Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Diabłu ogarek – fragment I

Rozdział I. W obronie sąsiada

(…)
Najpierw zażył antidotum, żeby następnego dnia nie mieć kłopotów z sikaniem. Węgiel z kości, kreda i kamień winny, grubo zawinięte w liście szczawiu smakowały ohydnie, kwaśno i mdło zarazem, aż język stawał kołkiem, na dodatek zgrzytały w zębach jak piasek, ale przez rozum zjadł, ile trzeba. Potem roztarł w dłoni owoc bielunia, po omacku odliczył półtora tuzina nasion, rozgryzł je starannie, nie bacząc na przenikliwą gorycz, połknął i aż się wzdrygnął. Czy prędzej zapił to wszystko odrobią gorzałki i odetchnął z ulgą.

Rozdział I. W obronie sąsiada

(…)
Najpierw zażył antidotum, żeby następnego dnia nie mieć kłopotów z sikaniem. Węgiel z kości, kreda i kamień winny, grubo zawinięte w liście szczawiu smakowały ohydnie, kwaśno i mdło zarazem, aż język stawał kołkiem, na dodatek zgrzytały w zębach jak piasek, ale przez rozum zjadł, ile trzeba. Potem roztarł w dłoni owoc bielunia, po omacku odliczył półtora tuzina nasion, rozgryzł je starannie, nie bacząc na przenikliwą gorycz, połknął i aż się wzdrygnął. Czy prędzej zapił to wszystko odrobią gorzałki i odetchnął z ulgą.
Stał, czekał, a w miarę upływu czasu ciemność wokół niego zaczęła się rozjaśniać. Pozornie, bo to nie światła przybywało, tylko źrenice woźnego robiły się wielkie jak ślepia sowy. Po półgodzinie nadliwska olszyna, w której stał, wyglądała jak skąpana w szarości przedświtu. I równie jak wtedy nie było widać żadnych kolorów.
Stanisław wyszedł z zarośli, ruszył w stronę Czarnej Wierzby. Ta już miała kolory. Korona była krwistoczerwona, a pień fioletowy i jarzyły się próchniczną poświatą. Na obszarze gołej ziemi wokół drzewa połyskiwały tęczowe skry, jakby ktoś rozrzucił garść diamentów.
Woźny zatrzymał się na granicy kręgu, zaczerpnął głęboko tchu i zaczął wygłaszać przywołanie. Tylko ciemni durnie utrzymywali, że jest to chrześcijańska modlitwa wypowiadana wspak. Stanisław mówił w prastarym języku, z którego rozumiał tylko rzadkie, pojedyncze słowa, na dodatek najmniej znaczące, ale zbyt wiele było tam „eś”, „ąś”, „ń” i „sz”, aby mogła to być łacina, nawet i wyonaczona. Tylko raz w życiu słyszał podobną mowę, kiedy rozmawiało ze sobą dwóch służących Indusów ze świty tureckiego posła, którego widział w Warszawie. Jednak choć coś swojskiego w ich gadaniu pobrzmiewało, też nic nie dało się zrozumieć.
Ze szczeliny w pniu Czarnej Wierzby, tuż nad ziemią wysunęła się głowa srebrnego lisa. Pełzały po niej zielone zygzaki, a oczy zwierza świeciły purpurowo. Stanisław równym głosem, głośno wymawiał wyuczone na pamięć wyrazy. Lisia głowa wysunęła się bardziej i okazało się że jest to wąż z lisim łbem. Wzory na grzbiecie gada nieustannie zmieniały kolory — od szmaragdu przez złoto do rubinu; oraz kształt — od zygzaków do pierścieni i cętek. Nieziemski stwór miał sześć łokci długości, a na jego końcu znajdował się mały psi tułów z merdającym szczenięcym ogonkiem.
Woźny zamilkł, a mieszkaniec Czarnej Wierzby ruszył ku niemu. Nie wprost, tylko po spirali, zataczając coraz węższe kręgi, pośrodku których stał woźny. Wreszcie owinął się wokół jego nóg, podniósł lisi pysk na wysokość twarzy i wysunął rozcapierzony potrójnie język jakby chciał ją polizać.
Nie wolno było teraz okazać lęku. Gdyby Stanisław spróbować się wyrwać, zostawiłby w splotach gada połowę swojej duszy i skończył jako szaleniec, podpalacz, morderca, samobójca, mężołożnik lub boży człowiek — nigdy nic nie wiadomo. To była tylko próba strachu. Pierwsza. Po niej nastąpiła druga — pokusy.
Czego chcesz za tę odwagę.. zaszemrało w głowie woźnego. Proś o co chcesz… Wiem, żona ci już nie daje rozkoszy, znajdą się inne… Chcesz wielkim panem być…
— Nie chcę nic od ciebie, to ja daję tobie! — wygłosił ustaloną formułę. Równie jak uciekać nie wolno było wdawać się w żadne pakty.
Co mi dajesz?
— Przystęp do duszy Andrzeja Michała Bartnickiego herbu Kościesza z Paprotów, którego palec tutaj leży. — Połączył imię ze szczątkiem ciała, leżącym w nie poświęconej ziemi. Nieodwracalnie. Teraz można było jedynie rzecz oklauzulować. — Pod jednym warunkiem! — podkreślił stanowczo.
Jakim?
— Będzie on twój, jeśli nie stawi się przed trybunałem dziesiątego września, od północy.
A jak się stawi?
— To wtedy czekaj do śmierci wedle bożego prawa.
Gad odwinął się niepostrzeżenie i zwinnie odsunął od Stanisława. Jego tylny koniec po psiemu odgrzebał zawiniątko z palcem, a lisi łeb zeżarł padlinę razem z tkaniną. Wyraźnie słychać było jak chrupią kości w zębach.
Dziękuję, sąsiedzie za poczesne… Maszkara rozpłynęła się w zielonkawy dym, który momentalnie wsiąkł w jałową ziemię. Poświata Czarnej Wierzby zaczęła zwolna gasnąć i szarzeć.
To już było wszystko. Stanisławowi zrobiło się chłodno, więc dopiął kaftan pod szyją, poprawił półhak na plecach i nie zwlekając, ruszył w drogę do zaścianka. Należało iść umiarkowanym tempem, żeby przed czasem nie opaść z sił, a było to nieuchronne. Zmysły jednak miał wciąż wyostrzone, więc choć przeszedł już jakieś sto pięćdziesiąt kroków, głosy za sobą usłyszał wyraźnie. Natychmiast zawrócił, ale nie wprost, tylko okrężną drogą przez nabrzeżne chaszcze. Opodal Czarnej Wierzby w rzece leżała karpa i plusk omywającej ją wody skutecznie zagłuszył szelest kroków skradającego się Stanisława.
Tam gdzie on przed chwilą, stało teraz trzech mnichów. Musieli go obserwować, gdy wypełniał obrzęd. Woźny zaklął w duchu. Na pewno nie widzieli tego co on, ale bez wątpienia usłyszeli dosyć. Wynikało to z ich rozmowy.
— Takie oto sprawki, wasza wielebność, odbywają pośród tego niby to katolickiego ludu — głos był znajomy, ale nie był to biskup Flicowski, jak wydało mu się w pierwszej chwili. Stanisław wytężył pamięć. To mówił brat Filip, sekretarz jego ekscelencji. Oślizgły krętacz i pochlebca.
Tymczasem drugi mnich przełożył te słowa na obcy język. Zdaje się na hiszpański.
— Prawdziwa wiara przemieszana jest z pogaństwem i herezją jak chleb z gnojem — przemówił znowu brat Filip. — Wiele, bardzo wiele pobożnej pracy wymaga ten ugór, zanim się kąkol oddzieli od zboża.
Hiszpan zagdakał coś w odpowiedzi.
— Jego wielebność pyta — odezwał się tłumacz — czemu tego człowieka nie można pojmać i postawić przed świętym trybunałem? Jego wielebność jest gotów ujawnić swoje incognito i osobiście zaświadczyć o tym, co tu widział.
— W tym kraju szacunku dla prawa nie ma. Sprawę zaraz zaczęto by wywracać na nice, piętrzyć przeszkody i przewlekać w nieskończoność, aż wszyscy by o niej zapomnieli. Jego wielebność musiałby w Polsce na całe lata zamieszkać, a gdyby w końcu zapadł jakiś wyrok, to najpewniej lekka pokuta, gdyż innego krewni winnego i tutejsza szlachta nie pozwoliliby wykonać. Trzeba nam najpierw cierpliwie nowe pokolenia wychować, dusze dziatek niewinnych ze szponów herezji i pogańskich błędów wyrywać i dopiero gdy ci dorosną, a ich serca gorliwą wiarą zapłoną, będzie można pomyśleć o stanowczej rozprawie z tymi czarownikami. Pora nam już wracać!
Obcy, gdy mu to przełożono, zawrzał gniewem i zaczął mówić tak szybko, że tłumacz chyba poprosił go o powtórzenie.
— Jego wielebność mówi, że nie odejdzie z tego miejsca, zanim nie wygna z niego Szatana i nie opatrzy świętymi relikwiami, które akurat ma ze sobą, aby zły duch nie zdołał tu wrócić.
— To niepolityczny pomysł — zaoponował brat Filip.
W odpowiedzi Hiszpan chwycił go za habit na piersiach i warknął coś, patrząc prosto w oczy.
— Jego wielebność mówi, że w was także prawdziwej wiary nie znajduje. Przesiąkliście diabelską zgnilizną jak inni!
— A niech se robi co chce… — brat Filip uwolnił się z uchwytu.
Obcy podszedł do Czarnej Wierzby unosząc krucyfiks. W drugim ręku pojawiło się przenośne kropidło.
— In nomine…
— Wara! — Stanisław wyszedł z krzaków odciągając kurek półhaka. — Powiedzcie mu, by wracał tam, skąd przyszedł!
Hiszpan obejrzał się na woźnego. Był bardziej zaciekawiony niż zmieszany. O coś spytał.
— Jego wielebność pyta czyś waść chrześcijanin i katolik? — odezwał się tłumacz.
— Jedno i drugie. — Odruchowo zrobił lufą znak krzyża.
— Więc dlaczego złego bronicie?
— Bronię ładu.
— A cóż to niby za ład? Boski może?
— Tutejszy. Nie będę z wami w dyskusje wchodził. Precz, powiedziałem!
Obcy przechylił głowę, jakby chciał się Stanisławowi baczniej przyjrzeć. Potem demonstracyjnie odkręcił główkę kropidła. Wyraźnie zamierzał chlusnąć na wierzbę całą zawartością.
— Niech się usunie, bo strzelam! — woźny uniósł półhak do ramienia.
Tłumacz niespodziewanie zawołał coś w kierunku zarośli po przeciwnej stronie. Wyszło stamtąd dwóch kolejnych mnichów, wysokich, barczystych z tęgimi kijami. Z rozcięć habitów wystawały rękojeści sztyletów, albo i czegoś dłuższego.
— Odstąp mości szlachetko, bo inaczej pogadamy — rzekł wyniośle tłumacz. — Kul na nas wszystkich nie masz.
Musiał dojrzeć mimo mroku, że prócz półhaka Stanisław ma przy pasie jeszcze tylko kordelas i pistolet. Zatem w najlepszym razie pozostawałoby trzech na jednego. Ale należało doliczyć jeszcze osłabienie po bieluniu i fakt, że cep został w domu…
— Starczy mi kula na najznaczniejszego zbója — odparł zimno woźny. — Reszta w ręku Boga.
— Dla kogóż to chcecie życie narażać? — spróbował mediować brat Filip. — Dla diabła?!
— Dla sąsiada.
— W oczach Boga ten waściny sąsiad potępiony jest na wieki.
— My tu naszym sąsiadom do sumień nie zaglądamy. Co oni tam mają, to rzecz tylko między nimi a Bogiem. Odstąpcie, powiadam! Zaczniecie egzorcyzm, będzie trup…
Obcy wyzywająco popatrzył w oczy Stanisława i przeżegnał się demonstracyjnie, po czym wziął zamach pojemnikiem ze święconą wodą. Wciąż patrząc woźnemu w oczy tylko zamarkował rzut…
Zdezorientował Stanisława na tyle, że ten przez ułamek chwili nie wiedział, czy ma strzelać, czy jeszcze raz ostrzec.
Woda święcona chlusnęła na Czarną Wierzbę. Widać Hiszpan uznał, że przeciwnika opuściła determinacja. Mylił się, bo woźny wypalił mu prosto w pierś.
Mnóstwo rzeczy stało się na raz. Nie sposób było ustalić ich kolejności. Czarna Wierzba zwinęła się w konwulsji. Być może tylko w oczach Stanisława, ale nie wiadomo, jak on to zobaczył, bo ogień z własnej broni oślepił go kompletnie, a huk ogłuszył jak uderzenie młota w skroń. Nigdy dotąd nie strzelał w nocy po bieluniu, mając przeczulone zmysły. I miał już zupełną pewność, że nie zrobi tego nigdy więcej, nawet jeśli przeżyje. Wszystko wokół pływało i nie dawało się rozpoznać. Zdołał jeszcze wyszarpnąć krócicę i odciągnąć kurek, ale wytrącono mu pistolet zanim się zorientował w którą stronę go zwrócić. Krzyki ludzi wokół oraz wycie poparzonego święconą wodą diablika, w głowie Stanisława zlały się w jedno. Kij podciął mu kolana od tyłu i woźny runął jak długi na plecy. Przytrzymały go silne ręce, odebrali mu kordelas.
— Zapłacisz za to! — wysyczał tłumacz. — Tu i teraz!
Rozkazał coś po hiszpańsku. Stanisław bardziej domyślił się, niż zobaczył, że do jego gardła zbliża się ostrze. (…)

Dyskusja