Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Niebanalni super-bohaterowie – recenzja komiksu „Watchmen: Strażnicy”

Czy historia o zamaskowanych bohaterach może być niebanalna i przekazywać coś więcej niż „Happy Ending” z dużą ilością rozwałki w środku?

Na przełomie lat 30. i 40. XX wieku w Stanach Zjednoczonych zrodził się ruch zamaskowanych bohaterów. Byli to zwykli ludzie, którzy wymierzali sprawiedliwość na własną rękę tam, gdzie standardowe organy ścigania okazywały się bezradne. Kolejne pokolenie bohaterów zostało jednak zdelegalizowane ustawą Keen’a z roku 1977 roku. Tymczasem w roku 1985, u szczytu zimnej wojny, gdy konflikt nuklearny pomiędzy USA i ZSRR wydaje się już bliski i nieunikniony, zamordowany zostaje Edward Blake. W środowisku zamaskowanych bohaterów lepiej znany jako Komediant. Rorschach, mściciel żyjący poza społeczeństwem, węszy spisek mający na celu wyeliminowanie amerykańskich bohaterów. Próbuje przekonać do swojej niepopularnej teorii innych „przedwcześnie emerytowanych” kolegów po fachu. Tak z grubsza wygląda historia przedstawiona w tym, kultowym już dzisiaj, komiksie.

Za scenariusz do „Watchmen” odpowiedzialny jest Alan Moore. Stworzona przez niego historia z początku wydaje się

pasować jedynie do końca lat 80. ubiegłego wieku, kiedy powstał komiks. Globalny konflikt nuklearny i mniej widoczny, ale również obecny na kartach komiksu, motyw inwazji obcych, spędzał sen z powiek społeczeństwa tamtych lat. Jednak po pewnym czasie coraz wyraźniejsza staje się uniwersalność prezentowanej historii.
„Watchmen” to opowieść o wiecznym strachu ludzkości przed Armagedonem – zarówno tym, wywołanym realnym zagrożeniem, jak i tym irracjonalny, którego źródłem są przesądy i miejskie legendy. Jest to też historia ludzi, niełatwych decyzji, jakie stawia przed nimi codzienność, radzenia sobie z konsekwencjami własnych decyzji i z miejscem, w którym, nierzadko wbrew ich woli, umieściło ich życie. To właśnie bohaterowie z krwi i kości, w żadnym wypadku nie rysowani czernią i bielą, są kolejną silną stroną tego komiksu. Prezentowane postacie mają swoje słabości i mocne strony, a ich złożone i przemyślane charaktery jeszcze bardziej nadają im realności.

Interesujące są też realia tej opowieści – alternatywne do tych nam znanych. Prezydenturę w USA, już po raz piąty z rzędu, sprawuje Richard Nixon, afera Watergate nigdy nie wyszła na jaw, a konflikt w Wietnamie zakończył się druzgocącym zwycięstwem Stanów Zjednoczonych. Moore zaprezentował intrygującą alternatywę historii współczesnej: niekompetentny prezydent USA, bohaterowie postrzegani jako złoczyńcy i społeczeństwo amerykańskie rozgoryczone nieudolnym przywództwem i konsumpcyjnym stylem życia. Cała opowieść, z początku powolna i senna, z czasem nabiera rozpędu i dramatyzmu, co świetnie odzwierciedla Zegar Zagłady, z każdym rozdziałem zbliżający się do godziny zero.

Nie można też pominąć dwóch istotnych elementów „Watchmen” – książki w komiksie i komiksu w komiksie. Na tą pierwszą składają się fragmenty: wspomnień starego zamaskowanego bohatera, pozycji naukowej, artykułów prasowych czy akt policyjnych. Każda z tych pozycji jest prezentowana na koniec rozdziału i atrakcyjnie zarysowuje, rozszerza nasze wiadomości ze świata tego komiksu. Zresztą powieść obrazkowa „Tales of the Black Freighter”, którą czyta jeden z drugoplanowych bohaterów komiksu, też jest w pełni uzasadnionym dodatkiem. Geniusz fabularno-stylistyczny tego przerażającego mini-komiksu wystarczyłby na osobne dzieło, a jednak opowieść o Czarnym Okręcie dodatkowo komentuje wydarzenia w „Watchmen” i potęguje napięcie głównej osi fabularnej.

Za rysunki odpowiedzialny jest Dave Gibbons. Jego ostra i realistyczna kreska bardzo dobrze oddaje beznadzieję i zepsucie widoczne na kartach komiksu. Zwiększa też rzeczywistość opowiadanej historii. Z początku niektórych czytelników może odrzucić „starość” rysunków, ale nie dajcie się zwieść – są one nierozłączną częścią tworzącą styl tego komiksu. Imponujące są, wykonane z rozmachem sceny, zajmujące niekiedy kilka kadrów, a w przynajmniej jednym wypadku nawet kilka stron. Rysownik nie boi się przedstawiać nagości, scen brutalnych i krwawych. Wszystko to jednak jest uzasadnione fabularnie i stylistycznie, nie ma mowy o żadnej przesadzie. Rysunki dopełniają kolory wykonane przez Johna Higginsa. Nie mamy tu do czynienia z gładko przechodzącymi barwami – Higgins w każdej scenie stosuje tylko kilka kolorów, a często zdarzają się kadry, w których całe rysunki są pokryte jedną, ew. dwiema barwami. Te ostatnie niesamowicie oddziałują na emocje czytelnika. Nie ulega wątpliwości, że bez takiej oprawy wizualnej historia Moore’a na pewno nie odniosłaby tak dużego sukcesu.

„Watchmen” nie jest komiksem prostym. Wręcz przeciwnie, to piekielnie trudne dzieło z wielowarstwową fabułą, realistycznymi, różnorodnymi postaciami i wyjątkową wizją świata, dopełnione idealnie pasującymi, często niepokojącymi rysunkami. Nic dziwnego, że ta obrazkowa historia na stałe wpisała się nie tylko w historię komiksu, ale także kultury. W pełni zasługuje na wszystkie zachwyty i nagrody, jakie zebrała i jakie jeszcze zbierała będzie.

Dyskusja