Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nie oceniaj SFFiH po okładce – recenzja książki „SFFiH nr 51 – magazyn”

Kolejny numer Science Fiction, Fantasy i Horror i znowu trudno nie wspomnieć o okładce. Wszystko jest w niej doskonałe, i kolor, i kompozycja, i tematyka. Do tego dobrze dopasowane napisy z tytułami i nazwiskami autorów (poza niefortunnie ułożonym logiem Fabryki Słów) czynią z niej jedną z najlepiej zrobionych okładek od jakiegoś czasu. Można nawet zaryzykować stwierdzeniem, że praca Dariusza Zawadzkiego jest najładniejszą grafiką, zdobiącą magazyn w całej jego historii.

Jednakże to przede wszystkim zawartość interesuje czytelnika, a nie okładka. Tym razem redakcja magazynu postawiła na autorów mniej znanych, debiutujących lub zaczynających dopiero przygodę z pisaniem fantastyki. Do rąk czytelnika trafia siedem tekstów. Dominuje w nich urban fantasy i horror – tych elementów jest tu najwięcej.

Numer zaczyna się jednak tekstem Marcina Mortki i niewiele ma wspólnego z wyżej wymienionymi gatunkami. „Antyplacebo” to humorystyczna, lekka opowieść, skoncentrowana wokół postaci admirała Nelsona. Tu jest on jeszcze w stopniu kapitana. Mortka nie pokazuje go jednak jako bohatera Royal Navy i brytyjskiej korony. Jego Nelson jest hipochondrykiem, przewrażliwionym dżentelmenem, nie radzącym sobie z wojaczką fajtłapą. Mortka w doskonały sposób opisuje charakter tej postaci, nie szczędząc obrzydliwych opisów, w których Nelson zastanawia się nad tym, czy wydzielina z jego nosa nie świadczy przypadkiem o jakiejś chorobie. Może to właśnie przez te kilka fragmentów tekst ten staje się nieco odpychający. Ma on jednak charakter, tego mu odmówić nie można, choć nie jest aż tak wyrazisty, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać.

Nastrój grozy pojawia się już w drugim tekście, czyli w „Ćmach słońca” Piotra Patykiewicza. Autor znakomicie buduje napięcie i nastrój, aż do momentu, w którym wszystko zaczyna być oczywiste, a cała historia przypomina „Z archiwum X”. Jeśli więc pominąć wtórną fabułę – wtórną, ale z ciekawym motywem ewolucji człowieka: w końcu ktoś zwrócił uwagę na rolę wirusów w tym procesie i wykorzystał to w fantastyce; jeśli więc pominąć fabułę, a skupić się na atmosferze, to czytelnik otrzymuje niezły tekst. To zresztą chyba na tym elemencie Patykiewicz skupił się najmocniej – otwarte zakończenie z mistycznymi i angelologicznymi wątkami, w którym postawiono na emocje i do tego brak happy-endu, świadczą o tym dobitnie.

Sporym zaskoczeniem jest z pewnością kolejny tekst, czyli „Trywialna transcendencja #1” Kamila Letkiego. Autor ma przecież ledwie 19 lat. Czy ktoś w takim wieku może napisać dobre opowiadanie o śmierci? Okazuje się, że tak! Do tego robi to inteligentnie, choć pomysł może wydać się… trywialny. Autor napisał opowiadanie lekko, z humorem, cynicznie, ale jednocześnie zostawiając trochę głębi. Sposób, w jaki podchodzi on do tematu i jak go przedstawia, wyróżnia „Trywialną transcendencję” na tle innych opowiadań w numerze. Może nie jest to utwór wybitny, ale na pewno autor jest obiecujący.

W tym kontekście kolejny tekst wypada gorzej, niż na to zasługuje. Beata Kalinowska w „U pana Boga za piecem” zapędziła się w fantastykę psychologiczną. Opowiadanie to jest mocno introwertyczne, wyobrażeniowe i napisane dość ciężkim językiem. Choć debiutancki utwór miał być refleksją o losie człowieka po śmierci, o wędrówce po zaświatach, to banalna treść i niezbyt udane zakończenie zabijają w nim całą głębię. O ile najlepszym wątkiem jest to, co się dzieje z głównym bohaterem na końcu, o tyle sposób, w jaki Kalinowska to przedstawiła, i retoryczne pytanie na końcu są najsłabszymi elementami tekstu.

Następne opowiadanie to znowu zmiana klimatu i powrót do miejskich realiów wraz z Markiem Siudajem. „Duch biurowca” to kolejny lekki tekst w numerze. Choć motyw „nawiedzonego domu” wałkowany był przez różnych autorów, to Siudaj opisał go na tyle sympatycznie, że opowieść ma w sobie coś szczególnego. Fakt, jest schematycznie, ale nienachalny humor równoważy wszelkie wady. „Duch biurowca” to krótkie opowiadanie, które wzbudza uśmiech na twarzy. Nie należy ono jednak do tych, które na długo zapadają w pamięć.

Tomasz Golis również porusza się w miejskich klimatach, podlanych lekko horrorowym sosem. „Ilustrator” to mroczna wersja kreskówki „Zaczarowany ołówek”. Tu, podobnie jak w przypadku Patykiewicza, jest odpowiedni nastrój i problem z końcówką. Zakończenia się po prostu nie pamięta, a dystans autora do opisywanych wydarzeń sprawia, że również czytelnik dystansuje się do tekstu. To, na co warto zwrócić uwagę, to opis uczuć głównego bohatera w związku z powrotem do miasta. Innymi słowy pomysł był świetny i choć może nie najlepiej wyszło, to „Ilustrator” jest dość charakterystycznym tekstem. Na pewno jest on ciekawszy i ambitniejszy niż „Sól ziemi”, czyli poprzednie opowiadanie autora opublikowane w SFFiH.

Na koniec został „Kot”, czyli szort Marcina Grylika… Cóż, ktoś tu chyba nie lubi kotów. Albo wręcz przeciwnie – lubi, tylko dziwnie im to okazuje. Tekst jest napisany poprawnie, zawiera zwroty akcji, ale niewiele więcej można o nim powiedzieć. Może poza tym, że Grylik sięga po dość oklepany koncept.

W części niebeletrystycznej jest kilka świeżych elementów, chociażby skromna fotorelacja z Falkonu. Najważniejsze jest jednak to, że Żwikiewicz i Żelkowski powracają ze swoimi recenzjami-gawędami. Co więcej piszą oni o dość istotnej pozycji, czyli o „Lubię być fantastą” Agnieszki Kawuli-Kubiak. Jarosław Grzędowicz opowiada w „Jak spiskować” o teoriach spiskowych i rzeczywistości medialnej. Podobną tematykę porusza Romuald Pawlak pisząc o krwistości „njusa” i wplątując w swą tyradę rewelacje prasowe o rakietach na marsa i podboju kosmosu. Na szczególną uwagę zasługuje świetny felieton Andrzeja Pilipuka. Jego tekst to doskonały argument dla kogoś, kto kwestionuje wartość nauk historycznych. To również dowód na to, że ocalić od zapomnienia powinno się nie tylko te najtragiczniejsze chwile z naszej przeszłości. Za tego typu felietony Andrzej Pilipiuk punktuje najmocniej.

Styczniowy numer być może nie spodoba się każdemu czytelnikowi. Nie ma tu bowiem szeroko znanych nazwisk, które już samą swoją obecnością sprawiają, że magazyn sprzedaje się na pniu. Ale to dobrze: SFFiH powstało, by promować polską fantastykę. I choć w numerze nie ma utworu, który zasługiwałby na najważniejsze nagrody, to i tak jest w nim co czytać. Zwłaszcza jeśli lubimy trochę depresyjne i mroczne klimaty. No i jeśli mamy ochotę na lekką, rozrywkową prozę.

Dyskusja