Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Detektywi od Monthy Phytona – recenzja komiksu „Drugie 48 stron”

Komiksy…jaki w nich jest sens? Takie pytanie zadają zapewne nasi rodzice lub dziadkowie. No właśnie jaki? W poszukiwaniu odpowiedzi można byłoby wspiąć się na wyżyny filozoficznej abstrakcji i zadać pytanie jaki jest sens w literaturze, życiu, uczuciach czy chociażby w kubku z herbatą. Ale skupmy się na sensie komiksu. Wyślijmy najlepiej na poszukiwanie dwóch komiksowych bohaterów. No bo kto, jak nie rysunkowe postacie lepiej wytropi ów sens?

W albumie „48 stron” detektywom Górsky’emu i Butchowi, owego sensu niestety nie udało się odkryć. Trudno. Ich twórcy postanowili wysłać ich na dalsze poszukiwania w kolejnym komiksie, o jakże zaskakującym tytule „Drugie 48 stron”. Jest przecież tak wiele filmów, książek i innych komiksów do przeszukania, że po prostu trzeba kontynuować świętą misję.

Autorzy komiksu Adler i Piątkowski już wymyślając nazwiska dla swoich bohaterów , zdeterminowali ich archetypy, aby upodobnić ich do znanego duetu z serii filmów sensacyjnych. Jeden czarnoskóry, mieszkający z całą masą dzieci, drugi spędzający prywatne życie w przyczepie kempingowej – wszak to sceny wyjęte prosto z „Zabójczej broni”.

A teraz wyślijmy takich dwóch na wspomniane już poszukiwania: przez Śródziemie, krainę Thorgala, Daleki Wschód filmów karate i Westernowy Dziki Zachód. Niech spotykają na swej drodze Conana, króla Kewin… o przepraszam Artura, Orient Mena czy nawet Juliusza Słowackiego! I co wtedy otrzymamy?

Świetną przygodę, okraszoną dużą dawką humoru. No bo cóż by innego? Gagi i zabawne sytuację dosłownie wylewają się z każdej strony. Ale bez przesady. Ilość absurdu i brytyjskiego poczucia humoru co prawda z każdą stroną rośnie w postępie geometrycznym, ale nie obciążają umysłu czytelnika. Autorzy zadbali by co jakiś czas miał on chwilę oddechu, a dowcipy i drwienie z popularnych filmów nie były zbyt nachalne. Przez to mogłyby stracić świeżość.

Co prawda dziś z perspektywy czasu, gdy od premiery komiksu w 2003 roku, minęło już ładnych parę lat, można by się zastanowić czy wszystkie nawiązania i ironiczne dowcipy są „na czasie”. No ale kto dziś z nas zapomniał o gwiazdach filmów i komiksów które nadal są popularne albo zyskały przez ten okres czasu miano kultowych? To dzięki temu, naśmiewanie się z nich daje o wiele więcej frajdy, niż te parę lat temu.

Ale fabularne nawiązania tej opowieści to nie jedyne dowcipy zawarte w komiksie. Duża rolę odgrywają między innymi takie smaczki jak dowcipne komentarze zapisane gdzieś na marginesach czy teksty w ramkach. Dowodzi to tylko, że scenarzysta nie tylko wprawnie operuje dowcipem sytuacyjnym ale i słownym.

No i zabawne są oczywiście rysunki. Lekka kreska Piątkowskiego doskonale oddaje nie do końca poważny charakter tej opowieści. Rysunki są linearne, a kontury powstały na skutek delikatnych pociągnięć piórka. Zresztą to widać bo, gdzie nie gdzie cieniowanie jest mocno szkicowe, nadane poprzez kilka pozornie chaotycznych ruchów tym narzędziem. Łatwo jest sprawdzić kiedy rysownik był w formie a kiedy plansze robił z musu – co z resztą sam podkreśla. I teraz pytanie czy to kolejny dowcip? Niektóre podrozdzialiki stylizowane są na style innych rysowników. Aby lepiej oddać klimat np.: Orient Mena, Górsky i Butch wyglądają jak Bąbelek i Kudłaczek z komiksów Baranowskiego. A gdy mowa o Sin City; do czynienia mamy tylko z białym, czarnym i czerwonym kolorem plansz.

No właśnie, plansze. Tu wypadałoby zaznaczyć, że komiks jest skonstruowany dość specyficznie. To dłuższa opowieść, ale złożona z połączonych ze sobą luźno stripów. Czyli dla przykładu: bohaterowie na dwóch kartach szukają sensu komiksu na Dalekim Wschodzie i ten etap jest uwieńczony odpowiednią pointą. Potem przenoszą się już w zupełnie inny rejon, bez dokładnie wyjaśnionej fabularnie podróży. Wszak komiks ten ociera się bardzo mocno o abstrakcję. Nawet do tego stopnia, że bohaterowie pojawiają się np. na dachu budynku, dosłownie znikąd.

Autorzy również i swoje osoby wplątali w parę kadrów, ale tylko po to by podkreślić dany żart. Albo odwrotnie. Uratować sytuację w momencie gdy dowcip stał się „zbyt głupi” i trzeba było go po prostu uciąć, by nie pogalopował dalej, żyjąc własnym życiem.

Nie obyło się jednak bez drobnych minusów. Jak wspominałem pojawia się w tym komiksie szereg napisów, komentarzy, czy oczywiście tekstów postaci zawartych w dymkach. Niestety są one pisane ręcznie, a nie przez elegancką czcionką, przez co czasem trudno naprawdę się rozczytać: „co to za słowo” (lub raczej gryzmoł).

Ale to jedyne uchybienie, jakiego mogę się doszukać na koncie „Drugich 48 stron”. Jest to tak drobny minus, że przy ogromie plusów , jest praktycznie nie dostrzegalny. Dlatego śmiało można go zignorować i sam komiks polecić absolutnie każdemu. Na pewno zadowoleni będą fani brytyjskiego poczucia humoru, popularnych komiksów i filmów, a także Ci którzy po prostu chcą się uśmiechnąć. Mimo kilku latek na karku dzieło Adlera i Piątkowskiego dalej jest w stanie zaserwować nam sporą dawkę rozrywki.

Dyskusja