Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kilka chwil z życia żołnierzy – recenzja komiksu „Star Wars: Dziedzictwo. Burze”

Czasami trudno jest odróżnić miłość od egoizmu. A przecież to dwie zupełnie różne rzeczy. Usprawiedliwiamy wtedy uczuciami własną zachłanność i krótkowzroczność. Tak samo robi Cade Skywalker, bohater serii „Dziedzictwo”. Nie chce dać ukochanej osobie odejść.

W poprzednich tomach serii byliśmy świadkami wielu odmiennych stanów emocjonalnych potomka Luke’a. Począwszy od uczuć negatywnych, jak nienawiść, agresja, strach, czy też rozpaczy, a skończywszy na emocjach pozytywnych, gdzie króluje wspomniana miłość. Obdarował nią dawną koleżankę z akademii Jedi, aktualnie Imperialnego Rycerza. Jednakże nie chce z niej zrezygnować nawet w momencie, gdy ta stoi – jak pamiętamy z crossoveru „Wektor” – na progu śmierci. Za wszelką cenę nie chce dopuścić, by umarła.

Ale siódmy tom „Dziedzictwa” Burze, nie skupia się tylko w wokół postaci byłego Jedi. „Burze” to w zasadzie trzy odrębne historie. Ich wspólnym mianownikiem jest tylko ponowna wojna domowa i realia, w jakich dzieją się te opowieści.

Otwierający album „Kolejny dzień walki” to desperacka walka o przetrwanie kalamariańskich komandosów. Drobne zwycięstwa, jakie ponoszą obie ścierające się ze sobą armię. Ale dla ściganych potomków Admirała Ackbara zwycięstwo to kwestia być albo nie być. Jednak plotka o śmierci Darth Krayta, przywódcy Imperium, dodaje sił do walki Sojuszowi. Mimo to wierni słudzy Sithów mają jeszcze niejednego asa w rękawie. Wszak władają ciemną stroną Mocy, więc na ich usługach mogą być nawet najgorsze bestie.

W drugim rozdziale tego albumu, fabuła jest bardzo podobna Bitwa przenosi się z powierzchni planety w przestrzeń kosmiczną, jednak wciąż jesteśmy świadkami zaciekłej walki obu stron. W sumie czytelnik otrzymuje w obu przypadkach dużą dawkę przygody, dynamicznych działań i spektakularnych walk. Dopiero w trzecim rozdziale, o którym już wspominałem, głębsze przemyślenia i emocję biorą górę nad brawurą i dynamiką.

Pod względem konstrukcji siódmy tom „Dziedzictwa” wygląda podobnie jak dwie poprzednie części tej serii: „Okruchy” i „Sojusz”. Największy nacisk twórcy położyli na wątki poboczne i postacie drugoplanowe. Tylko jeden rozdział skupia się w wokół głównych postaci serii, takich jak wspomniany już wcześniej Cade Skywalker. Zabieg ten sprawia, że cała historia nabiera głębi. Dzięki wielopłaszczyznowemu przedstawieniu opowieści wykreowane realia są bardziej wiarygodne.

Jeżeli chodzi o stronę graficzną to w tym tomie za rysunki odpowiadają aż dwie osoby. Obok znanej współpracowniczki scenarzysty Johna Ostrandera, Jan Duursemy, przy projekcie pracował także Omar Francia. Rysunki obu plastyków bardzo dobrze ze sobą współgrają, tak więc nawet zmieniając rozdziały odbiorca nie poczuje cienia dyskomfortu. Takowy mógłby powstać gdyby ich style diametralnie różniły się od siebie.

Czytelnicy absolutnie nie powinni być rozczarowani grafikami. Postacie są poprawne anatomiczne, a tła pełne detali. Wiele rysunków, choć wykonanych technikami tradycyjnymi, zostało wzbogaconych o komputerowe efekty świetlne, takie jak wybuchy czy wyładowania elektryczne. Obce rasy i zwierzęta przedstawione są zaś w sposób bardzo konsekwentny. Znajdziemy wizerunki wielu istot znanych nam z innych komiksów, a także gier komputerowych i oczywiście filmowych epizodów.

Do najciekawszych grafik można zaliczyć tę, na której olbrzymi pomiot Sithów, Lewiatan, porzuca wyssane z energii martwe ciała mieszkańców Dac. Scena ta jest doskonałą wizualizacją bezwzględnej i prymitywnej siły, jaką dysponuje potwór. Jego olbrzymie cielsko dominuje nad drobnymi, porzuconymi sylwetkami martwych Kalamarian.

Zawsze gdy pojawia się kolejny tom danej serii, nasuwa się następujące pytanie: czy pomysł na dalsze losy bohaterów jest równie świeży i odkrywczy, jak na początku cyklu? W tym wypadku jak najbardziej tak! Przygody i rozterki, jakie przeżywają postacie znane nam z „Dziedzictwa” nadal są bardzo oryginalne i nieszablonowe. Potrafią w dalszym ciągu zainteresować stałych czytelników, jak i tych, którzy pierwszy raz sięgnęli po ten komiks.

Słowem podsumowania, „Burze” to naprawdę bardzo dobra pozycja. Dzięki wielu mocnym stronom wyróżnia się nie tylko wśród komiksów spod znaku Star Wars, ale także na tle innych obrazkowych historii. W tym zeszycie znajdziemy zarówno bardzo dobry scenariusz jak i doskonałe rysunki – czyli to, co fani komiksów cenią sobie najbardziej.

Dyskusja