Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nie oceniaj książki po okładce – recenzja książki „Morrigan”

Pierwsze wrażenie jest ważne. Od niego zależy czy zaangażujemy się w nową znajomość albo czy kupimy dany produkt. W przypadku „Morrigan” Piotra Olszówki pierwsze wrażenie jest mylące. Na okładce mamy młodą dziewczynę, która może się kojarzyć z wróżkami lub czarodziejkami z bajek i baśni. Sugeruje to kolejną, niewymagającą powieść fantasy, na dodatek skierowaną raczej do młodszych czytelników. Wniosek? Będą przygody, naiwna, sztampowa fabuła i morał. Słusznie się jednak mówi, by nie oceniać książki po okładce.

Zaczniemy od końca. Zamieszczony na ostatnich stronach słowniczek daje nam jasno do zrozumienia, że trafimy w quasi-średniowiecze, ale gdy bohater zacznie wywijać mieczem, nie będzie to po prostu piruet, zamach, cięcie i trup. Zarówno jeśli chodzi o walkę, jak i codzienne życie bohaterów, Olszówka pisze z finezją i opiera się na faktach. Autor mógł równie dobrze napisać powieść historyczną. Dlaczego więc wplótł w opowieść magię i zdecydował się na fantasy? Na blogu autor uzasadnia ten wybór brakiem źródeł. Według niego każdy tekst, dotyczący życia chłopów, mieszczan czy drobnych rycerzy wczesnego średniowiecza będzie do pewnego stopnia fantastyką. Po prostu nie wiemy, jak się wtedy naprawdę żyło i możemy polegać jedynie na domysłach. Fantazjowanie połączone z dużą dozą autentyzmu będzie więc uczciwsze wobec czytelnika.

Debiut Olszówki składa się z czterech historii, mniej lub bardziej luźno ze sobą powiązanych. Szybko przekonujemy się, że nie ma w nich bajkowych wróżek, przygód jest sporo, ale są dość brutalne, a fabuła każdej z opowieści jest przemyślana i logiczna, choć dość przewidywalna. Mimo to Olszówce udaje się zaskoczyć czytelnika. Autor wykorzystuje schematy i wiedzie nas za sobą, odpowiednio budując napięcie. Domyślamy się, jaki finał będzie miała dana historia. Za każdym razem wydarza się jednak coś, co zmienia wymowę całej opowieści, nadaje jej głębi lub każe się zastanowić nad wyborami, jakie podejmowały postacie bohaterów. Największe wrażenie na czytelniku Olszówka robi właśnie dzięki kilku ostatnim akapitom.

„Morrigan” nie skupia się na żadnej konkretnej postaci, choć na pierwszy plan wybija się rycerz Rhoud-an. W tle pozostaje także tytułowa, legendarna czarownica, a zarazem bogini mordu i wojny. Jej duch unosi się nad książką, przejawia w czynach bohaterów, a choć dwie historie bezpośrednio do niej nawiązują, jest raczej symbolem zła, które drzemie w człowieku. W swych opowieściach Olszówka nie stroni od ciemnej strony ludzkiego życia. Wrażliwców od razu trzeba ostrzec: autor się nie cacka. Trupów jest sporo, a postacie mocno się nacierpią. Każda z nich coś straci. Każda dostanie lekcję, przez którą będzie musiała przejść. Czasem wyjdzie z niej zwycięsko, czasem przegra. Książka jest przy tym zdecydowanie fatalistyczna. Jeśli ma wydarzyć się coś złego, to na pewno się wydarzy. Postacie nie raz będą żałować swoich wyborów, często tragicznych w skutkach.

To o tym zresztą jest ta książka. Olszówka stawia bohaterów w trudnych sytuacjach i sprawdza jak się zachowają. Doprowadza do konfliktu, nadając różnym postaciom sprzeczne motywacje. Jako narrator jest jednak neutralny, nie ocenia. Czytelnik sam decyduje, czy wybory bohaterów były słuszne, czy też zupełnie niewłaściwe. Nie sposób przy tym nie poczuć sympatii nawet i do tych osób, które są raczej negatywne (np. Raffik-An). Postacie jednoznacznie złe lub dobre niemalże tu nie występują. Czytając mamy wrażenie, że obcujemy z ludźmi z krwi i kości. Mają oni swoje problemy, swoje pragnienia, swoje wady i zalety, cały czas walczą o przetrwanie i jakoś starają się żyć. Zachowują się przy tym naturalnie, popełniają błędy i słono za nie płacą. Cóż, świat jest okrutny.

To okrucieństwo jest jednak łagodzone przez język. Choć mamy do czynienia z powieścią fantasy w średniowiecznych realiach, autor nie stosuje stylizacji i archaizmów. Woli prosty, ale nie prostacki, język, dzięki czemu czytelnik pochłania jedno zdanie za drugim. Opowieści nie podążają również jednym utartym schematem, różnią się od siebie. W każdej z nich jest coś nowego, czy to na poziomie tekstu, czy też jego konstrukcji. Pierwsze opowiadanie, tytułowa „Morrigan”, po kilku początkowych stronach robi wrażenie lekkiej, humorystycznej fantasy. Wywołuje nawet skojarzenia z Pratchettem, choć do absurdalnego i abstrakcyjnego humoru jest tu daleko. Pomysł na Miotłę – gadającego konia, który marzy o karierze poety – jest jednak równie dobry, co koncept myślącego Bagażu Rincewinda. Uśmiech wywołują również umizgi rycerza Huberta do czarownicy Alicji. Wraz z lekturą nastrój się jednak zmienia. Robi się coraz poważniej, a puenta do rechotów na pewno nie skłania. W kolejnych opowieściach klimat coraz bardziej tężeje. Ostatnia historia nie zawiera już żadnych wątków humorystycznych.

Wcześniej trafimy jednak na szereg mniej lub bardziej zabawnych momentów. Część z nich wynika z postawienia postaci w kompromitujących sytuacjach, część to najzwyklejszy humor słowny. Dowcip u Olszówki często opiera się na eufemizmach, czasem na grach słownych. Kąciki ust same unoszą się do góry, gdy czytamy o „rycerzu nietypowo idealnym” lub „emerichturze” (czyli nadawaniu włości rycerzom, którzy kończą służbę, przywileje te zaczęły się za czasów króla Emericha). Autorowi zdarza się subtelnie przekazywać niektóre wydarzenia: „Nie wiedział, co zrobić z rękami, za to ona miała dużo pomysłów”, ale potrafi też przywalić z grubej rury. Wciąga nas w barwny opis czy dialog, lecz nagle przerywa jakimś rozbrajająco szczerym tekstem. Zarazem, Olszówka świetnie balansuje między powagą a humorem. Co tu dużo mówić – wbrew obawom ta książka jest po prostu dobrze napisana.

Choć pierwsze wrażenie było mylne, a książka wywiera pozytywne wrażenie, jest w niej coś niespełnionego. Brakuje elementu, który czyniłby z „Morrigan” tytuł, który koniecznie trzeba zakupić. To trochę tak, jak byśmy obserwowali dobry start w czasie wyścigu. Widać co prawda ten błysk talentu, który budzi zainteresowanie, ale jest on jeszcze przytłumiony. Prawdziwy potencjał zawodnika dopiero się ujawni i oby tak się rzeczywiście stało. Najważniejsze jednak, że już teraz Olszówka stworzył żywy, interesujący świat, w który warto się zagłębić. Jego książka jest świetną, inteligentną rozrywką i zaostrza apetyt na więcej.

Ocena: 4/5

Dyskusja