Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Konflikty i uczucia – recenzja komiksu „Star Wars Komiks Extra 1/2011 (2): The Clone Wars – W służbie Republiki, Bohater konfederacji”

Zwrot w lewo. W prawo. Potem beczka i unik. Obok przelatuje promień lasera. Znowu unik i wstrzymanie ciągu, przeskok za plecy ścigającego myśliwca. Celowanie, strzał serią z laserów i wybuch. Kolejne trafienie, kolejny zestrzelony statek. Kilka godzin później, już na powierzchni planety, w korytarzach jakiegoś kompleksu – zasadzka! Pilot myśliwca zostaje otoczony przez szturmowców. Blastery wymierzone, ale bohater wykonuje ruch ręką do siebie i część żołnierzy Imperium staje się bezbronna. Kolejny ruch, tym razem do przodu, i druga grupka uderza o ścianę. Jednocześnie postać włącza miecz świetlny i skacze na pozostałych. W oddali na bohatera złowrogo spogląda para oczu, pojawia się czerwona poświata, słychać znajome buczenie. Lubimy to, prawda?

Mało nas w sumie interesuje to, że w rzeczywistości żadna z tych rzeczy nie może się wydarzyć. Prawdziwy świat nie przewiduje istnienia Mocy. Wprowadza ograniczenia, które nie pozwolą nam zobaczyć scen z obu starwarsowych trylogii na żywo. Fizyka jest nieubłagana. Oglądamy więc filmy, czytamy książki, komiksy i widzimy masę nieścisłości, błędów, wypaczeń. Widzimy absurdalne pomysły, a mimo to przymykamy na to oko. Dlaczego? Bo w Gwiezdnych Wojnach nie o to chodzi.

Kolejny numer Star Wars Komiks Ekstra jest pełen różnego rodzaju głupotek i rzeczy, które mogą irytować, śmieszyć lub zwyczajnie budzić zażenowanie. Weźmy na przykład rasę morsopodobnych stworów z Khorma, przedstawioną w pierwszej z dwóch zamieszczonych opowieści czyli W służbie Republiki. Czyżby twórcom zabrakło wyobraźni? O ile podobny motyw bawi w publikowanej w Fantasy Komiks serii Rozbitkowie z Ythaq, w gwiezdnych wojnach wydaje się być trochę nie na miejscu. Pomijając już jednak to, że mamy do czynienia z humanoidalnymi morsami, dlaczego są one ubrane w zbroje rodem ze steampunkowych powieści? Fakt, wygląda to fajnie. Wrażenie robi także wygląd kolejki i dział, ale czy ta stylistyka nie jest po prostu próbą zagospodarowania popularnego ostatnio tematu? Czy to pasuje do gwiezdnych wojen? Na te pytania każdy fan filmów Lucasa musi już sobie sam odpowiedzieć.

Idźmy jednak dalej. W pierwszej opowieści pojawiają się lodowe dżdżownice czyli Aelidy. Trzeba przyznać, że scena, w której widzimy je po raz pierwszy, jest ładnie narysowana. Na ile jednak stworzeniom żyjącym pod ziemią, nawet na lodowej planecie, potrzebne jest futro? Po co im zęby trzonowe (na kły nie za bardzo wyglądają), wykorzystywane wszak przez zwierzęta roślinożerne. Można powątpiewać, czy nadawałaby się one do drążenia korytarzy w twardym śniegu, lodzie i skałach. W drugiej opowieści, Bohaterze Konfederacji, mamy z kolei Neebraye – rybopodobne stwory unoszące się wśród mgławic w przestrzeni kosmicznej. To już jednak nieco bliższe temu, co widzieliśmy na filmach.

Jak zwykle w przypadku Clone Wars, razić może wygląd niektórych postaci. Choćby taka Asaji Ventress, która jest tu koszmarnie karykaturalna. Rysownicy wyeksponowali w ten sposób jej cechy charakteru, ale patrzenie na nią jest niczym wizyta w paszczy Sarlacca. Niewiele osób wspominać będzie ją z przyjemnością. Podobnie jest z innymi postaciami znanymi z filmów – hrabią Dooku, Mistrzem Yodą, Obi-Wanem, Anakinem, etc. Całe szczęście do Ventress im jednak daleko i jeśli tylko zdążyliśmy się przyzwyczaić do serialowych Wojen Klonów i obrazków z poprzedniego tomu SWK Extra, jakoś przejdziemy nad tym do porządku dziennego. Sytuacja jest jednak o tyle dziwna, że postacie nie będące na pierwszym planie – Plo Koon, Kit Fisto, Tauht (jak on „pięknie” ginie), żołnierze-klony, Kendal Ozzel czy rodzina władców Valahari – są rysowane mniej kanciasto, z większą szczegółowością i bez tak dużego upraszczania ich wizerunków.

Stylistyka komiksu to tylko drobny ułamek tego, co się może się w nim nie podobać. Przedstawione historie nie zachwycają także pod względem fabuły. Obie są budowane w sposób dość schematyczny, a niektóre wydarzenia mają zdecydowanie absurdalny charakter. Przykładem może tu być choćby koncepcja stacji globalnej kontroli pogody czy sposób, w jaki zniszczono działa na Khormie. Pomysł by Jedi dostawali się do bazy wroga przez lufy armat jest równie wiarygodne co banda Ewoków eksterminująca elitarnych szturmowców w Powrocie Jedi. Irytować może także to, że część wydarzeń jest wstawiana na siłę, jakby scenarzystom brakowało konceptów na oryginalne rozwijanie opowieści. Jeśli w obu historiach Asaji Ventress jest jedną z kluczowych postaci i skoro w każdym możliwym momencie scenarzyści wyciągają ją z kapelusza i wciskają w scenariusz, to coś musi być nie tak. Tu można także wrócić do wspomnianej śmierci Rycerza Jedi, Tauhta. Można również wymienić atak Ventress na Plo Koona i Kita Fisto w śnieżnych górach Khorma lub niepotrzebne śmierci żołnierzy-klonów. Ich samobójcze zachowania dobrze się jednak wpisują w ogólny wizerunek „żywych droidów”. Ukazanie klonów jako armii, w której nie liczy się życie jednostek, a jedynym celem jest zwycięstwo wychodzi tu mimo wszystko na dobre. Przekomarzania i dyskusje dowódców oddziałów z Jedi, choć naiwne, po raz kolejny ukazują trudną sytuację, w jakiej znaleźli się zwolennicy Jasnej Strony Mocy. Podobne problemy występują także w Bohaterze Konfederacji.

Wypisane powyżej kwestie nie byłyby w sumie takie złe, gdyby nie to, że mocno zwracają na siebie uwagę. Nie trzeba szczególnie się zastanawiać, by je wychwycić. Na szczęście obie historie mają tego starwarsowego ducha, który znamy z filmów. Jest w nich przygoda, jest napięcie, jest trochę emocji. Do tego druga opowieść ma dość mroczny, fatalistyczny nastrój. Pojawia się w niej to, co próbowano ukazać w Ataku Klonów i Zemście Sithów – dramat jednostki, nieodwracalność przeznaczenia, bliskość zagłady. Ukazana w ostatnich kadrach sytuacja Dooku, jego powiązania z Valaharianami oraz to jak w tym wszystkim zostali ulokowani Jedi, zbliża nas do tego, co Lucas chciał przedstawić w Nowej Trylogii. Podobnie jak jemu, nie do końca się to tu udało, ale jeśli przymknie się oko na wszelkie niedociągnięcia, obie historie można czytać z przyjemnością. W pewnym stopniu ubarwiają i uzasadniają one późniejsze wydarzenia. W Bohaterze Konfederacji jest jedna ważna scena, która daje porywczemu Skywalkerowi kolejny powód, by nienawidzić hrabiego Dooku. Chodzi oczywiście o chwilę śmierci Tofena Vane’a i jego prośbę o pomstę. Natomiast dla Dooku opowiedziana tu historia oznacza kolejny spalony most. Mglista szansa na jego wybawienie zostaje zaprzepaszczona. Szkoda, że dość sztampowa i naciągana intryga nie pozwalają w pełni cieszyć się z tego co czytamy.

Najnowszy numer Star Wars Komiks Ekstra na pewno nie przypadnie do gustu osobom szukającym historii ambitnych, zmuszających do refleksji. Razić będzie też wszystkich tych, którzy wymagają zgodności z faktami, logiką i prawami rządzącymi naszym światem. Patrząc jednak pod kątem tego, co widzieliśmy w filmach i biorąc pod uwagę to, że zasady panujące w galaktyce Gwiezdnych Wojen odbiegają od naszej rzeczywistości, trzeba podkreślić, że nie ma w opisywanym komiksie niczego, co mogłoby wywołać wielkie kontrowersje wśród fanów. Na ocenę SWK Ekstra wpływa jednak również to, że w ostatnim Wydaniu Specjalnym magazynu pojawiła się historia (Wojna w nadprzestrzeni) podobna do opowieści W służbie Republiki. I nawet po jakimś czasie, gdy oba wydania trafią na półki antykwariatów, fakt istnienia dwóch historii zbudowanych na podobnym schemacie, nie będzie zbyt dobrze świadczył o kreatywności scenarzystów.

Dyskusja