Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nie tacy święci bohaterowie – recenzja filmu „Strażnicy”

Do filmów na podstawie komiksów, zwłaszcza tych traktujących o superbohaterach, miłośnicy fantastyki nabrali ostatnimi laty dużego sceptycyzmu. Mieliśmy wszak wiele produkcji tego typu, które śmiało można by zaliczyć do gatunku „popcorn movies”: niewymagających, oszczędzających widzowi intelektualnego wysiłku, ale za to pełnych wartkiej akcji i widowiskowych efektów specjalnych. Stereotyp, zgodnie z którym ekranizacje komiksów to niemal wyłącznie kino nastawione na czystą rozrywkę, może złamać jeden film: „Watchmen: Strażnicy”!

Mamy alternatywną rzeczywistość. Śledzimy wydarzenia od zakończenia Drugiej Wojny Światowej, kiedy to linia czasu rozdzieliła się na dwoje względem naszej historii. Chwilą współczesną jest rok 1985. Nixon jest po raz piąty z rzędu zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych, zimna wojna trwa nadal. Stosunki między USA i ZSRR są coraz bardziej napięte, a obie potęgi dysponują bronią atomową. Wojna wisi w powietrzu. Do rozpoczęcia kolejnego wielkiego konfliktu zostało ledwie kilka dni.

W świecie tym superbohaterowie naprawdę istnieją. Nie są to jednak obrońcy prawa i spokoju, jakich poznaliśmy w komiksach i kreskówkach. Tu nie ma Supermana bez skazy i wiecznie honorowego Batmana. Nie ma Spider-Mana, który słucha głosu swojego sumienia. W tym świecie nadnaturalne moce nie sprawiają, że nasz charakter staje się nagle krystaliczny. Tutaj herosi nadal są ludźmi. Ludźmi, którzy mają swoje zalety, ale mają też wady. Wady tak ciężkie, że trudno unieść je na swoich barkach.

Właściwa fabuła filmu zaczyna się wraz ze śmiercią jednego z pierwszych Strażników, o pseudonimie Komediant. Odkąd przed kilkoma laty grupa bohaterów została rozwiązana, nie mogą oni działać oficjalnie. Prezydent wydał nawet specjalne rozporządzenie, zakazujące Strażnikom nosić masek. Część z nich ujawniła swoje prawdziwe tożsamości, ale niektórzy zeszli do podziemia, działając nadal pod przykrywką.

Jednym z nich jest Rorschach, który zdecydował się dalej działać w konspiracji. Jego cechą charakterystyczną jest maska, na której pojawiają się ruchome plamy atramentu. Zupełnie jak w teście plamy, czyli teście Rorschacha. Prowadzi on bardzo skrupulatne śledztwo w sprawie śmierci Komedianta. I jest w tym nieugięty. Wysnuwa nawet teorię, że ktoś poluje na pozostałych członków zespołu, co zresztą potwierdzają kolejne próby zamachów. Czy jego hipoteza jest więc prawdziwa?

Tymczasem atomowy zegar wciąż tyka. Wskazówka lada moment wskaże dwunastą. Próbuje nie dopuścić do tego Dr Manhattan. Jest to inny członek zespołu, naukowiec, który bada możliwości pokojowego zażegnania konfliktu Zachód-Wschód. Jest to bardzo ciekawa postać. Na wskutek nieszczęśliwego wypadku w laboratorium, staje się władcą energii, czasu i przestrzeni. Może je kształtować wedle własnej woli. Ale nie obyło się bez kosztów. Manhattan zdaje się zatracić swoje emocje i osobowość. Nie do końca rozumie pojęcia dobra i zła, zdaje się być ponad nimi. Również miłość w jego wydaniu wydaje się specyficzna. Zupełnie, jakby to uczucie wyznawał automat, a nie żywy człowiek.

Generalnie postacie w filmie są wykreowane w sposób bardzo oryginalny. Niektóre ich kostiumy co prawda przywodzą na myśl komiksowe kreacje, jak na przykład uniform Sowy, ale nie o wrażenia zewnętrzne tutaj chodzi. Jak wspominałem, ci super-bohaterowie mają i swoje wady. Nawet na pierwszy rzut oka krystalicznie nieskazitelny Dr Manhattan, okazuje się odczuwać strach przed odpowiedzialnością i w chwili, gdy ludzkość najbardziej go potrzebuje, opuszcza ją. Rorschach okazuje się bezwzględnym oprawcą dla morderców i gwałcicieli, wymierzając im sprawiedliwość w myśl zasady oko za oko. A Komediant? Komediant w życiu prywatnym odznacza się równie naganną postawą, jak przeciwnicy, z którymi walczy zakładając maskę. Mało tego, zabijanie sprawia mu prawdziwą przyjemność. Pacyfikacja Wietnamu , kiedy to wyposażony w miotacz ognia, przechodzi przez pola ryżowe zalewając je napalmem, to jedno z najmilszych mu wspomnień z przeszłości.

W filmie nie brak naprawdę mocnych scen, tak jak ta opisana powyżej. Innym doskonałym przykładem może być moment geneza powstania Rorschacha. I nie chodzi o chwilę, gdy zyskał niespodziewanie szybki refleks. Nie, tu chodzi o moment gdy przemienił się wewnętrznie. W chwili, gdy odkrył prawdę jak nieludzki okazał się porywacz małej dziewczynki, który rzucił ją na pożarcie psom, nie miał dla niego litości. Przestępca co prawda spodziewał się, że Strażnik przekaże go do więzienia, ale bardzo się pomylił. Coś pękło w zamaskowanym mężczyźnie, gdy zobaczył dobermana obgryzającego dłoń dziecka, Postanowił, że właśnie to samo spotka porywacza.

Film zbudowany jest na zasadzie przeplatania czasu aktualnego z przeszłym. Dzięki licznym retrospekcjom poznamy nie tylko historię Strażników jako grupy, ale i każdego z nich poszczególnie. Odkryjemy wiele faktów świadczących o ich naturze, wadach i zaletach.
Dzięki temu okaże się, że w tym filmie nie ma tak naprawdę typowych antybohaterów, jak i jednoznacznie dobrych obrońców sprawiedliwości. Tu nikt tak naprawdę nie jest zły, ale zarazem nikt nie jest dobry. Wszyscy są osadzeni w tonacjach i odcieniach szarości. Jak w prawdziwym życiu.

Wyrazistość scen doskonale podkreśla podkład muzyczny. Dobór znanych piosenek to absolutny majstersztyk. Już pierwsza scena, będąca retrospekcją i przedstawieniem losów pierwszego składu Strażników, nabiera jeszcze większego wyrazu dzięki słowom piosenki Boba Dylana: „The Times They Are A-Changin”. Na pogrzebie Komendianta jako tło wykorzystano utwór Simona And Garfunkela: „The Sound Of Silence”. Doskonale podkreśla powagę chwili. W jednej z finałowych scen, gdzie dwójka bohaterów przemierza mroźne pustkowia uwydatniona jest przez jakże adekwatny kawałek Jimiego Hendrixa, zatytułowanego „All Along The Watchtower”. Wobec powyższego nie można zaprzeczyć, że muzyka to jeden z najmocniejszych elementów w filmie.

Podobnie jest z finałem. To również bardzo dobra część filmu. Jest taki jaki powinien być: wielki i ekscytujący. A przy tym zawierający element zaskoczenia. I to właśnie te kulminacyjne chwilę sprawiają, że ten film to nie typowe superbohaterskie kino. Tu trzeba naprawdę pogłówkować i zastanowić się kto naprawdę był tym złym.

Film godny jest zresztą obejrzenia po raz drugi, trzeci, ba! Nawet kolejne razy. W myśl zasady, że jeżeli film nie jest wart by go obejrzeć drugi raz, to nie warto było mu poświęcać swojego czasu na pierwszy seans. Dokładnie tak jest z „Watchemnami”. Za każdym kolejnym razem przyjdzie nam odkrywać nowe szczegóły i detale, które mogły umknąć poprzednio. A takich jest naprawdę sporo, ponieważ obraz ten obfituje w ilość wątków i pobocznych historii, które są równie wciągające jak główny nurt historii.

W tym filmie nie przyjdzie nam zobaczyć żadnych znanych aktorów, których twarze zdobią pierwsze strony gazet. Nie mniej obsada bardzo dobrze wywiązuje się z swoich ról. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja Jackiego Earle’a Haley’a , grającego Rorschacha. W momencie gdy został zdemaskowany, jego twarz naprawdę jest facjatą bezwzględnego człowieka, balansującego na krawędzi, który widział zbyt dużo okrucieństwa.
Chociaż „Watchmen” jest filmową adaptacją komiksu Alana Moore’a, o tym samym tytule, to jako osobne dzieło sprawdza się bardzo dobrze. Niebagatelna fabuła, ciekawe ujęcia i przeplatanie właściwego czasu z retrospekcjami to tylko niektóre z plusów dla tego tytułu. Do grona pozytywnych stron można zaliczyć jeszcze doskonale użytą muzykę, ciekawe kostiumy i scenografie a także bardzo dobry dobór aktorów. Film „Watchmen: Strażnicy” nie wątpliwie zdołał się zapisać w historii współczesnej kinematografii jako dzieło godne szczególnej uwagi każdego miłośnika fantastyki.

Ocena: 5/5

Dyskusja