Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kraje rozłupane jak diament – recenzja książki „Dom derwiszy. Dni Cyberabadu”

Zazwyczaj gdy myślimy o science-fiction, myślimy o przyszłości naszego świata. Jeśli nie będzie to przyszłość naszego kraju, to następnym naturalnym skojarzeniem będzie zapewne Ameryka. Jest przecież teraz potęgą, jednym z krajów z którymi trzeba się liczyć. Ale to się przecież może zmienić. Inne kraje mogą przejąć pałeczkę i poprowadzić ludzkość w XXI wieku.

Ian McDonald zafascynowany jest krajami Azji Środkowej. Według tego pisarza to Indie albo Turcja mogą zagrać pierwsze skrzypce w nowym milenium. W sumie dlaczego nie? Jakby nie patrzeć historia skolonizowanej Ameryki to tylko kilka setek lat, w momencie gdy w Indiach okres panowania człowieka mierzony jest już w tysiącleciach. Może to właśnie te kraje będą dyrygować światem? Tego właśnie dowodzi autor w swoim najnowszym zbiorze opowiadań „Dom derwiszy. Dni Cyberabadu”.

Książka została podzielona na dwie części. Obie to tak naprawdę dwa osobne podzbiory opowiadań.
„Dni Cyberbaradu” ukazują indyjski kraj, w którym starożytne duchy, dżiny, demony i bogowie powracają w aktualnych odpowiednikach. Natomiast „Dom derwiszy” to sześć tytułów, gdzie islamskie tradycje przenikają się wzajemnie z korporacyjnymi intrygami w Stambule przyszłości. Czy to nie brzmi ciekawie?

Czytelnik już po kilku stronach „Cyberbaradu” dosłownie znika z realnie otaczającego go świata, zagłębiając się w kolejne opowiadania.Wrażenia, towarzyszące lekturze „Domu Derwiszy”, są zaś logicznym następstwem tej fascynacji i zachwytu, jakie wynikają z lektury pierwszej części.

Autor doskonale połączył to co starożytne, z tym co jeszcze przed nami. Można odnieść wrażenie, że pisarz bawi się, żonglując atutami. Wybiera jakiś temat, typowy i dobrze rozpoznawalny w kulturze Azjatyckiej i po prostu wkłada go w odpowiednie miejsce w swoich opowiadaniach. W ten sposób i czytelnicy bawią się razem z nim. Ze strony na stronę, krok w krok mają szansę zobaczyć wspaniałą mozaikę, jaka maluje się przed ich oczami: połączenie przeszłości z przyszłością.

Interesujący dla czytelnika może być przykład eunuchów. Wiadomo, że przez tysiąclecia Ci wykastrowani mężczyźni piastowali urzędy majordomusów, lokajów, nadwornych nadzorców i królewskich doradców. U McDonalda występują neutki. Są to przedstawiciele trzeciej płci, „ni to, ni owo”. Mechanicznie przerobiony człowiek. Rozebrany na czynniki pierwsze, na własne życzenie pozbawiony biologicznej tożsamości, on lub ona zamienione w ono.

Wszystkie opowiadania są fabularnie zamknięte klamrą. Jeden bohater – jedna opowieść. Ale dzięki subtelnym wskazówkom, wspólnym mianownikom i delikatnym sugestiom czasu i miejsca akcji, czytelnik łatwo rozezna się chronologii poszczególnych tytułów. Natomiast w podzbiorze „Dom derwiszy” sytuacja jest o tyle łatwiejsza, że każde opowiadanie nosi tytuł od dnia tygodnia. Dzięki temu w zasadzie przeradza się to w mikropowieść. Ot, ciekawy eksperyment: łączenie kilku opowiadań w jedną, większą i spójną całość, o rożnych bohaterach.

Autor wykreował wielu bohaterów, którzy prezentują tak odmienne historie i problemy oraz przeżycia, że każdy z czytelników znajdzie takiego, z którym łatwo będzie mu się utożsamić. Królewna-Bóstwo, nieletni ale za to jakże modni i na czasie operatorzy robotów bojowych czy też dzieci, w których rodzice pokładają zbyt wielkie nadzieje – to tylko kilka przykładów z szerokiego spektrum postaci. Aż szkoda się z nimi rozstawać pod koniec każdego rozdziału czy też opowiadania.

I tak oto opasłe tomisko w oczach czytelnika przemienia się w kilkanaście historii, które połyka się w wyjątkowo krótkim czasie. Po lekturze „Cyberbaradu” udziela się fascynacja McDonalda krajami wschodu. Jego dzieło to kompozycja wciągająca, o niezwykle barwnych charakterach, ciekawych scenariuszach oraz bardzo udany eksperyment syntezy starożytnych kultur z futurystką przyszłości.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja