbiórce chorych, kiedy na zewnątrz rozległo się skrzypienie i turkotanie. Podszedłszy do drzwi małej izby szpitalnej, zobaczył, że żołnierze wytaczają z warsztatu katapultę. Ze swojego miejsca widział całą baterię artylerii przy Północnej Bramie. Przez dłuższą chwilę śledził wzrokiem potężną machinę, posuwającą się w tamtą stronę wśród ociężałych zrywów, toczącą się na wałkach, ciągniętą

i pchaną przez zastęp spoconych legionistów. Zobaczył, jak Flawiusz wyłania się z pretorium
i podchodzi do grupy stojących opodal ludzi, a katapulta zbliża się do prowizorycznej pochylni, prowadzącej na parapet strzelniczy na wysokości ludzkiego ramienia. Machina szarpnęła się niczym statek uderzony wiatrem i ruszyła w górę. Zmęczona drużyna otaczała ją zwartym kręgiem: holowała, popychała, obracała wałki. Justyn usłyszał głuchy turkot na belkach pochylni i rozkazy dowodzącego tym przedsięwzięciem centuriona:
– Wyy-żej! Wyy-żej! I jeszcze raz: wyy-żej!

Katapulta była już prawie na samej górze, kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Rozległ się trzask pękającego drewna i ostrzegawcze krzyki. Ludzie przemieścili się co żywo, centurion wydał donośne rozkazy. Wtedy jedna z belek oderwała się z hukiem z pochylni. Na krótką, króciutką chwilę wszystko jakby zamarło – aż wśród przerażonych okrzyków wielka katapulta przechyliła się na bok, zsunęła się z grzmotem rozrywanych belek i runęła na ziemię wraz z całą pochylnią.

Dyskusja