Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Komandosi

Znowu znaleźliśmy się w końcówce lat osiemdziesiątych. A może to już początek dziewięćdziesiątych? Któż to wie, to było tak dawno. Znani nam Miłosz i Piotrek, znużeni brakiem interakcji w komputerowo-kasetowych grach na Commodore C-64, odłożyli ponownie pewną sumę papierowych złotówek z wizerunkiem Kopernika na grę planszową.

Tym razem ich uwagę przykuła gra w grubym, kartonowym pudełku. Nic w tym dziwnego. Na ilustracji zdobiącej opakowanie znajdują się podobizny dwóch najbardziej znanych komandosów wszech czasów: Arnold Schwarzenegger w stroju z „Komandosa” i Sylwester Stalone ubrany jota w jotę jak w „Rambo”. W tle zaś helikopter i jeep – elementy ważne dla gry. Miłym akcentem może być fakt, że do gry został dołączono plakat z dokładnie takim samym rysunkiem jak na pudełku.

Po jego otwarciu pierwsze co rzuca się w oczy to oczywiście plansza. Składa się ona z dwóch puzzli formatu A4 z grubej, sztywnej tektury. Połączone ze sobą przedstawiają wyspę, na której toczyć się będzie akcja gry. Zgodnie z założeniami fabularnymi, to właśnie tu gracze będą odgrywać role komandosów. A dokładniej przyszłych komandosów. Właśnie ukończyli trening, a zdobycie ukrytych na wyspie części helikoptera ma być ostatnim testem wieńczącym ich szkolenie. Muszą to jednak zrobić przed innymi kadetami, bo zwycięzca może być tylko jeden.

Są trzy części wspomnianego helikoptera. Położenie dwóch pierwszych losuje się za pomocą specjalnego urządzenia, nazwanego generatorem. Jest to tekturowe kółeczko ze wskaźnikiem. To bardzo przyjemny gadżet i wielu graczy kojarzy go do dziś właśnie z tą pozycją. Generator losuje dwa parametry: literowe i cyfrowe. Potem wystarczy odszukać je na mapie, co ułatwia kwadratowa siatka, i w ten sposób wyznaczamy ich lokalizację.

Helikopter – jak już wspomniano – można złożyć tylko z trzech części. Jednakże tylko położenie dwóch pierwszych jest losowane na początku gry. Ostatni element układanki będzie umieszczony na mapie dopiero, gdy nakaże tak jedna z wyciągniętych kart zdarzeń. Karty są oczywiście dociągane przez graczy, o ile uda im się wyrzucić zezwalającą na to liczbę oczek na kostce. Co ciekawe kompletów części helikoptera jest kilka, więc tak naprawdę każdy z graczy ma szansę szybko zdobyć całość, posiadając na przykład dwa z trzech i walcząc o ostatni z pozostałymi rywalami. Zdobycie wszystkich części nie wieńczy dzieła. Trzeba jeszcze udać się ze swoim łupem na jedno z dwóch lądowisk zaznaczonych na mapie. Pozostali gracze mają wtedy okazję powstrzymać szczęśliwca.

Mogą tego dokonać na różne sposoby. Jednym z nich jest zagranie na szczęśliwego komandosa karty zdarzenia odbierającej mu jego części. Ale istnieje i prostsza metoda. Jak wiadomo komandosi posługują się bronią. Do dyspozycji mają dwa rodzaje broni dystansowej – karabin i bazookę. Pierwsza z nich jest łatwiejsza w obsłudze, ma za to mniejszy zasięg i siłę. Druga ma prawdziwą moc, trudniej się nią jednak posługiwać. Jeżeli nie mamy broni, możemy zdecydować się jeszcze na walkę wręcz. Pokonany lub trafiony komandos zmuszony jest do udania się na pole oznaczone symbolem szpitala i oddania swoich łupów zwycięzcy.

W szpitalu gracz może się uleczyć ale musi uiścić opłatę w wysokości pięćdziesięciu ertrobów. Nazwa ta pochodzi od firmy Ertrob, która wydała grę. Nie tylko na szpital, broń i naboje możemy wydać nasze pieniądze. Pozwalają nam one na wynajęcie środków komunikacji, które zdecydowanie przyspieszą wędrówkę i penetrację wyspy: od pociągu, przez samochód, aż po motorówkę. Oczywiście istnieje szereg zasad, które warunkują podróżowanie każdym z tych wehikułów.

Z dodatkowych urozmaiceń, które ubarwiają rozgrywkę należy doliczyć jeszcze różnice w topografii terenu. Gdzieniegdzie znajdują się dżungle, których penetracja zajmuje zdecydowanie więcej czasu niż teren normalny. Jest też jezioro, w którym pływanie jest jednak surowo wzbronione, ponieważ żyją tam krwiożercze krokodyle.

Komandosi nie muszą jednak cały czas nosić ze sobą swoich zdobyczy. Jeśli tylko ich stać mogą wybudować dom, który będzie schronieniem i bezpieczną kryjówką dla zgromadzonego wyposażenia. Pola, na których znajdują się domki, oznaczone są przez specjalne pionki przypominające te budowle w miniaturze.

Interakcja między graczami to coś, co czyni ten tytuł wyjątkowym. W momencie gdy gra więcej niż dwóch graczy (planszówka ta przeznaczona jest dla dwóch do sześciu osób) rywalizacja wzrasta. Wiążą się sojusze, tylko po to, by nie dopuścić prowadzącego komandosa na pole lotniska. Jednak gdy tylko jeden ze ścigających przejmie części helikoptera, sam staje się celem dla innych. Taki dynamiczny obrót spraw i nieoczekiwana zmiana miejsc to niewątpliwy plus wpływający na korzyść „Komandosów”.

Kolejnym jest jakość wydania. Nie tylko plansza czy generator pól losowych zostały estetycznie przygotowane. Również karty domków, wydarzeń i żetony broni są wyprodukowane na bardzo przyzwoitym poziomie. Pieniądze wykonano z odpowiednio cienkiego papieru, co sprawia, że podobnie do prawdziwych możemy je na przykład zwinąć w rulon czy poskładać w zależności od nominałów w odpowiednie stosy. Wszystkie te akcesoria wytrzymały próbę czasu i nawet po upływie plus minus dwudziestu lat nadal cieszą oko starannością i jakością wydania.

Gra w przeciwieństwie do wielu innych wydanych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jest wyjątkowo dynamiczna. Rozgrywkę można ukończyć w nie więcej niż godzinę. Dzięki temu gra nie nudzi i w rezultacie nie zniechęca. Wręcz przeciwnie. Umożliwia kolejną, rewanżową partię. Każdy przegrany chce się przecież odegrać.

Instrukcja dołączona do zestawu w sposób w miarę klarowny przedstawia ogół zasad. Brak w niej poważniejszych nieścisłości czy niedomówień. W zasadzie wszystko jest jasne i już po jednorazowej lekturze jesteśmy w stanie spokojnie rozegrać pierwszą partię. Tylko od czasu do czasu trzeba będzie zerknąć do ściągawki, aby sprawdzić zasady walk i wynajmowania odpowiednich pojazdów. Nie wpływa to jednak niekorzystnie na tempo gry.

Można odnieść wrażenie, że „Komandosi” nie tylko oparli się próbie czasu, ale i nadal nie ustępują pola dzisiejszym grom, równie dynamicznym i postawionym na interakcję między graczami. Ta planszówka wciąż może odciągnąć dzisiejszych młodych ludzi od komputera, mimo że gry z ekranu stały się o wiele ciekawsze niż te z czasów gier na kasetach i topornych dyskietkach. Warto dodać, że „Komandosi” doczekali się kontynuacji w postaci „Misji specjalnej”, a ponadto czasopismo „Razem” uznało ich za grę roku.

Dyskusja