Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Star Wars kontra Manga – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 8/2011”

Darth Vader jaki jest widzi każdy. Wzbudza strach, jest bezwzględny, nie zna ani litości, ani lęku. Dla wielu fanów postać okuta w czarną zbroję jest ulubionym bohaterem. Nic też dziwnego, że znowu zagościła na łamach „Star Wars – Komiks”, tym razem w sierpniowym numerze.

„Cena władzy”, bo taki nosi tytuł opowieść z eks Anakinem Skywalkerem, dzieje się dokładnie kilka miesięcy po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci. Uczeń Palpatine’a ma wiele innych misji, nie tylko tych związanych ze ściganiem rebeliantów. Tym razem Mroczny Lord musi zrezygnować z prób odnalezienia Luke’a i zająć się dyplomacją. Udaje się więc na planetę Tiss’shari. Zamieszkuje ja gadokształtna rasa, która od lat współpracuje z Imperium.

Co ciekawe, aby przyjąć przywództwo nad tą planetą nie należy wygrać wyborów czy zyskać odpowiedniego mocodawcę. Tu władza przechodzi z rąk do rąk na skutek morderstw i intryg. Nic też dziwnego, że mieszkańcy Tiss’shari tak dobrze dogadują się z Imperium. Prezydent Si-di-riego jest bardzo świadom tradycji panujących w swoim rodzinnym świecie. Po kolejnym nie udanym zamachu na jego życie, jego wątpliwości względem nie tylko piastowanego urzędu ale i wierności Imperium tylko się pogłębiają…

Na pierwszy rzut oka scenariusz skomponowany przez Scotta Allie, wydaje się niezbyt skomplikowany, można by rzec płaski, dwu-wymiarowy. Ale wyciągnięcie takich wniosków byłoby zdecydowanie pochopnym przedsięwzięciem. Historia ta pełna jest drobnych niuansów, smaczków, które co wnikliwsze oko może z łatwością wychwycić a co za tym idzie wystawić tej opowieści zdecydowanie lepszą notę.

Do wspomnianych smakołyków, można zaliczyć chociażby formę bankietu dyplomatycznego. Gadopodobni politycy cały czas zapominają, że mimo najlepszych chęci przyjęcia gości z Imperium, Darth Vader nie spożyje z nimi posiłku! Podobnie drobnym elementem, który można zaliczyć na plus jest fakt są przemyślenia bohaterów. Vader w pewnym stopniu co prezydent Si-Di-Riego, mimo swojego pancerza, czasem czuje się narażony na cios. Takie wewnętrzne dygresję i wątpliwości trapią w końcu każdego. Można śmiało stwierdzić, że to właśnie te refleksję są głównym nurtem „Ceny władzy” a nie wartka akcja czy dynamicznie rozwijająca się fabuła.

Co do rysunków Joe Corroneya, większych zastrzeżeń mieć nie można. No może jedynie mógłby artysta bardziej popuścić wodze fantazji w wykreowaniu mieszkańców Tiss’sharl, a nie kopiować prawie jota w jotę, obraz dobrze znanych nam dinozaurów: velociraptorów.

Niestety już w przypadku pozostałych dwóch tytułów zawartych w tym numerze, zastrzeżeń względem rysunków można mieć zdecydowanie więcej. O ile jeszcze w „Kiepskim Interesie” rysunki Francisa Portle’a są nieco naiwne i można by powiedzieć kiczowato dziecinne, to pracę z „Ugryzionego” są co tu dużo mówić odstraszające. Za rysunki w tym tytule odpowiada Makoto Nakatsuka, a więc i rysunki stylizowane są, jak łatwo się domyśleć na styl mangowy. O ile czasami, ten sposób rysowania udaje się przemycić do świata Star Wars, to w tym konkretnym przypadku pasuje on jak pięść do nosa. Zarówno fizjonomie głównych bohaterów tej opowieści jak Qui-gon i Obi – Wan, jak i postaci pobocznych Mana Veridi, czy Hana Solo wyglądają po prostu szkaradnie. Szerokie łuki brwiowe, zadarte nosy, brzydkie zmarszczki. Cechy te nadają im bardziej wygląd troglodytów niż aktorów, których znamy z kina.

Zwłaszcza obraz gdzie na scenę wchodzi Aurra Sing (strona czterdziesta pierwsza), zamiast imponującego wejścia wydaje się raczej żałosny. Na twarzy łowczyni nagród wychodzą dziwne żyłki, a zamiast zębów ma chyba kły. Oczywiście można zrozumieć, że tym się cechuje styl mangowy, ale wszystko powinno mieć jakiś umiar. Już wygięcie się klingi miecza świetlnego, nawet wśród najbardziej liberalnych fanów Star Wars, może wywołać oburzenie. Podobnie kuleje fabuła tego komiksu. To co można o niej powiedzieć, to najdelikatniej rzecz ujmując fakt, że do wciągających, a nie przepraszam, przyzwoitych, a nie przepraszam, nawet do miernych się nie zalicza.

Opowieść widziana oczami starego już Obi-Wana, na wprędce przedstawiona została Hanowi Solo, podczas trwania „Nowej Nadziei”. Wspomnienia rycerza dotyczą spotkania z Aurrą, czyli zabójczynią Jedi. Dla Hana Solo, sceptyka, który nie wierzy w Moc, taka opowieść to po prostu wyssane z palca brednie. Więc po co w ten sposób przedstawiać komiks? Może w oryginalnym wydaniu ma to jakąś rację bytu, choć sam nie wiem jaką, to jak na polski rynek komiksowy uważam, za zwykłe marnotrawienie miejsca. Z pewnością w „Star Wars – Komiks” zamiast „Ugryzienia” mógłby zagościć jakiś inny o wiele lepszy tytuł.

W przypadku wspomnianego już „Kiepskiego interesu” z niezbyt dobrą kreską, przynajmniej od strony fabuły komiks jest w stanie się obronić. Nic dziwnego, jedno zerknięcie na nazwisko scenarzysty i już wszystko jasne: John Ostrander. Autor wielu dłuższych form komiksowych ze świata Star Wars, które zyskały szeroki aplauz. Tak więc i ta krótka przygoda Devaronianina Villego wyszła mu całkiem zgrabnie.

Villy często przewija się na łamach „Star Wars – komiks” głównie jako element tła. Teraz ma swoją chwilę. Ten epizod należy do raczej zabawnych i lekkich opowiastek. Drobny złodziejaszek i oszust chciał ugrać więcej niż mógł unieść i jak łatwo się domyśleć przejechał się na tym bardzo szybko. No ale ostatecznie i tak na samym końcu uśmiecha się zadowolony. Zasada „ma więcej szczęścia niż rozumu” doskonale sprawdza się w jego przypadku.

I teraz przyszła pora na podsumowanie, choć może należało by raczej mówić o rozgrzeszeniu. Historia o Vaderze, bez fajerwerków ale ciekawa, drugi tytuł zabawny, no i „Ugryzienie”, które w ogóle niestety co tu dużo mówić pogrąża całość. W rezultacie ocena całości wypada poniżej przeciętnej, a przecież pismo reklamuje się jako „najciekawsze komiksy ze świata Star Wars” powinno być ponad średnią.

Dyskusja