Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Coraz ciekawiej w świecie „130 lat po” – recenzja komiksu „Star Wars: Dziedzictwo. Tatooine”

Jest takie powiedzenie: „co za dużo, to niezdrowo”. Sprawdza się ono zwłaszcza z seriami komiksowymi, które nie wiedzą kiedy zejść ze sceny. Jak któraś trwa za długo, to zaczyna zwyczajnie nudzić. „Dziedzictwo” jest najdłużej wydawaną serią spod znaku Star Wars w Polsce i musi się zmierzyć z tą prawidłowością.

Tom siódmy: „Burze” zdawał się wykazywać, iż seria poddaje się tej prawidłowości, na szczęście najnowszy album tej serii – „Tatooine”, wniesie całe mnóstwo powiewu świeżości w kreację świata 130 lat po „Powrocie Jedi”.
Po pierwsze – ponownie skupimy uwagę na głównych bohaterach tej historii, czyli Cade’a Skywalkera i jego przyjaciołach. Potomek Luke’a ciągle nie może się uporać, ze swoim rodowym dziedzictwem, ucieka więc na Zewnętrzne Rubieże. Pragnie znowu wieść beztroski żywot wyjętego spod prawa pirata. Nie chce dłużej martwić się o losy galaktyki. Nie chce być bohaterem.

Ale rodzina nie daje o sobie zapomnieć; nawet zmarli przed dekadami dziadkowie, czyli wspomniany już Luke Skywalker. Ponownie duch mistrza Jedi nawiedza Cade’a, tłumacząc mu, co jest prawe, a co nie. Ten, choćby nie chciał, musi zmobilizować swe siły, bo ktoś interesuje się jego głową. Szczególnie zaś tym, by oddzieliła się ona od ciała.

Jak łatwo się domyślić po powyższych akapitach, najnowsza część „Dziedzictwa” nastawiona jest na dużą dawkę adrenaliny i akcji. Zresztą, sugeruje to sama okładka komiksu, na której główni bohaterowie zmagają się z niewidocznym przeciwnikiem.

Ale zeszyt ten przyniesie również duży postęp w rozwoju fabularnym tej opowieści. Nie dość, że Cade znów zmuszony zostanie, by włączyć się do akcji, to także i po stronie Imperialnych oraz Sithów nastąpi duże zamieszanie.
Jeżeli chodzi o kreskę i styl rysowania Jan Durrsemy, to przyzwyczaiła nas ona do prac wykonanych na naprawdę wysokim poziomie artystycznym. Nie ma co się więc rozwodzić nad tym dłużej; jej warsztat po raz kolejny udowadnia, na jak wysokim poziomie stoi.

Do najciekawszych kreacji można zaliczyć te, dotyczące nowo wprowadzonych bohaterów. Są to zabójcy czarnego słońca: para Anzatów i Krwawy Rzeźbiarz. Ilustracja ta zajmuje całą stronę i w pełni przedstawia ich sylwetki. Czytelnik już na pierwszy rzut oka może ocenić, jak perfekcyjne są to maszyny do zabijania.
Ale ósmy tom „Dziedzictwa”, to nie tylko historia opatrzona tytułem „Tatooine”. W albumie tym znalazło się także miejsce na drugi, krótszy komiks – „Koniec Łotra”. Jest to opowieść o mandalorianinach i ich losach w czasie nowej wojny domowej. Najęci przez Sojusz, zostali wystawieni. Ktoś zdradził! I tę zagadkę może rozwiązać tylko jeden, ocalały żołnierz: Karr.

Opowieść ta pokrywa się z komiksem przedstawionym w drugim tomie „Dziedzictwa”, a zatytułowanym: „Nowy”. Tam, jako postać tła, pojawia się właśnie Karr. Jest to bardzo miła dbałość o szczegóły i bogactwo tła.
Mimo że opowieść jest bardzo ciekawa, to kwestia rysunków przedstawia się już nieco gorzej. Zwłaszcza gdy prace Kahi Baldisimas skontrastujemy z mistrzowskim zapleczem artystycznym Jan Duursemy. Jego prace są zdecydowanie delikatniejsze, mniej szczegółowe, za to bardziej schematyczne. Dla przykładu, ukazany w tym tytule Hutt przypomina bardziej zieloną breje, niż swój filmowy odpowiednik. Podobnie szturmowcy – nie przypominają tych znanych z innych komiksów czy filmów. Ich hełmy czy zbroje są narysowane w taki sposób, że trudno jest je jednoznacznie porównać.

Chociaż „Burze” były dobrym komiksem, to jednak „Tatooine”, który ponownie skupia się na głównym bohaterze, wypadają zdecydowanie lepiej. Na plus tego tytułu przemawia także to, iż fabuła nie rozmienia się na drobne, a krótszy komiks jest po prostu dodatkiem. Pozycja ta umie także na nowo zaciekawić i wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń.

Dyskusja