Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Piter” – fragment szósty

Opuścił głowę. Urwana macka wciąż wiła się u jego nóg. Tfu, żywotna zaraza!
Ściągnął z twarzy maskę przeciwgazową, konwulsyjnie wciągnął powietrze. Woń Primorskiej uderzyła go w nos z taką siłą, jakby ktoś wciskał mu ją pięścią. Czuł posmak spalonej gumy na języku. Skrzywił się, splunął. Obmacał się. Ręce i nogi całe, reszta też… hmm, na miejscu. Miał rozpaloną twarz i głucho huczało mu w skroniach.
Obejrzał się za siebie.

Projekt Dmitrija Głuchowskiego „UNIWERSUM METRO 2033”.
Powieść Szymuna Wroczka „Piter”
z rosyjskiego przełożył: Paweł Podmiotko.
Czyta: Krzysztof Gosztyła

fragment szósty

Kiedy otworzył oczy, było już po wszystkim. W powietrzu unosił się dym. W uszach mu dzwoniło. W piersi czuł ból, jak po uderzeniach młota.
Opuścił głowę. Urwana macka wciąż wiła się u jego nóg. Tfu, żywotna zaraza!
Ściągnął z twarzy maskę przeciwgazową, konwulsyjnie wciągnął powietrze. Woń Primorskiej uderzyła go w nos z taką siłą, jakby ktoś wciskał mu ją pięścią. Czuł posmak spalonej gumy na języku. Skrzywił się, splunął. Obmacał się. Ręce i nogi całe, reszta też… hmm, na miejscu. Miał rozpaloną twarz i głucho huczało mu w skroniach.
Obejrzał się za siebie.
Latarka na kasku nadal działa, czyli ma jeszcze parę minut zapasu. Iwan przeszedł nad macką, szybko, żeby nie wdychać tlenku węgla, schylił się i podniósł z kałuży kask. Obok znalazł swój automat. Wyprostował się, odetchnął. Założył kask. Otworzył zamek „bastarda”, wyjął nabój z lufy, wylał wodę. W teorii automat trzeba na nowo wyczyścić, a naboje wysuszyć. Na szczęście kałach to niewymyślna konstrukcja – i tak da się strzelać. Na wszelki wypadek wymienił magazynek. Szarpnął zamkiem i zabezpieczył automat.
Ta zupa z kalmarami kosztowała go karbidówkę. A dioda za moment padnie.
Szybciej.
Wyjrzał za róg. Osmalony sufit, sczerniałe marmurowe kafle, wypalony mech. Lekko parująca woda. Z przezroczystej gnidy zostało ugotowane, zwęglone mięso – nic dziwnego, temperatura wybuchu wynosiła z tysiąc stopni. Palnikiem acetylenowym można ciąć metal. Iwan nie zatrzymywał się, żeby nie tracić czasu. Szybko przeszedł skrajem peronu. Po prawej, w ścianie pojawiły się zardzewiałe drzwi z napisem: „B2-PIIA”. Podniósł automat i pociągnął drzwi do siebie… Zżżż – ponure skrzypnięcie zardzewiałego żelaza.
Pusto.
Przeszedł przez próg. Kiedyś było tu pomieszczenie, w którym odpoczywał personel stacji, potem dostosowano go do potrzeb komendanta. W głębi, bokiem do ściany, stało wykrzywione od wilgoci kancelaryjne biurko z pulpitem. Sterta starych, pokrytych pleśnią czasopism. Kiedy indziej przejrzałby je uważniej, ale teraz nie ma czasu. Światło latarki przesunęło się dalej. Na ścianie tabliczka: „MIEJSCE DO PALENIA”. Dalej! Szare szafy pod ścianą… regał…
Tu jest ta skrzynka – metalowa, pewnie na sprzęt obrony cywilnej. Obdrapany zielony metal. Spróbował otworzyć – nie poddaje się, przyrdzewiało; zbił kolbą rygiel, zajrzał do środka…
A jednak miał rację.
Wreszcie. Włożył rękę do skrzynki i wyciągnął przedmiot, który się w niej znajdował. Potem przez długie dziesięć sekund patrzył na znalezisko, zapominając o dogorywającej diodzie.
Było przepiękne.

Kiedy do posterunku Wasilieostrowskiej zostało tyle co nic, z pięćdziesiąt metrów może, baterie ostatecznie padły. Przed oczami migotały mu plamy światła. Idąc w całkowitych ciemnościach, Iwan orientował się względem żółtego ognika oświetlenia awaryjnego stacji. Buty chlupotały w płytkiej wodzie, echo odbijało kroki.
Zauważyli go późno, chociaż się nie krył. Zasnęli tam, czy co?
– Stój, kto idzie! – i natychmiast włączyli reflektor.
Chwilę później Iwan schylił się, osłaniając oczy ramieniem i przeklinając przez zęby. Czy oni kompletnie zgłupieli?! Biały snop z lampy, rozpalonej tak, że aż chrzęściła szybka, zdawał się rozcinać ciało niczym otwieraczem do konserw.
– Swój! – krzyknął Iwan.
Poczuł na karku, jak w jego stronę obraca się cekaem zamocowany namasywnym, zespawanym z rur statywie; jak metalicznie zgrzytnął zamek karabinu wchodząc w położenie bojowe.
Struga światła była zabójcza. Iwan zamknął oczy i odwrócił się do reflektora plecami, lecz zdawało się, że bezlitosne światło przeszywa jego ciało na wskroś. Poprzez ubranie, skórę, włókna mięśni, krwinki i kości, docierało do oczu. Pod powiekami piekło i płonęło.
– Będę strzelać! – zawołał ktoś przy karabinie. Głos był rwany, niemal histeryczny. Głos typu „zaraz się załamię”. Znowu Jefiminiuk na warcie, zrozumiał Iwan. Cholera.
– Wróć! – Iwan przeszedł na spokojny ton dowódcy. – Hasło! Słyszycie? Hasło: „Wesele”!
Pauza.
Podczas tych kilku sekund Iwan, zlany zimnym potem, zdążył dziesięć razy pomyśleć, że Jefiminiuk jednak go zastrzeli. „Najwyższy czas. Farci mi się, jak… Przecież prosiłem – pomyślał – nie stawiać świrów na warcie”. „Ludzi nam nie starcza, Iwan, sam rozumiesz… – chyba tak mówił Postyszew? – Nie ma kim utykać dziur”. „Aha. Jak mi ten idiota pośle serię, to sytuacja się poprawi. Wszystkie dziury pozatykamy – moimi krwawymi strzępami. Karabin maszynowy NSW 12,7 milimetra, takie stały na posterunkach wojskowych. Zresztą właśnie stamtąd go wzięto. Pocisk o stalowym rdzeniu przebije każdą kość bez specjalnych ceregieli”.
– Hasło: „Wesele”! – krzyknął Iwan jeszcze raz, nie mając już nadziei, że go usłyszą.
Cisza.
– A kto idzie? – padło w końcu pytanie.
– Pan młody idzie! – odparł.
Jeszcze jedna przerwa. Potem ciche „szczęk!”. Karabin zdjęto z położenia bojowego.

Dyskusja