Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Teatrzyk zła – recenzja filmu „Władca marionetek”

Swojego czasu regały w wypożyczalniach VHS uginały się pod ciężarem kaset z niskobudżetowymi, amerykańskimi horrorami. Nierzadko były wśród nich horrory-tasiemce, doczekujące się licznych kontynuacji, mimo że poprzedzające je części nie zawsze prezentowały się odpowiednio dobrze, by warto było kręcić sequele. Niezłym przykładem takiej serii jest „Władca lalek” Davida Schmoellera – obraz co najwyżej przeciętny, który jednak trwale zapisał się w pamięci fanów kina grozy.

W 1939 roku niemieckie służby specjalne trafiają na trop lalkarza Andre Toulona, który posiadł niezwykłą zdolność ożywiania tworzonych przez siebie marionetek. Obawiając się, że agenci zmuszą go do podzielenia się tajemną wiedzą, Toulon popełnia samobójstwo, ukrywając uprzednio niektóre ze swych dzieł. Mija pół wieku. Człowiek o imieniu Neil Gallagher odnajduje pamiętnik Toulona i usiłuje skorzystać ze zgromadzonej przez niego wiedzy. Kiedy do jego posiadłości przybywa grupa ludzi próbująca poznać prawdę o motywach samobójstwa lalkarza, marionetki ożywają i gotowe są zrobić wszystko, by tajemnica nie wyszła na jaw – nawet, jeśli miałoby to oznaczać mord na intruzach.

Trzeba Davidowi Schmoellerowi przyznać, że pomimo upływu lat jego dzieło nie zostało wyparte ze świadomości miłośników horroru. „Władca marionetek” wraz z wszelkimi kontynuacjami do dziś cieszy się popularnością i jest nieustannie porównywany z inną produkcją o dosyć podobnym charakterze – „Laleczką Chucky”. Niemniej jednak, jeśli spojrzeć na ten film możliwie chłodno i obiektywnie, można bez ogródek uznać go za średnio udany.

To, za co twórcom należy się plus, to pomysł. Koniec końców idea morderczych marionetek wydaje się ciekawa i nawet jeśli budzi nieco komiczne skojarzenia, to po zaakceptowaniu pewnej konwencji ma pewien potencjał. Pojawiające się na ekranie co i rusz lalki, używające swoich nietypowych zdolności celem utrudnienia życia intruzom, ogląda się z rosnącym zainteresowaniem. Co istotne, poszczególne marionetki posiadają własne, indywidualne cechy, czym odróżniają się od innych. Mamy więc na przykład Pijawkę lub Pana Główkę, czyli lalkę-osiłka, który z powodzeniem wymierza ciosy ludziom, a kiedy trzeba, dusi.

Warto dodać, że o ile na początku laleczki dość szybko rozprawiają się ze swoimi ofiarami (a kolejne sceny zmontowane są tak, by nie pokazywać zbyt dużo tryskającej naokoło krwi), o tyle wraz z rozwojem fabuły ulega to zmianie i niejednokrotnie jesteśmy świadkami dłuższych przekomarzań ludzi z morderczymi marionetkami, kończących się zwykle klęską tych pierwszych.

Co jednak sprawia, że „Władca marionetek” pozostawia niedosyt? Otóż na taki efekt składają się różne czynniki: począwszy od kiepskiego montażu, poprzez drewnianą grę aktorów, na mizernych efektach specjalnych skończywszy. W obsadzie nie ma ani jednej osoby, która w jakikolwiek sposób wybijałaby się na tle reszty i zasłużyła na pochwałę za pracę wykonaną na planie. Kreacje bohaterów są mało wyraziste, do tego stopnia, że imiona postaci wylatują z głowy już kilka chwil po zakończeniu seansu. Całości dopełnia fabuła, która rozwija się mozolnie i dopiero mniej więcej w połowie filmu jest w stanie faktycznie wciągnąć. Wcześniej natomiast dzieje się niewiele. Jedyne, o czym można by napisać kilka ciepłych słów, to zdjęcia. W większości scen przeciętne, jednak pojawiające się na początku seansu ujęcia „z oczu” marionetek robią dobre wrażenie.

„Władca marionetek” to film warty obejrzenia, choćby z tego powodu, że jako horror klasy B zapisał się dawno w roli klasyka gatunku. Można także odświeżyć go sobie ze względu na sentyment. Wszak niejeden dzisiejszy miłośnik kina grozy widział film Schmoellera przed laty i wówczas autentycznie przeżywał chwile grozy podczas oglądania. Starając się jednak być jak najbardziej obiektywnym, trzeba powiedzieć sobie jasno – nie jest to kino wysokich lotów.

Ocena: 2/5

Dyskusja