Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kłopoty na Devaronie – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 4/2011”

Duursema, Ostrander i Parsons to sprawdzona marka. Jeśli tylko ich nazwiska pojawiają się wśród autorów, dobrą zabawę mamy zagwarantowaną. W kwietniowym numerze Star Wars Komiks spotkamy się z nimi po raz kolejny. Tym razem wydawca prezentuje nam zeszyt ze świetnej serii Jedi, której akcja dzieje się w okresie Wojen Klonów i przedstawia przygody Mistrzów Zakonu. Jak do tej pory poznaliśmy opowieści z życia dwóch postaci: Yody (SWK 12/2009) i Mace Windu (SWK 05/2010). W kwietniu przyszedł czas na Aaylę Securę.

Historia skupia się na dwóch wątkach. Pierwszym jest więź między Quinlanem Vosem a Mistrzynią. Wspomnienia Aayli i jej rozterki związane z przejściem dawnego mentora na stronę Konfederacji, będą przewijać się w tle głównego wątku. Wojna jest bowiem nieubłagana – Jedi mają swoje obowiązki względem Republiki. Nie mogą przedkładać osobistych przekonań i pragnień nad dobro ogółu. Aayla, zamiast ścigać Vosa i przywrócić go Jasnej Stronie Mocy, musi wziąć udział w kolejnej misji zleconej przez dowództwo.

Tym razem chodzi o konwoje niszczone przez współpracujących z Konfederacją korsarzy. Sprawa byłaby prosta, gdyby nie to, że wszystkie okoliczne planety należą do Republiki. Odnalezienie bazy piratów nie będzie proste. Trop prowadzi na Devaron, jednak jedyna osoba, która mogła doprowadzić do szybkiego rozwiązania problemu, ginie w zamachu. Wśród władców planety znajduje się zdrajca. Jedi zaczynają śledztwo.

Komiks przedstawiony jest z perspektywy Aayli, ale zobaczymy w nim wielu innych Jedi. Pomijając obecnego w retrospekcjach Vosa, są tu także Mistrzowie Tholme, Kit Fisto, T’ra Saa i Mroczna Kobieta. Prawdziwa śmietanka, choć to nie oni są największą atrakcją opowieści. Za taką należy uznać Aurrę Sing. W przeciwieństwie do opowieści z marca („Pieśń Aurry”), tu jest ona bardziej wiarygodna – nie do końca jest to kwestia scenariusza. Bardziej zaważył na tym mroczny, niekarykaturalny sposób rysowania tej postaci. Opowieść Ostrandera nie jest przy tym statyczna, jak zwykle jest w niej dużo akcji. Autor bawi się cechami postaci, doskonale gra ich emocjami, uwypukla to, co najbardziej charakterystyczne. Dobrym przykładem może być dialog między Aurrą Sing a Aaylą Securą, albo rozmowa Tholme`a z Mroczną Kobietą o jej imieniu. Najważniejsze jednak jest to, że Ostrander odnalazł złoty środek, by nadać opowieści nieco głębi, jednocześnie nie pozbawiając jej walorów rozrywkowych.

Trudno też negatywnie wypowiadać się o oprawie wizualnej komiksu. To oczywiście kwestia gustu, ale rysunki robią tu naprawdę duże wrażenie. Dzieła Duursemy zawsze miały unikalny, dynamiczny styl. Uwagę zwracała umiejętność budowania planów, dobierania odpowiedniej kompozycji i perspektywy. Każdy rysunek był dopracowany w najmniejszym szczególe. Podobnie jest i tu, ale trudno nie podkreślić, że Jedi: Aayla Secura to chyba jedna z najlepszych prac artystki. Złudzenie trójwymiarowości, tego że postacie zaraz wyskoczą z kartek, jest tu naprawdę silne. Rzućmy tylko okiem na kadr ze strony trzydziestej piątej. Co więcej, Duursema znakomicie odmalowuje charaktery i emocje postaci, niezależnie od tego czy chodzi o pokazanie frywolności, zakłopotania, skupienia, wściekłości, bólu, strachu czy spokoju. Dodając do tego pracę tuszem Dana Parsonsa i kolory nałożone przez Brada Andersona, otrzymujemy mieszankę, która świetnie się sprawdza i zapada w pamięć.

A wady lub wpadki? Poza zamienionymi dialogami na stronie czterdziestej czwartej i dwiema literówkami (powinno być Karkko (str. 39) i Aayla (str. 3)), nie ma tu nic, co można by wypominać twórcom lub redakcji magazynu. Komiks jest po prostu dobrze przetłumaczony, porządnie napisany, doskonale zilustrowany i trzyma w napięciu. Jak do tej pory, z opublikowanych w Polsce opowieści z serii Jedi, ta jest zdecydowanie najciekawsza.

Dyskusja