Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wojna o medykamety – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks. Wydanie Specjalne 1/2011. Wojna w nadprzestrzeni”

„Gwiezdne Wojny” swoją nazwę zyskały nie bez przyczyny. Nie mowa tu o tych wszystkich zbrojnych konfliktach i bataliach, które widzieliśmy w filmowych epizodach. W grach, książkach i oczywiście na kartach komiksów rozgrywa się zdecydowanie większa liczba potyczek. Jedną z nich jest przedstawiona w najnowszym numerze „Star Wars – Komiks. Wydanie specjalne”: Wojna Starka.

Konflikt ten wywołany został niedoborem leczniczego specyfiku: bacty. Była to ostatnia batalia na tak dużą skalę przed wydarzeniami znanymi nam z ekranów. Nazwa tej wojny wzięła się od przebiegłego przywódcy piratów i przemytników. Dali się oni bowiem uwieść jego wizji. Po drugiej stronie konfliktu stanęli przedstawiciele Federacji Kupieckiej i przedstawiciele Republiki, do której Neimodianie zwrócili się o pomoc.

Już na wstępie należy zaznaczyć, że konflikt ten stał się przyczyną powstania pierwszej armii Republiki, na długo przed wyhodowaniem klonów, w charakterystycznych białych zbrojach. Armia ta jednak powstała wbrew woli Senatu, tak więc w tajemnicy. A powołał ją ambitny i pełen buty daleki kuzyn późniejszego, Wielkiego Moffa Imperium o tym samym nazwisku: Tarkin.

Ten przywódca bardzo przypomina swojego filmowego krewnego. Scenarzysta w zabiegu tym popadł trochę w przesadę. Jak wiadomo Moff Tarkin, był czarnym charakterem, tak więc i komiksowy przedstawiciel jego rodziny, mimo opowiedzenia się po właściwej stronie konfliktu jest postacią negatywną. To rasista, megaloman, pełen pychy i dumy. Nie słucha żadnych rad, nawet rycerzy Jedi, tak bardzo zaślepia go jego własna wizja. Persona ta jest więc przerysowaną kalką, trochę robioną na siłę by nawiązać do filmów.

Takich nawiązań do filmów jest jeszcze kilka, ale nie są aż tak narzucające się w odbiorze czytelnikowi. Owszem jest pokreślenie faktu, że Wicekról Federacji wypiera się w „Mrocznym Widmie” kontaktów z Jedi, czy chociażby charakterystyczna natura miłującego żywą Moc Qui-Gona. Ale te detale są znacznie subtelniejsze, a przez to przyjemniejsze w odbiorze. Można nawet stwierdzić śmiało, że to właściwe ukorzenienie komiksu w nurcie całej fabuły.

Jeżeli chodzi o ciekawe postacie niezwiązane z filmami to można wymienić co najwyżej dwie. Jest to młody, jeszcze padawan Quilan Vos i jego mistrz Tholme. Polscy czytelnicy mieli szanse poznać ich przygody nie raz. Poza tym duetem bardziej złożonych person nie da się stwierdzić. Nawet próba wykreowania „łotra z wizją”: Starka, nie wydaje się udana w stu procentach. Persona ta miała być charyzmatyczna i oryginalna, a w rezultacie otrzymujemy złego Hana Solo. W niektórych miejscach zachowanie Starka wydaje się być wymuszone przez zamysł twórcy scenariusza, a nie potrzebę chwili: Dla poparcia tej tezy można przytoczyć zachowanie przemytnika na wstępie do negocjacji z przedstawicielami Republiki.

Po takim scenarzyście jak John Ostrander można by się spodziewać czegoś więcej. Zwłaszcza jeśli poznało się jego inne projekty: Dziedzictwo czy chociażby dzieje Quilana osadzone w czasach Wojen Klonów. Przy nich „Wojna w Nadprzestrzeni” wydaje się przygodą tylko dla przygody, pełną brawury i dynamizmu, ale pozbawioną głębszego, drugiego dna czy jakiegokolwiek przesłania albo pointy charakterystycznej dla historii wykreowanej przez Ostrandera.

Od strony plastycznej komiks trzyma naprawdę dobry poziom. Klasyczna amerykańska, komiksowa kreska doskonale odzwierciedla świat Gwiezdnych Wojen. Artysta popadł może tylko odrobinę w przesadę rysując ludzkie oczy. Wydają się one wielkie, a użycie jasnych kolorów dla tęczówek, tylko to wrażenie potęguje.

Jednak naprawdę irytującym szczegółem okazuje się przedstawienie tekstów narracyjnych. „Wojna w nadprzestrzeni” przedstawiona jest jako opowieść przytaczana z perspektywy czasu. Mistrzowie przybliżają ją młodej Jedi imieniem Aala Secura. Teksty retrospekcyjne zamiast ukazać się klasycznie w ramce ukazane są jako „dymki” wypowiadane przez małe główki narratorów. Takich główek w komiksie jest aż nazbyt dużo. Ba mało tego, na jednej stronie takich latających facjat może pojawić się naprawdę wiele.

Tę niedogodność rekompensują jednak dynamiczne sceny. Jak chociażby batalia ze strony sześćdziesiątej drugiej gdzie rycerze Jedi zmagają się z napływającymi hordami piratów. Tejże scenie poświęcono całą stronę, aby dobrze uwidocznić liczebną przewagę wroga.

Wspomniany wcześniej niedobór bacty, sprawił, że ciała goją się w normalny sposób, a co za tym idzie powstają blizny po szyciu. Rysownik Davie Fabbri pamiętał o tym szczególe i twarze zarówno żołnierzy Republiki jak i szmuglerów zdobią takie wojenne pamiątki. To miła dbałość o detale i bardziej realne przedstawienie postaci tła.

Plusy i minusy komiksu w zasadzie się równoważą, dając nam w rezultacie całkiem przyzwoity poziom. „Wojna w Nadprzestrzeni” to przede wszystkim przygoda, przygoda i jeszcze raz przygoda. Historia ta powinna przypaść go gustu zwłaszcza tym, którzy lubią dynamizm, brawurę i awanturników.

Dyskusja