Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zbrodnia na literaturze

Długo zastanawiałem się jak rozpocząć szkic krytyczny książki, której lektura stała się podstawą do napisania niniejszego tekstu. Czy powinienem zacząć dramatycznie, ironicznie, a może wręcz satyrycznie? Czy, wzorem niektórych kryminałów, już na wstępie zdradzić czytelnikom kto zabił, czy też może rozpocząć od sceny okrutnej zbrodni na literaturze, a z ujawnieniem nazwiska mordercy wstrzymać się aż do Wielkiego Finału? Ostatecznie postanowiłem jednak rozpocząć od wprowadzenia, poprzez które czytelnik „na dzień dobry” dowiaduje się nie tylko KTO zabił, ale i CO zabił. Będąc zaś wiernym powziętej decyzji, a także w pełni władz fizycznych i umysłowych, oświadczam wszem i wobec, że powieść Markusa Heitza pt. „Ritus” jest absolutnie i bezwzględnie najgorszą książką z jaką miałem się nieprzyjemność spotkać osobiście. Najstraszniejsze zaś w tym wszystkim jest to, że choć mogłoby się wydawać, iż tego rodzaju oświadczenie wyczerpuje już wszelkie możliwości krytyki, to w istocie nasz „kryminał” dopiero się rozpoczyna.

Urodziłem się w Małkini w 1937 roku w lipcu. Znaczy… w połowie lipca. Właściwie w drugiej połowie lipca. Dokładnie 17 lipca.

Markus Heitz, autor omawianego dzieła, przez wydawcę przedstawiany jest jako człowiek młody (rocznik ’71) i wykształcony (studiował germanistykę i historię). Jest pisarzem niezależnym, którego debiut literacki – sześciotomowy epos „Ulldart – Mroczna epoka” – nagrodzony został Niemiecką Nagrodą Fantastyki 2003 jako „Najlepszy niemiecki debiut roku”. Jak czytamy dalej – po tej nagrodzie przyszło wiele innych. Po opublikowaniu bestsellerowej trylogii „Krasnoludy”, „Zemsta krasnoludów” i „Wojna krasnoludów”, Markus Heitz wszedł do grona najbardziej cenionych niemieckich autorów fantasy. Przyznam ze skruchą, iż nie zapoznałem się z tymi niewątpliwie bestsellerowymi dziełami niemieckiej gwiazdy fantastyki literackiej. Na swoje usprawiedliwienie mam jednak pewien bardzo mocny argument – przeczytałem powieść „Ritus” tegoż autora i to w zupełności mi wystarczyło. Już sama wizja zmierzenia się z sześciotomowym eposem Markusa Heitza sprawia, iż o pisarzu tym myślę jako o współczesnym mistrzu nienazwanej grozy i nieogarnionego koszmaru.

…proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.

Czym zaś straszy nas tak umiejętnie Markus Heitz w swoim „Ritusie”? Fabuła powieści przebiega dwutorowo. Mamy tu właściwie do czynienia z dwiema, dość odrębnymi, historiami, które łączy los jednej rodziny. Pierwsza z nich to opowieść zaczerpnięta z tajemniczych wydarzeń, jakie w XVIII wieku rozegrały się na południu Francji. W 1764 roku, w okolicach Gevaudan, pojawia się bestia. Przerażający potwór napada na wieśniaków, podróżnych, pielgrzymów. Nikt nie może być pewny jutra. W pogoń za bestią z Gevaudan rusza stary leśniczy, Jean Chastel, wraz z dwoma synami: Pierrem – tym dobrym i Antoinem – tym złym. Druga opowieść, przeplatana z historią o Gevaudan, to toczące się współcześnie losy Eryka von Kastela, potomka Jeana i jego synów, który życie poświęca walce z wilkołakami – największymi wrogami ludzkości. Nie wiadomo wprawdzie w jaki sposób rodzina Chastel z francuskich wieśniaków przeistoczyła się w niemiecką szlachtę, któż by jednak zawracał sobie głowę podobnymi szczegółami. Wszak najważniejsza i tak jest fabuła. Niestety jednak, w tym wypadku, jest to fabuła wprost niewiarygodnie nudna. Nudna do tego stopnia, iż samo jej skonstruowanie musiało wymagać od autora dużego samozaparcia i sporej finezji. O ile bowiem opowieść rozgrywająca się współcześnie niejako od samego początku skazana była na porażkę, nie zawierając absolutnie niczego, co mogłoby nadać jej rozpędu, to już tak udatne zarżnięcie historii o bestii z Gevaudon nazwać trzeba prawdziwym majstersztykiem godnym samego mistrza niemieckiej fantastyki.

…proszę pana… To jest pustka… Pustka proszę, pana… Nic! Absolutnie nic.

Na szczęście lub jak w tym przypadku – na nieszczęście, fabuła to nie wszystko. Potrzebni są jeszcze bohaterowie. Tych jednak w „Ritusie” również brak. W pierwszej historii mamy wprawdzie trzyosobową rodzinę Chastelów: Pierre – ten dobry, Antoin – ten zły i Jean – to ten brzydki, a także tajemniczego Rumuna, który jest tak tajemniczy, że nic o nim nie wiadomo oraz siostrę zakonną Gregorię wraz z jej wychowanicą o imieniu Florence, jednak stopień złożoności wszystkich tych postaci porównać należy z przysłowiową budową cepa – czyli za to się łapie, a tym się młóci (które to „młócenie” wraz z postępem fabuły staje się jedynym atutem powieści). W drugiej ze składających się na „Ritusa” opowieści, bohaterem przez wielkie „Be” jest Eryk von Kastel – młody, zabójczo niebezpieczny i śmiertelnie przystojny łowca wilkołaków, w co drugiej scenie paradujący z walorami na wierzchu. Zapomniałem dodać, że Eryk jest również bajecznie bogaty i posiada duszę artysty, która to jednak dusza i tak ma mniej do powiedzenia w całej tej historii, niż wzmiankowane walory.

Pan mówi o tekście, ale pan ma na myśli wyłącznie treści, których tu nie ma. Aha. No więc jeśli to jest forma bez treści, to nie ma to waloru obiektywności, no więc jest to formalizm. I to jest groźne…

Pomysłem Markusa Heitza na stworzenie kolejnego „bestsellera” było połączenie powieści sensacyjnej w stylu Roberta Ludluma z wątkami fantastycznymi, opartymi na europejskich mitach. Problem jednak w tym, że autor nie ma najbledszego nawet pojęcia ani o jednym, ani o drugim. Motywy fantastyczne w „Ritusie” leżą i z cicha tylko pokwikują. Przypomina to zbieraninę faktów, mitów i przesądów, które ktoś zebrał bez żadnego planu, następnie wrzucił wszystko do jednego wora, energicznie zamieszał, a na koniec na tym wszystkim usiadł. Katastrofa! Jeśli zaś chodzi o sensacyjną część powieści, to jest jeszcze lepiej. Autor ewidentnie wyszedł z założenia, że dobra sensacja powinna opierać się na scenach walki oraz na seksie. Sceny walki w „Ritusie” to całkowite nieporozumienie. Dziwi nieco fakt, iż tak wykształcony człowiek jak Markus Heitz nie doszedł do wniosku, że aby coś opisywać, należy się choć trochę na tym znać. Efektem jego radosnej twórczości są sceny, w których Eryk von Kastel przeskakując przez stół, przeładowuje jednocześnie oba trzymane w rękach pistolety (w tym jeden śrutowy?) oraz odbiera telefon od uwięzionego ojca. Jednak absolutnym szczytem i bezwzględnym apogeum tego rodzaju neoartyzmu jest scena, w której grupka dzieci w wieku od 6 do 14 lat, uzbrojona w zaostrzone kije, mężnie odpiera atak wściekłego wilkołaka.

Chwilami powieść ratują sceny, nazwijmy to, erotyczne. Głównie dzięki temu, że są. Zawsze to jakaś odmiana od rozlazłej niczym przemówienie premiera Pawlaka fabuły oraz bojowych wyczynów bohatera, przypominających sceny z filmu „Wściekłe pięści węża”. Szybko jednak okazuje się, że również w TYCH momentach autor, mówiąc kolokwialnie, nieco popłynął.

I kto za to płaci? Pani płaci, Pan płaci… Społeczeństwo!

Oczywiście przytoczone wyżej argumenty bynajmniej nie wyczerpują możliwości krytyki, skierowanej w stronę omawianej publikacji. „Ritus” to nie tylko brak fabuły, postaci i jakiegokolwiek sensu. „Ritus” to także błędy w tłumaczeniu, merytoryczne „babole” oraz prawdziwie kaskaderska składnia. Czy w świetle powyższych faktów o książce pt. „Ritus” można powiedzieć cokolwiek dobrego? Można. Przede wszystkim to, że wcale nie trzeba jej czytać. A tak nieco poważniej – „Ritus” został naprawdę ładnie wydany. To opasłe tomisko posiada ładną szatę graficzną i dobrej jakości papier. Nieistniejące już wydawnictwo Red Horse, odpowiedzialne za ukazanie się w Polsce tego literackiego cudaka, postarało się, aby powieść Markusa Heitza przedstawić bardzo zachęcająco. Zapewne również dzięki temu nie jeden Bogu ducha winny czytelnik nabył ową książkę, stając się tym samym ofiarą zwykłej perfidii oraz jawnego wyłudzenia pieniędzy przez to lubelskie wydawnictwo. Nieustająco zachodzę w głowę nad tym, dlaczego ktoś zdecydował się wydać podobne barachło. Przecież środki na to przeznaczone można było z powodzeniem zainwestować w dowolnego polskiego pisarza – amatora. Jestem pewien, iż większość z naszych początkujących autorów fantastyki potrafiłaby stworzyć coś o wiele lepszego niż „Ritus” Markusa Heitza. Niestety… nie od dziś wiadomo, że co obce, to lepsze. Nie ma już jednak sensu ciągać po sądach właścicieli wydawnictwa Red Horse i zasypywać ich zbiorowymi żądaniami rekompensaty za straty moralne oraz finansowe czytelników. Fakt, że firma ta już nie istnieje, dowodnie wskazuje na efekty wyznawanej przez nią polityki wydawniczej. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że reszta polskich wydawnictw przykład ten weźmie sobie do serca.

Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy.

Na zakończenie chciałbym jeszcze odnieść się do recenzji omawianej przez nas książki, które, towarzysząc jej publikacji, pojawiły się w różnych zajmujących się fantastyką serwisach. I tak, w portalu „Unreal Fantasy” niejaka Kali pisze:

„Ritus to przede wszystkim duża dawka akcji i zaskoczenia. Przeplatające się rozdziały, nie pozwalają odłożyć książki na bok – musimy brnąć dalej, przez kolejny zagadkowy fragment, by dowiedzieć się co stało się z bohaterami poszczególnych historii. Mistrzowska zagrywka autora. Dodatkowo czytelnik przez cały czas snuje sieć przypuszczeń, a co za tym idzie, nie nudzi się. I to jest kolejny plus dla Heitza. Jego powieść, mimo sporej objętości i licznych opisów nie jest nużąca. Przede wszystkim dlatego, że narrator nie zatrzymuje się, by podziwiać piękno francuskich lasów. Snuje dynamiczną opowieść, w której każdy opis to działanie – nie ma dłużyzn…”

Książkę tę czytałem z bólem, zaciskając zęby i obiecując sobie, że skończę ją choćby nie wiem co. Był to prawdziwy bój na wyniszczenie – albo ona, albo ja! Przebrnięcie przez te 460 stron zajęło mi ponad trzy miesiące. W międzyczasie schudłem, wyłysiałem i postarzałem się o co najmniej dwadzieścia lat. Ale idźmy dalej… są przecież inne, większe, poważniejsze, a przede wszystkim bardziej opiniotwórcze portale.

W poszukiwaniu nadziei trafiłem na serwis POLTERGEIST, gdzie swoją recenzję „Ritusa” zamieścił Jacek ‚vanderus’ Dworzycki. Nie będę już państwa zadręczał poszczególnymi cytatami z owego tekstu. Dość, że przytoczę samo podsumowanie brzmiące następująco:

„Nie często mi się to zdarza, ale w tym wypadku muszę przyznać, że do powieści nie mam najmniejszych uwag. Po przeczytaniu nie jestem w stanie sformułować nawet jednego zarzutu, znaleźć chociaż jednego niedociągnięcia czy uchybienia. Ritus jest w moim odczuciu książką doskonałą, spełniającą wszelkie kryteria, które tego typu literaturze można postawić.”

Zaprawdę powiadam wam, że gdybym wcześniej nie wyłysiał, to po tym fragmencie wyrwałbym sobie wszystkie włosy z głowy. Makabra, tragedia… normalny dramat! Książka, którą należałoby określić mianem dna den, otrzymuje na POLTERZE ocenę maksymalną, czyli 10/10. Coś tu jest bardzo nie tak.

Patataj… Patataj… Patataj…

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do słuszności zarzutów, jakie stawiam powieści zatytułowanej „Ritus”. Nie mam też żadnych wątpliwości co do tego, że jej niemiecki autor nie ma pojęcia o pisaniu. Gdyby Goethe – wielki rodak Markusa Heitza – wstał nagle z grobu i przeczytał owo nieszczęsne dzieło, to zapewne czym prędzej zmieniłby obywatelstwo. Skąd więc tak pochlebne opinie płynące z wymienionych serwisów? Możliwości są dwie: albo ich autorzy zaliczają się w poczet kompletnych melepetów, albo też jest to wyrachowane działanie tychże serwisów, mające na uwadze wyłącznie dobrą współpracę z wydawcami oraz własne, płynące stąd, korzyści. No… chyba, że to jacyś inni szatani są tam czynni.

Pozostawiając drogim czytelnikom odpowiedź na to, niebanalne wszak, pytanie, pragnę gorąco przestrzec wszystkich, zarówno przed dziełami rodzaju nieszczęsnego „Ritusa”, jak i przed zajmującymi się ich polecaniem pseudo – recenzentami. Uważajmy też na wszelkiego rodzaju „opiniotwórcze” serwisy internetowe, ponieważ, mimo pozornej jakości i uczciwości, szybko okazać się może, że oszukiwanie czytelników jest dla nich codziennym… rytuałem.

PS. Kiedy poprosiłem o opinię na temat naszej drogiej (bo nie taniej) książki jedyną znaną mi osobę, która podobnie jak ja uporała się z jej lekturą, usłyszałem następującą odpowiedź: „Gdybym mógł zabrać na bezludną wyspę dwie książki, jedną z nich z pewnością byłby właśnie „Ritus”. Może i nie nadaje się to do czytania, ale miałbym naprawdę dużo dobrego papieru, a to w takich sytuacjach jest nie byle co!”

Dyskusja