Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zmarnowane szanse – recenzja książki „Thor. Saga Asgard”

Mitologia skandynawska przeżywa drugą młodość. Tworzy się rekonstrukcje wiosek i łodzi Wikingów, a także powstają filmy i książki, oparte na stworzonych niegdyś opowieściach. Nie jest to nawet trend szczególnie młody – toż i Tolkien, pisząc „Władcę Pierścieni”, obficie czerpał z nordyckiego dorobku kulturowego (o czym interesująco pisze chociażby David Day w „Pierścieniu Tolkiena”). Nie dziwota więc, że i niemiecki twórca, Wolfgang Hohlbein, skusił się na tak apetycznie wyglądający kąsek.

„Thor” jest pierwszym tomem zapowiadanej Sagi Asgard, która opisuje losy bogów i ich walkę o wyznawców, a więc także i o przetrwanie. Czytelnicy na początku poznają tytułowego Thora – człowieka, który budzi się w środku śnieżycy i nie pamięta ani tego, kim jest, ani co robi w środku lasu o tak niesprzyjającej porze. Krótko później mężczyzna napotyka miejsce przesiąknięte świeżą krwią, w którym trójka ocalałych jeszcze podróżników, walczy o życie z watahą wilków. Od tej pory losy Thora i kobiety z dwójką dzieci, nierozerwalnie się splatają.

Zawiedzie się ten, kto po twórczości Hohlbeina oczekuje rozbudowanych portretów psychologicznych postaci, głębokiego wejścia w mroczny świat nordyckiej mitologii czy chociażby wartkiej akcji. Objętość powieści (ponad 800 stron) rozbudza nadzieję i wyobraźnię – autor jednak nie wykorzystuje kredytu zaufania, jakim czytelnicy go obdarzają. Motywy, którymi kierują się bohaterowie, często są widoczne jak na dłoni. Nie oznacza to jednak, że powieść ani razu nie zaskakuje – jest kilka takich fragmentów, które ratują tę historię. Niemniej ani jeden z nich nie jest wykorzystany do końca. Autor mnoży wątki, ale żadnego nie rozwija tak, by wyczerpać czytelniczy apetyt. Twórca, spłycając pomysły, które mogły być całkiem udane, strzela sobie w kolano.

„Thor” nie jest złą powieścią – jest po prostu książką szalenie przeciętną. Narracja toczy się wolno – nawet pościgi, w których stawką jest życie, nie potrafią jej przyśpieszyć. Akcja nie jest jednak prowadzona tak statycznie, by można było to uznać za celowy zabieg, który miałby na celu dać czas czytelnikowi, by przemyślał pewne kwestie. Tym bardziej, iż w przypadku tej powieści, nie ma za bardzo o czym myśleć. Hohlbein nie stawia przed czytelnikiem żadnych trudnych pytań. Nawet wtedy, gdy jego bohaterowie muszą podjąć decyzje, dotyczące ich człowieczeństwa, opisy pozostają nijakie. Brakuje tu szekspirowskiej dramaturgii, która pozwoliłaby na chwilę pełnej napięcia refleksji.

Pewnym usprawiedliwieniem dla autora może być fakt, iż jest to pierwszy tom z zapowiadanej sagi. Niepokoi jednak ilość zmarnowanych pomysłów, które mogły stanowić o sile tej powieści. Być może w kolejnym tomie Hohlbein rozwinie skrzydła i pokaże, na co go naprawdę stać. Jednak po przeczytaniu „Thora” bezpieczniej jest nastawić się na zwykłą powieść, którą szybko się zapomni, aniżeli na porywającą lekturę. Jeśli jednak kogoś czeka długa droga w pociągu lub w innym środku lokomocji, podczas której każda rozrywka jest na wagę złota – „Thor” nada się na taką okazję wprost idealnie.

Dziękujemy wyd. TELBIT za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Ocena: 3/5

Dyskusja