Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Inwazja: Bitwa o Los Angeles – recenzja filmu „Inwazja. Bitwa o Los Angeles”

Spotkania Ziemian z mieszkańcami innych planet stały się w ostatnim czasie popularnym tematem wśród amerykańskich twórców filmowych. Lubujący się w nim widzowie raz po raz rozpieszczani są kolejnymi milionowymi produkcjami rodem z Hollywoodu. Tylko ostatnie lata przyniosły kilka godnych odnotowania obrazów tego typu. A że podobne inicjatywy rzadko okazują się finansowymi klapami, filmowcy eksploatują tę znoszącą złote jajka kurę aż do granic możliwości. Dobrze jest, gdy film taki wywołuje dyskusje i pobudza do pewnych refleksji (jak choćby „Dystrykt 9”), bądź gdy jest w jakiś sposób przełomowy (na przykład „Avatar”, w którym klasyczne role uległy odwróceniu i to człowieka postawiono w roli najeźdźcy). Gorzej, gdy autorzy nie mają widzowi do zaoferowania nic ponad dobrze wykonane efekty specjalne. A taki właśnie jest najnowszy film Jonathana Liebesmana.

Próżno szukać w fabule tej produkcji jakiegokolwiek odkrywczego elementu. Ot, planeta Ziemia zostaje zaatakowana przez Obcych w kilkunastu miejscach jednocześnie. Jednym z nich jest zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Wstrząśnięci inwazją naukowcy prędko dochodzą do wniosku, co jest przyczyną niezapowiedzianej wizyty. Chodzi o wodę, która jest niezbędna do życia zarówno ludziom, jak i kosmitom, tym drugim służąc jednak przede wszystkim jako surowiec energetyczny. Gdy zaczęła się wyczerpywać, Obcy musieli wyruszyć na poszukiwania nowych zasobów. Pech chce, że to właśnie ludzie zamieszkują planetę, na której wody jest pod dostatkiem.

Konflikt między Ziemianami a Kosmitami oglądamy z perspektywy małego oddziału marines, w którym na krótko przed inwazją dochodzi do zmiany pokoleniowej. Sierżant Michael Nantz, który służył w US Army przez ponad 20 lat, odchodzi do rezerwy, a dowództwo po nim przejmuje młody porucznik Martinez. Nantz nie spodziewa się, że ponownie chwyci za broń, tymczasem krytyczna sytuacja wymusza na nim powrót do wojska. Przez znaczną część seansu widz przygląda się nieudolnym próbom udowodnienia przez Martineza swojej wartości w roli dowodzącego, a tymczasem na prawdziwego bohatera wyrasta odesłany do rezerwy, mający wiele lat żołnierskiego doświadczenia Nantz. Twórcy starali się ukazać ciężar odpowiedzialności, spoczywającej na wojskowym przywódcy. W tym celu posłużyli się jaskrawym przykładem świeżo upieczonego dowódcy, rzuconego od razu na głębokie wody. I byłby to jeden z ciekawszych wątków scenariusza, gdyby nie fakt, że w charakterystyczny dla kina hollywoodzkiego sposób zakończono go w najbardziej banalny, do bólu patetyczny sposób.

Właśnie, patos. To jeden z tych elementów, których w tego typu amerykańskich produkcjach nie może zabraknąć. Wprawdzie nie zaszkodzi nadać filmowi lekko podniosłego tonu – w końcu w „Inwazji…” na oczach widza ratowana jest cała ludzkość – jednak twórcy zdecydowanie w tej materii przedobrzyli. Po raz kolejny sprawdza się złota zasada, że wszystko w nadmiarze szkodzi. W „Inwazji” mnóstwo jest nadętych frazesów, wzniosłych scen i przepełnionych moralizatorstwem dialogów, których nagromadzenie po pewnym czasie przyprawia o mdłości. Najlepiej świadczyły o tym reakcje widzów obecnych na sali podczas seansu, niejednokrotnie głośno wyrażających swoją irytację.

Aktorstwo w „Inwazji” prezentuje przyzwoity poziom, choć zabrakło kreacji, które na dłużej mogłyby zapisać się w pamięci oglądającego. Aaron Eckhart jako główny bohater wypadł przekonująco, lecz scenariusz kazał mu odgrywać całkiem typową postać, wpisującą się w archetyp marine-superbohatera, gotowego podjąć się najbardziej brawurowych zadań celem zniszczenia wroga, tudzież uratowania bezbronnych cywilów. Michelle Rodriguez, wcielająca się w sierżant techniczną Elenę Santos, gra natomiast bardzo podobną rolę do tej, w której nie tak dawno temu można było ją oglądać w „Avatarze”. Kolejny raz wciela się w walczącą z bronią w ręku kobietę-żołnierza i ponownie spisuje się bez zarzutu. Jednak ani kreacja Aarona Eckharta, ani Michelle Rodriguez, ani żadnego innego członka obsady nie przejdzie w żaden sposób do historii. W filmie Liebesmana brakuje bohaterów wyrazistych, których udział w tej produkcji byłby zapamiętany na dłużej niż kilka dni po obejrzeniu.

Swoją część pracy całkiem nieźle wykonał Brian Tyler, odpowiadający za muzykę. Kompozytor, mający w swoim dorobku utwory do wielu znanych hollywoodzkich produkcji (jak choćby „Constantine”, „Nożownik”, czy „John Rambo”), także i tym razem pokazał pełnię swoich zdolności. Przygotowane przez niego utwory dobrze komponują się z akcją, odpowiednio dozując napięcie i podkreślając atmosferę poszczególnych scen. Dużo dobrego można również powiedzieć o pracy Lukasa Ettlina, autora zdjęć. Szczególne wrażenie robią ujęcia, w których zobaczyć można Los Angeles niszczone przez Obcych. Ponadto w niezłym stopniu posiadł on umiejętność kręcenia „z ręki”. Fragmentów filmowanych w taki sposób jest w „Inwazji” niemało. W przypadku scen batalistycznych technika ta sprawdza się szczególnie dobrze, świetnie oddając dynamikę pola walki.

Największym atutem opisywanego filmu są oczywiście efekty specjalne. To one szczególnie zwracały na siebie uwagę w rozmaitych zwiastunach i można zaryzykować tezę, że dla nich właśnie spora część widzów zdecydowała się odwiedzić kina. Tych odbiorców, którzy wybiorą się do multipleksów by nacieszyć nimi oczy, nie spotka zawód. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, co najlepiej uwidacznia się w licznych, błyskotliwie zrealizowanych scenach walk Ziemian z kosmitami. Wprawdzie „Inwazja” nie wprowadza w tej dziedzinie żadnych przełomowych rozwiązań, jednak każdy, kto wybierając się na nią do kina liczy na pełne efektów, miłe dla zmysłów widowisko, będzie usatysfakcjonowany.

O skali przedsięwzięcia, jakim było kręcenie „Inwazji…” najlepiej świadczy jego budżet. Produkcja pochłonęła ponad 70 milionów dolarów. Film został zrealizowany bardzo dobrze pod względem technicznym. Są tu zarówno imponujące zdjęcia, jak i przyjemna dla ucha muzyka oraz niezłe efekty specjalne. Wszystkie te atuty blakną jednak w obliczu sztampowego scenariusza, w którym próżno doszukać się świeżości, pełno za to nachalnie podanego patosu i dialogów nie najwyższych lotów. Wobec tego film zaliczyć można wyłącznie do kategorii tak zwanych 'popcorn movies', mających dostarczyć jak najwięcej wrażeń wizualnych, jednocześnie wymagając od widza jak najmniejszego wysiłku intelektualnego. Tylko jako taki się sprawdza i tylko jako taki może być polecony.

Ocena: 2/5

Dyskusja