Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Sarmackiej wyprawy ciąg dalszy – recenzja książki „Samozwaniec tom 2”

„Samozwaniec” Jacka Komudy został ciepło przyjęty przez czytelników. Pomimo paru słabszych fragmentów, książka przyciągała na długi czas, a nazwisko autora gwarantowało wysoką jakość. Nic więc dziwnego, że wielu spodziewa się czegoś podobnego po tomie drugim. Chętni do zdobycia Kremla wraz z Jackiem Dydyńkim i Dymitrem, niech dosiadają konie i ostrzą szable, bo wyprawa trwa.

Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że znajomość poprzedniego tomu jest konieczna. Nawet po dłuższej przerwie niektórzy mogą mieć problemy z przypomnieniem sobie większości powiązań. Dalsza historia skupia się wokół zagadkowego Dworu – organizacji, która ma bezpośredni związek z uprowadzeniem Dymitra. Samozwaniec pragnie poznać tajemnice swoich wrogów, co skutkuje zrzuceniem tego problemu na barki Dydyńskiego. Sytuację komplikuje fakt, że w powietrzu wisi bunt polskich szlachciców.

Autor przedstawia szlachtę jako grupę. Bez głębszego wnikania w pojedyncze jednostki, ukazuje całość jako sprawnie działającą machinę wojenną. Co prawda postaciom ważniejszym autor poświęca więcej uwagi, jednak nie można mówić o bardzo realistycznej kreacji. Co innego, jeśli chodzi o całą grupę i jej zachowania. Najlepszym przykładem może być wspomniany wcześniej bunt, którego przyczyny można się doszukiwać w finansach Dymitra. Jednak prawdziwym czynnikiem, napędzającym szlachtę, było zachowanie i zbyt „długi język” innych. Każdy patrzył na ręce sąsiadów, co ma swoje odniesienie w rzeczywistości.

Podobnie jak przy lekturze pierwszego tomu, można dostrzec zamiłowanie Komudy do koni. Z tą różnicą, że tym razem rola tych zwierząt jest znacznie większa. Autor przedstawia je nie jak zwykłe wierzchowce, tylko wiernych przyjaciół, których darzy się miłością i szacunkiem. Komuda pokazuje, że husarze bez swoich koni są bezużyteczni. Żołnierze, którzy o tym wiedzą, są skorzy do dużych poświęceń, co czytelnik powinien zauważyć w kilku fragmentach. Równocześnie, wychwalanie i zażyłość z końmi przypomina świetne opowiadanie Roberta M. Wegnera „Najlepsze jakie można kupić…”.

Po raz kolejny, dzięki odpowiedniej stylizacji, czytelnik może cieszyć się niezwykłym nastrojem przedstawianej epoki. Znaczna ilość rosyjskich zwrotów w dialogach sprawia, że zmiana miejsca akcji staje się odczuwalna. W przeciwieństwie do pierwszego tomu, wartka akcja toczy się cały czas, bez nużących akapitów, które opisywały np. pakowanie beczek z miodem. Ostatnie strony stanowią słowniczek pojęć, który jest znacznie uboższy niż ten z poprzedniego tomu.

Trzeba przyznać, że tom drugi wypada znacznie lepiej. Ciągłości akcji i charyzmatyczna armia sprawia, że od książki nie tak łatwo się oderwać, a co dopiero o niej zapomnieć. Mimo iż powieść jest krótsza, to dostarcza czytelnikowi zdecydowanie więcej radości. Teraz czytelnikom pozostaje czekanie na kolejny tom, który oby był równie dobry, jeśli nie lepszy.

Ocena: 4/5

Dyskusja