Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Science Fiction, Fantasy i Horror, nr 66 – recenzja książki „SFFiH nr 66 – magazyn”

Fantastyczna olimpiada trwa. Kolejni zawodnicy próbują swoich sił w zapasach z piórem i językiem. Spragnieni zwycięskich laurów przekraczają granice wyobraźni, ku uciesze czytelników. Któż stworzy tekst najmocniej zapadający w pamięć? Kto wstrząśnie, kto wzruszy, a przy kim będzie się można zadumać. Kto oczaruje nastrojem, a kto oryginalnością. Która opowieść będzie najciekawsza? Do walki stają śmiałkowie skupieni pod szyldem „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Czy podołają wyzwaniu? Czy wrócą z tarczą, czy na tarczy, pokonani przez kapryśne gusta czytelników?

Do olimpijskich metafor skłania nie tylko okładka, promująca wznowienie „Achaji” Andrzeja Ziemiańskiego, ale i felieton Dariusza Domagalskiego. Same opowiadania nie za wiele jednak zawierają sportu, choć np. bohaterzy „Czarnych Kotów” Anny Nieznaj zawstydziliby Leszka Blanika i Tomasza Majewskiego o TurboDymoManie nie wspominając, a hrabina z tekstu Alicji Pawłowskiej pewnie poradziłaby sobie z niejednym mistrzem szachów. Strateg z niej bowiem niezły, nawet jeśli talent ten wykorzystuje do manipulacji ludźmi. Można by jeszcze wymienić „Dzień, w którym pękł Olympus Mons” Grzegorza Żaka, tyle że wspinanie się na najwyższą górę Układu Słonecznego to sport ekstremalny. Podobnie jak zabawy z bogami. Do przeciętnej olimpiady nie bardzo to pasuje. Preferuje się przecież zdecydowanie bardziej przyziemne dyscypliny.

Przyziemna może być jednak także rzeczywistość. Taką mamy w opowiadaniu otwierającym numer. „Trucizna” Andrzeja Pilipiuka przedstawia kolejną przygodę najsłynniejszego egzorcysty Polski. Wędrowycz tym razem zmierzy się z łaknącymi bimbru zombiakami-bardakami i homeopatią. Humorystycznych elementów tu nie brakuje, ale – niestety – opowiadanie jest poniżej oczekiwań. Od pisarza tej klasy i sławy co Pilipiuk wymaga się dużo, a „Trucizna” ani nie skrzy się błyskotliwym dowcipem, ani nie zachwyca pomysłem. Nie chodzi tu nawet zresztą o niezbyt trafne drwiny z Unii Europejskiej czy gazety Wyborczej, ale o to, że żarty i komiczne sytuacje po prostu nie śmieszą. Jeśli zaś chodzi o koncept: za dużo tu wątków, zbyt chaotycznie są one rozegrane, za mało w nich spójności. W efekcie mamy najsłabszy tekst numeru. Szkoda, bo nieumarłe Bardaki to potencjał na dobry pastisz lub satyrę.

Kolejny tekst, czyli wspomniane „Czarne koty”, jest już zdecydowanie bardziej interesujący. Mamy okazję obserwować w nim oddział modyfikowanych genetycznie ludzi podczas pierwszej samodzielnej misji. Czeka ich śledztwo, którego celem jest odszukanie pewnego tajnego agenta. Dopiero wtedy sytuacja zacznie się gmatwać. W tym momencie opowiadanie traci jednak dynamikę. Tekst przestaje intrygować, pojawiają się sztuczne problemy (ucieczka agenta, jego nieufność), zaciera się temat (są nim komandosi, śledztwo, czy może coś jeszcze innego?). W rezultacie brniemy do końca byle szybciej. Szkoda, bo same „koty” (czyli ludzie w wersji GMO) są fajne, mają ciekawe osobowości i umiejętności. Dobrze została podkreślona ich „inność”. To sprawia, że chętnie byśmy coś o nich jeszcze poczytali, ale o „Czarnych kotach” niestety szybko zapomnimy. Opowiadanie ma coś w sobie, ale nie ma w nim nic tak mocnego, by zostawiło w nas trwały ślad. O dziwo, nie wszyscy protagoniści u Anny Nieznaj pochodzą z Polski, choć, jak to często w rodzimej fantastyce bywa, nadwiślański kraj wciąż ma spore znaczenie. Tu przychodzi na myśl truizm, że oderwanie się od realiów w jakich się żyje, nie przychodzi autorom łatwo. To jednak temat do osobnych rozważań, lepiej więc przejść do trzeciego tekstu, czyli do „Kuriera” Przemysława Pomorskiego.

Tutaj trudno oczekiwać umieszczenia akcji opowiadania gdzieś poza Polską. Choćby ze względu na skojarzenia, jakie tekst wywołuje z „Małą apokalipsą” Konwickiego. Pomorski nie zostawia jednak pola na wątpliwości. Jego bohater dokonuje samospalenia przed PKiN. Widzimy konsekwencje tego wydarzenia (a raczej ich brak), ale w czytelniku nie wywołuje to większych emocji. Zabija je jednoznaczność. Opowieść zostaje spłycona ze względu na udzielenie przez autora odpowiedzi na wszelkie pytania i sprowadzenie problemu, przed jakim staje główny bohater, do intrygi medialnej. Cała misternie i dość sprawnie budowana atmosfera zaszczucia, beznadziei i przygnębienia, wszelkie rozważania o kosztach postępu i kondycji społeczeństw, nikną w jednej chwili na rzecz rozczarowania: to tylko o to tu chodziło? A jeśli na dodatek przestaniemy przymykać oko na wewnętrzne sprzeczności w założeniach świata przedstawionego przez Pomorskiego, to i tym razem trudno się opowiadaniem zachwycać.

Trochę inaczej jest z „Dniem, w którym pękł Olympus Mons”. Jak wszystkie opowiadania w numerze, napisany jest on porządnie. (Na marginesie: czy jest to zasługa autorów, czy osób redagujących teksty, to osobny temat. Warto jednak przy okazji zwrócić uwagę na pracę redakcji.) Opowiadanie Grzegorza Żaka jest z pewnością najlepszym tekstem numeru. Tekst poświęcony Jerzemu Kukuczce traktuje o wyprawie wspinaczkowej na tytułowe wzniesienie. Zaczyna się ciekawie – jak dobrej klasy opowiadanie science-fiction (którego trochę brakuje ostatnio w magazynie). Niestety, im głębiej, tym dalej od fantastyki naukowej. Żak niepotrzebnie umieszcza w swej opowieści bogów – sięganie po rzeczy transcendentalne jest ryzykowne, a tu niestety może ono razić. Choćby ze względu na infantylizm „nieśmiertelnych”. Banalne zakończenie i uproszczenie: przywódcy wielkich religii = zło i oszuści, wcale nie poprawiają sytuacji. Do „Zatoki Tęczy” Orbitowskiego daleko, ale i tak „Dzień, w którym pękł Olympus Mons” jest chyba najciekawszym opowiadaniem w kwietniowym magazynie – choćby ze względu na dobry początek i samą ideę wspinaczki na najwyższy szczyt w Układzie Słonecznym.

Ostatni tekst, czyli „Hrabina i nocołaki” Alicji Pawłowskiej, boryka się z tą samą przypadłością, co pozostałe teksty numeru, ale jest od nich bardziej spójny. I tu jednak pojawiają się wątki niewiarygodne, które przypisalibyśmy fantastyce humorystycznej, a nie mrocznej opowiastce fantasy, jaką „Hrabina” jawi się na początku. Jeśli bowiem w tekście demoniczną istotą jest chomik, który – nawet jeśli bywa agresywny – kojarzy się z czymś przyjemnym, to jednak doszło tu do pomieszania pewnych idei. Siłą opowiadania jest główna bohaterka. Lady Kira Margaritta Londwell to charakterna kobitka, soczysta i z błyskiem w oku. I wcale nie chodzi tu o wyuzdane erotycznie zakończenie.

Paradoksem kwietniowego numeru magazynu jest to, że najciekawsze są w nim felietony. Oprócz wspomnianego Dariusza Domagalskiego i jego olimpijskich rozważań, mamy tu również dywagacje Tomka Bochińskiego o współczesnych wampirach, inspirowane historią Wojsławic refleksje Pilipiuka oraz jeremiady Jarosława Grzędowicza – o fikcji. Gdyby wrócić do metafory ze wstępu, musielibyśmy oglądać jak zawodnicy wracają do Lublina na tarczy, trzymani przez „rezerwowych” z nałożonymi na głowy zwycięskimi laurami. Magazyn literacki z lepszą publicystyką niż opowiadaniami? Cóż, czasem bywa i tak.

Dyskusja