Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Chodźmy na wschód – recenzja filmu „Seksmisja”

Tam musi byc jakaś cywilizacja

Jednym z najpopularniejszych, najlepiej ocenianych i najczęściej oglądanych filmów w historii polskiego kina jest „Seksmisja” w reżyserii Juliusza Machulskiego. Dzieło to trwale zapisało się w pamięci Polaków, nie tracąc nic ze swojej filmowej wartości i uroku, mimo, iż od daty premiery upływa właśnie trzecia dekada. Dzisiaj, tak jak przed laty, „Seksmisja” posiada miliony wiernych miłośników, których przyciąga przed ekrany, ilekroć emituje się ją w telewizji.

Nic w tym dziwnego, gdyż „Seksmisja” to faktycznie naprawdę dobra, świetnie zrealizowana produkcja o wielu atutach, z którymi czas obszedł się wyjątkowo łaskawie. Jednym z nich jest fabuła. Oryginalna, bazująca na ciekawym pomyśle, nawiązująca do odwiecznego sporu między kobietą, a mężczyzną. Idea brzmi obiecująco, a sposób w jaki ją zrealizowano, nie budzi zastrzeżeń – jednak wraz z rozwojem akcji okazuje się, że tak naprawdę damsko-męskie rozterki stanowią jedynie przykrywkę dla głębszej treści, jaką niósł za sobą film.

Jest rok 1991. Dwóch śmiałków – Maks i Albert, zgadzają się na udział w eksperymencie techniczno-medycznym, który może okazać się przełomowy dla dziejów ludzkości. Dobrowolnie poddają się hibernacji, wierząc, że zgodnie z planem zostaną po niedługim czasie wybudzeni. Jednak w czasie, gdy bohaterowie spoczywają zamknięci w kapsułach, sytuacja na Ziemi staje się nie do poznania. Wybucha wojna nuklearna, w efekcie której na naszej planecie ginie cały rodzaj męski. Zostają wyłącznie kobiety, którym udało się opracować technologię, pozwalającą im na przedłużanie gatunku. Powierzchnia Ziemi jest zaś do tego stopnia skażona radioaktywnymi pozostałościami, iż kobiety zmuszone są żyć w rozbudowanych, podziemnych schronach.

Kiedy Maks i Albert budzą się z hibernacji, dociera do nich, że znaleźli się w świecie zgoła innym od tego, jaki pamiętali. Okazuje się, że przeleżeli w kapsułach ponad pięćdziesiąt lat – aktualnie jest rok 2044. Jako jedyni mężczyźni, Maks i Albert znajdują się pod stałą kontrolą kobiet, które traktują ich raczej jak więźniów, tudzież króliki doświadczalne, aniżeli towarzyszy powojennej egzystencji. Nie mogąc znieść takiego życia, Maks i Albert podejmują bezskuteczną próbę ucieczki. Karą za niesubordynację ma być naturalizacja: kobiety zamierzają zmienić Maksa i Alberta w przedstawicielki płci żeńskiej. Zdesperowani bohaterowie ponownie decydują się uciec, woląc zaryzykować życiem, niż utratą męskości.

Jak zatem widać, „Seksmisję” śmiało można uznać za film science-fiction. Dzieło Machulskiego faktycznie posiada wystarczające atrybuty, które powinna posiadać produkcja aspirująca do gatunku fantastyki naukowej. Jednocześnie jest idealnym dowodem na to, że film tego rodzaju nakręcić można bez wielomilionowego budżetu i spektakularnych efektów specjalnych – ani jednego, ani drugiego w „Seksmisji” nie ma, a produkcja i tak trwale zapisała się w historii polskiego kina s-f.

Warto zauważyć, że „Seksmisja” podawała Polakom treści, które wypowiedziane wprost z pewnością byłyby nie w smak panującym wówczas komunistycznym władzom. Pod komediową przykrywką kryje się przekaz krytykujący panującą ówcześnie w Polsce rzeczywistość. Wystarczy przyjrzeć się z bliska światu, w jakim znaleźli się Maks i Albert. Władzę w żeńskiej społeczności sprawuje Jej Ekscelencja, przy czym jest to władza dyktatorska. Dziewczynkom od najmłodszych lat wpaja się jedyne słuszne, zafałszowujące historię poglądy, a każde odstępstwo od nich jest surowo piętnowane. Nokautującym ciosem w realia dawnego systemu jest zaś zakończenie filmu, kiedy nagle okazuje się, że istnieje świat inny od tego, do którego wszyscy przywykli, zaś z odbiorników telewizyjnych sączy się ogłupiająca, kłamliwa propaganda. Ten ostatni przekaz, choć w chwili premiery uderzał w zupełnie inne realia, do dziś nie traci na aktualności. Wszak i dziś nietrudno dostrzec, iż obraz świata przedstawiany nam w mediach niekiedy diametralnie różni się od tego, co faktycznie ma miejsce.

Jednym z największych atutów „Seksmisji” jest humor, obecny niemal w każdej scenie. Zważywszy na tematykę filmu, występują w owym humorze delikatne, nienachalne podteksty erotyczne. Nie brak filmowi zabawnych kwestii, krytykujących rzeczywistość polityczną tamtych lat. Znamiennym przykładem są tu wypowiadane przez Maksa słowa: „Kierunek: wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja!”. W polskiej wersji „Seksmisji” fragment ten został wycięty w ramach cenzury, jako, że wyśmiewał służalczość władz PRL wobec Związku Radzieckiego. Natomiast słynne kwestie takie jak „Ciemność widzę, widzę ciemność!” czy „Albert, wychodzimy!” zdążyły urosnąć do miana kultowych i przeniknąć zarazem do potocznej mowy Polaków.

Niemałą rolę w sukcesie odniesionym przez „Seksmisję” miały doskonałe kreacje aktorskie. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj niewątpliwie odtwórcy dwóch głównych ról. Role Jerzego Stuhra jako Maksa Paradysa i Olgierda Łukaszewicza wcielającego się w Alberta Starskiego zapisały się piękną kartą w historii polskiego kina. Obaj panowie wydawali się wręcz stworzeni do swoich ról i trudno byłoby przyczepić się do czegokolwiek w ich grze. I chociaż to właśnie oni błyszczą w obsadzie, to nie wolno zapominać, że w „Seksmisji” poza nimi wzięły udział jedne z najzdolniejszych polskich aktorek tamtych czasów: Beata Tyszkiewicz, Hanna Stankówna, Bogusława Pawelec czy Dorota Stalińska, tworząc świetne kobiece kreacje. Grzechem byłoby też pominąć Bożenę Stryjkówną, niegdysiejszą żonę Juliusza Machulskiego. Wcieliła się ona w rolę Lamii Reno. Zarówno bardzo piękna, jak i zarazem zdolna aktorka, po „Seksmisji” – co może dziwić, zważywszy na świetnie zagraną rolę – nie pojawiała się zbyt często na dużym ekranie, wybierając raczej pracę w teatrze.

Poszczególne sceny „Seksmisji” kręcono w zasadzie na terenie całej Polski. Większość z nich pokazuje wydarzenia, które mają miejsce w schronach, wiele metrów pod ziemią – dlatego pomysł, by nakręcić je w słynnej kopalni w Wieliczce, był wyśmienity. Każdy, kto tam był, wie o setkach kilometrów podziemnych korytarzy, wydrążonych pod ziemią ogromnych halach i pomieszczeniach, które do większości scen w „Seksmisji” nadawały się wręcz idealnie. Pod koniec filmu twórcy przenoszą nas setki kilometrów dalej, nad polski Bałtyk – do Łeby, a potem znów do niewielkiej miejscowości pod Łodzią, gdzie usytuowana jest posiadłość będąca w „Seksmisji” willą Jej Ekscelencji. Scenografia stanowi więc ważny atut filmu Machulskiego, choć odpowiedzialni za nią specjaliści nie ustrzegli się kilku poważnych błędów – wystarczy wspomnieć scenę, gdy tuż przed odwiedzinami w rezydencji Jej Ekscelencji Maks próbuje przedostać się przez mur, który chwieje się po tym, jak Stuhr stawia na nim nogę. Drobna to usterka i niełatwa do zauważenia, jednak podobnych smaczków kryje się w „Seksmisji” co najmniej kilka.

Chciałoby się jeszcze zadać pytanie – co z tym seksem? Tytuł mógłby wskazywać, że w „Seksmisji” go nie brakuje. I rzeczywiście tak jest – film Machulskiego ocieka wręcz erotyzmem, choć trzeba z góry zaznaczyć, że jako takich scen miłosnych w nim nie ma. Seks i wojna płci posłużyły tu za materiał do stworzenia ciekawej, zajmującej komedii. Machulski bezbłędnie wykorzystał potencjał tkwiący w tej tematyce. Nie popełnił jednak tego błędu i nie uraczył widza mało wyszukaną erotyką, co zdarza się nad wyraz często w dzisiejszych produkcjach. Jest tu oczywiście dużo nagości i to w naprawdę pięknym wydaniu, jednak podanej w sposób nienachalny i niewulgarny. Jest raczej tłem dla wydarzeń mających miejsce w scenariuszu, i to tłem wyjątkowo adekwatnym do charakteru produkcji.

Zmierzając ku końcowi, warto przypomnieć o licznych nagrodach, jakie „Seksmisja” zdobyła na przestrzeni lat. W 1984 roku otrzymała Brązowe Lwy Gdańskie w kategorii „Najlepsza scenografia”, a także Srebrne Lwy Gdańskie w kategorii „I nagroda”. Rok później Juliusz Machulski otrzymał Złotą Kaczkę w kategorii „Najlepszy film polski”. Ponadto od wielu lat „Seksmisja” zwycięża w plebiscytach na najlepszą polską komedię w historii, tudzież w rankingach kultowych rodzimych produkcji.

Do oglądania „Seksmisji” nie wypada wręcz namawiać – to klasyk polskiego kina, z którym każdy powinien się prędzej czy później zapoznać. Film, który słusznie urósł do miana kultowego i do którego można wracać wielokrotnie, nigdy się przy tym nie nudząc. Obraz ten prezentuje widzowi ciekawą, pełną humoru i zaskakujących zwrotów akcji historię, obnażając jednocześnie wady i absurdy dawnego ustroju. Wreszcie – jedna z niewielu naprawdę udanych produkcji z gatunku science-fiction. Wszystko to sprawia, że jeśli ktoś jeszcze z „Seksmisją”się nie zapoznał – to powinien jak najszybciej nadrobić zaległości.

Ocena: 5/5

Dyskusja