Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nowi wrogowie – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 9/2011”

Doskonale pamiętam, jak w 2005 roku, jeszcze przed premierą „Zemsty Sithów”, można było obejrzeć oryginalne „The Clone Wars”. Był to serial o tradycyjnej animacji, dzieło Gendy Tartakowskiego (twórcy chociażby „Laboratorium Dextera”). Wykreował on dwa czarne charaktery: Asaji Ventress i Durge’a.

To właśnie ich podobizny zdobią wrześniowy numer „Star Wars – komiks”. Asaji Ventress to niedoszła Jedi, która pod okiem Hrabiego Dooku pragnie zostać Sithem, natomiast Durge jest łowcą nagród, którego nienawiść do Zakonu rycerzy trwa już kilka stuleci. „Nowe oblicza wojny” opisują ich pierwsze spotkanie z Jedi: między innymi z Anakinem Skywalkerem i Obi-Wanem Kenobim. Sądzili oni, że ich misja na księżycu Naboo będzie rutynowa i raczej nieskomplikowana. Bardzo się jednak pomylili.

Komiks Hadena Blackmana jest częścią większej historii, dziejącej się w czasach Wojen Klonów. Rzecz wygląda podobnie, jak w przypadku opowieści Ostrandera (seria o Qianie Vosie) – z tą jednak różnicą, że Blackman skupia się na losach wspomnianego już duetu „filmowych” Jedi.

Scenariusze tego autora cechuje duża dynamika, brawurowe pojedynki i widowiskowe sceny walk oraz nagłe zwroty akcji. I to wszystko właśnie otrzymujemy w „Nowych obliczach wojny”. Fabuła to już sprawa drugorzędna, ale nie myślmy, że potraktowana została po macoszemu. Wręcz przeciwnie, jest bardzo dobrze wkomponowana w lukę między II a III filmowym epizodem i tyczy się to nie tylko opisywanej części, ale i całej serii.

Podobnie jak Ostrander współpracuje na stałe przy tworzeniu swojej linii komiksowej z rysowniczką o nazwisku Dursema, tak Blackman powierzył swoją opowieść Tomasowi Curtisowi. Efekty jego pracy powinny zaspokoić oczekiwania nawet najbardziej wymagającego czytelnika.

Komiks cechują pełne detali i bardzo realistyczne rysunki. Uwagę zwracają postacie, do których rysownik przyłożył się w sposób szczególny. Duża w tym zasługa przemyślanego sposobu kadrowania, pozwalającego na przyjrzenie im się z różnych ciekawych perspektyw. Najlepiej to widać, gdy do akcji wprowadzani są nowi bohaterowie – zazwyczaj dzieje się to w iście spektakularny sposób, a nowej postaci poświęca się cały kadr, bądź nawet stronę.

Karta, na której po raz pierwszy w tym komiksie widzimy Durge’a, jest w stanie zachwycić niejednego sympatyka komiksowych historii. Bezlitosny łowca, nieustępliwa maszyna do zabijania – słowem wojownik doskonały, został tu przedstawiony w całej swojej okazałości. Stoi nad ofiarą z wyciągniętym palcem i zwiastuje jej rychłą śmierć.
Inną bardzo spektakularną sceną, szczególnie zapadającą w pamięć, jest odkrycie z samego początku komiksu. Rycerze dowiadują się co tak naprawdę stało się z gungańskimi kolonistami księżyca Naboo. O wadze opisywanej sceny najlepiej świadczy fakt, iż poświęcono jej aż dwie kartki.

Światłocienie, kontrasty i oszczędność tła oraz barw sprawiają, że te komiksowe Wojny Klonów są zdecydowanie mroczniejsze niż ich aktualnie emitowany, animowany komputerowo odpowiednik. I tak właśnie miało być, gdyż tego wymagała fabuła. Wojna to nie tylko epickie zmagania. Wojna to śmierć, nie oszczędzająca nawet ludności cywilnej. Nawet jeśli mowa tu o gwiezdnej wojnie.

„Nowe oblicza wojny”, a więc cała zawartość wrześniowego „Star Wars – Komiks” to naprawdę solidny komiks. Realistyczny, mroczny scenariusz, dynamicznie rozwijająca się akcja i doskonałe, pełne detali rysunki. Czego chcieć więcej?

Dyskusja