Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Candyman, Candyman, Candy… – recenzja filmu „Candyman”

Wszyscy znamy te czy inne, tak zwane miejskie legendy. Te śmieszne o studenckich lotach kosmicznych, lub przestrzegające o porywaczach dzieci. Istnieją jeszcze inne. Straszne. Zapal świeczkę, idź sam na cmentarz, czy odpraw dowolny inny rytuał. Ale do końca. Wytrzymasz, czy może obleciał cię strach? Oczywiście w większości to tylko próba charakteru. Ale mało kto jest w stanie powiedzieć parokrotnie imię „Candyman” do lustra. A dlaczego? Bo to okazało się czymś więcej niż legendą, czy podwórkową zabawą.

Czym dokładnie próbuje ustalić główna bohaterka filmu imieniem Helen. Dziennikarka wiedziona niejasnymi wskazówkami zgłębia się coraz bardziej w niebezpieczne rejony slumsów. I jak na jej zawód przystało zadaje coraz więcej pytań. Początkowo wszystko to miało być tylko jej pracą. Ot kolejny artykuł. Z czasem jednak przeradza się w tak żywe zainteresowanie Candymanem, że balansuje na granicy obsesji. Na dodatek Helen ignoruje ostrzeżenia, a te wysyła jej prawdziwy duch. Upiór.

A kim właściwie jest? Okazuje się, że kilka pokoleń wstecz był malarzem, który nakłonił córkę bogacza do mezaliansu. W zamian, pracownicy zrozpaczonego ojca skatowali czarnoskórego chłopaka. Jego ciało wysmarowane miodem wrzucili między pasieki. Tam nieszczęśnik skonał kąsany przez miliony pszczół. Teraz wraca i mści się wszystkich żyjących. Narzędziem jego sprawiedliwości jest hak, który ma zamiast dłoni.

Helen ignoruje jego kolejne ostrzeżenia, badając sprawę coraz wnikliwej. Napięcie rośnie z każdą chwilą. Film zbudowany jest w przemyślany sposób. Reżyser Bernard Rose z każdym momentem odsłania przed nami kolejne elementy szokującej układanki. Nic w tym dziwnego, w końcu twórca wziął na warsztat opowiadanie słynnego pisarza horrorów Clive’a Barkera, który osobiście brał udział w realizacji tego filmu.

Dzięki temu całokształt scenografii, jak i nastrój który buduje, jest nie do pomylenia z żadnym innym. W scenie gdy obserwujemy murzyńskie slumsy z lotu ptaka, a ujęcie podkreślone jest tajemniczo brzmiącym churałem, atmosfera nierealności i zagrożenia jest niemalże namacalna. Podobnie jest gdy naszym oczom, w jednej z ważniejszych scen w filmie, ukazuje się niepokojące graffiti na zrujnowanym murze. Atmosfery tak otrzymanej nie da się pomylić, z żadnym innym horrorem.

Grze aktorskiej nie sposób niczego zarzucić. Wręcz przeciwnie. Zarówno wcielająca się w postać Helen, Virginia Madsen, jak i Tony Todd, czyli filmowy Candyman doskonale wywiązali się ze swoich ról. Helen brnie coraz bardziej w obsesyjne szaleństwo tracąc kontakt z rzeczywistością, natomiast czarnoskóry duch pozostaje niewzruszony w swoich zimnych egzekucjach kolejnych ofiar. Obie te postacie doskonale ze sobą kontrastują. Jedna żywa i ekspresywna, druga stoicko spokojna. Takie zestawienie dwóch, przeciwnych charakterów daje bardzo ciekawy efekt.

Film ma już kilka lat na karku. Premierę miał w 1992 roku. Mimo to, nadal jest w stanie przestraszyć i oczarować widza jednocześnie. Przyczyniły się do tego atmosfera i klimat, a nie efekty specjalne, które jak wszyscy wiemy bardzo szybko starzeją się i przestają zachwycać współczesnego widza. Skoro już o efektach mowa, to w filmie praktycznie ich brak. Barker i Rose woleli przerażać niedomówieniami, złem czającym się w cieniu i oryginalną ścieżką dźwiękową, a nie dosłownym ukazywaniem zagrożenia. W ten sposób dzieło, mimo sędziwego wieku, wciąż ma wiele do zaoferowania.

To właśnie dzięki wszystkim wyżej wymienionym czynnikom „Candyman” jak i jego legenda stały się klasykiem gatunku. Czarnoskóry mężczyzna z hakiem zamiast dłoni może śmiało stanąć na jednym podium z takimi indywiduami jak Freddy Krueger czy Jason.

Teraz podejdź do lustra i powiedz pięć razy jego imię.

Ocena: 5/5

Dyskusja