Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Słodki transwestyta, kosmici i muzyka – recenzja filmu „Rocky Horror Picture Show”

Kiedy myślimy o musicalu, to możliwe, że większość z nas pomyśli o tańczących i śpiewających na ulicy ludziach albo kotach. Gdy powiemy science – fiction, większość z nas pomyśli o kosmicznych walkach, podróżach w czasie i przyszłości świata. A co pomyślimy słysząc o SF i musicalu w jednym?

Właściwa odpowiedź to „Rocky Horror Picture Show”. Nie znacie tego filmu? A może spektakl teatralny, którego film jest adaptacją? Nie? Tak? Nieistotne. Witajcie w fantastycznym i zarazem przerażającym zamku dr. Frank-N-Furtera!
Kim jest doktor Frank? Transseksualnym przybyszem z Transylwanii (słodkim, jak sam twierdzi!). To do jego posiadłości trafia młode narzeczeństwo Janet i Brad. I też zadają sobie pytanie, kim jest ich gospodarz i co oni właściwie u niego robią? Wprowadzenie do fabuły, może mało odkrywcze, ale wierzcie mi, dzieło to ma słuszne uzasadnienie bycia kultowym.

Frank-N-Furter stworzył mężczyznę idealnego i tym właśnie tworem chce się pochwalić swoim niespodziewanym gościom. Jednakże nie wszystko idzie zgodnie z jego zamysłem. Ba! W zasadzie chaos zdaje się ogarniać wszystko, a lawina przedziwnych zbiegów okoliczności zaskakuje nie tylko widzów, ale i samych bohaterów. A wszystko to podkreśla dynamiczna i charakterystyczna dla lat siedemdziesiątych rock’n’rollowa muzyka.

No właśnie… muzyka. To jej należy się palma pierwszeństwa, jeżeli chcemy omówić plusy tego filmu. Jest naprawdę bardzo dobrze skomponowana, a chwytliwe kawałki zapadają w pamięć. Do najciekawszych utworów należy zaliczyć „The Time Wrap” w wykonaniu Rif Raffa (w tę postać wcielił się Richard O’Brien). Charyzmatyczny lokaj wciąga zagubionych Janet i Brada do zamku swojego pana, wyśpiewując przy tym kwestię, które napełniają obawą młodych ludzi. Na uwagę zasługują także partie głównej postaci, granej przez Tima Curry’ego. Wykonuje on zresztą większość utworów pojawiających się w tym filmie: od chwytliwego „Sweet Transvestite”, po nastrojowy, melancholijny wręcz kawałek „I’m going home”.

I tu warto wspomnieć o wyśmienitych kreacjach aktorskich, jakimi niewątpliwie wyróżnia się ten film. Tim Curry, który zapewne większości z nas kojarzy się jako dojrzały aktor, bardzo dobrze oddał nieobliczalny charakter dr. Frank-N-Furtera. Nie wiadomo kiedy postać ta będzie przymilać się i adorować swoich gości, a kiedy posunie się do krwawej wendety.

W filmie tym spotkamy również i inne znane nazwiska. Susan Sarandon doskonale wcieliła się w postać cnotliwej Janet. Bohaterka ta (nie tylko zresztą ona) przechodzi nagłą metamorfozę, na skutek doznanych w zamku doktora wrażeń. W „Rocky Horror Picture Show” zobaczymy i usłyszymy także znanego piosenkarza Meatloafa, który odegrał postać niewiele różniącą się od jego autentycznego „ja”, czyli wybuchowego i nieobliczalnego rockmana.

Dekoracje do filmu są w zasadzie znikome, a wręcz minimalistyczne. Obraz ten dzieje się, tak jak i teatralny pierwowzór, w zasadzie w kilku pomieszczeniach. Natomiast charakteryzacja i kostiumy to już zupełnie inna rozmowa. Te jak najbardziej warte są omówienia! Oglądając ten film, ujrzymy całą masę różnorakich, często fikuśnych kostiumów: od gorsetów i pończoch, przez surduty, po błyszczące uniformy rodem z kosmosu.

Do zbioru tych pozytywnych uwag dotyczących omawianego tytułu, zaliczyć można jeszcze bardzo ciekawe układy taneczne i choreograficzne. Są dobrym podkreśleniem żywiołowej muzyki. Raz nawet do tańca użyty zostaje najprawdziwszy motocykl.

Fabuła, mimo że obdarta z głębszych wartości i przesłanek, może się nawet wydawać bardzo płytka. Ale nie to stanowi magię tego film. „Rocky Horror Picture Show” to przede wszystkim dzieło o charakterze artystycznym. Nie musi być ani mądre, ani pouczające (choć kilka kwestii tu poruszonych, może także skłonić do refleksji). Tytuł ten ma przede wszystkim bawić i szokować. I tak faktycznie jest.

Ocena: 4/5

Dyskusja