Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bitwa Warszawska w 3D – recenzja filmu „1920 Bitwa Warszawska”

Mało jest polskich produkcji filmowych, które na długo przed premierą budziły tak wielkie emocje jak „1920 Bitwa Warszawska”. Najnowsze dzieło Jerzego Hoffmana miało wszak przedstawić na srebrnym ekranie jeden z najbardziej doniosłych tryumfów polskiego oręża, i to z wykorzystaniem nowoczesnej technologii jaką jest trójwymiarowy obraz. Byli tacy, którzy wieszczyli hit. Inni wróżyli spektakularną klęskę. Natomiast racja, jak to zazwyczaj bywa, leżała gdzieś pośrodku.

W czym rzecz

Jest rok 1920. Polska od niespełna dwóch lat ponownie cieszy się niepodległością, jednak ciągle ważą się jej losy jako samodzielnego, suwerennego państwa. Zachodnia granica nie jest jeszcze ostatecznie ukształtowana, a na wschodzie bolszewicka Rosja nie kryje się z zamiarami przeniesienia rewolucji na zachód Europy, celem ustanowienia w tamtejszych państwach komunistycznych rządów. Pierwszą przeszkodą do realizacji tego zamiaru była Polska: świeżo odrodzona, ciągle niejednolita (123 lata pod trzema odmiennymi zaborami zrobiły swoje), wyniszczona wskutek działań militarnych, zakończonego niedawno globalnego konfliktu. A jednak – jak się okazało – zdolna powstrzymać komunistyczną inwazję, zagrażającą nie tylko jej samej, ale i całemu kontynentowi europejskiemu.

Jednym z żołnierzy, którzy trafiają do polskiej armii, by bronic kraju przed rosyjską agresją, jest Jan Krynicki. Krótko przed werbunkiem bierze ślub z Olą Raniewską, popularną aktorką teatru rewiowego. Sakramentu w kościele św. Anny w Warszawie udziela parze młodej ksiądz Ignacy Skorupka. Wojna rozdziela zakochanych, a w trakcie jednego ze starć Jan trafia do niewoli i zanika po nim wszelki ślad. Zrozpaczona Ola wstępuje jako sanitariuszka do Ochotniczej Legii Kobiet, ciągle mając nadzieję na odnalezienie męża. Tymczasem Rosjanie zajmują położony 15 kilometrów od Warszawy Radzymin. Już wkrótce ma dojść do bitwy, która uratuje Europę przed ekspansją komunizmu.

Bitwa widza ze scenariuszem

„Bitwa Warszawska 3D” rozgrywa się na dwóch różnych płaszczyznach. Pierwsza – to wielka polityka, przygotowania do bitwy oraz przebieg samego starcia. W drugiej mamy do czynienia z wątkiem miłosnym i osobistymi perypetiami Oli i Jana. Wielu spośród tych, którzy niecierpliwie oczekiwali premiery, wyrażało obawę czy twórcom aby na pewno uda się oddać rozmach bitwy. Tymczasem ekipa tworząca „1920 Bitwę Warszawską” poradziła sobie z tym zadaniem znakomicie. Niestety, twórcy zanotowali poważne potknięcia w scenariuszu – co skutecznie zmarnowało część tkwiącego w produkcji potencjału.

Scenariusz ma liczne wady i niedociągnięcia. Jednym z najpoważniejszych jest duża ilość scen i wątków, które śmiało można było opuścić. Przypomnieć można chociażby bitwę na cmentarzu, gdzie w jednym z ujęć polski żołnierz krzyczy „Boże, niech to się skończy”, tylko po to by po chwili wychylić się zza pomnika i skończyć z przestrzeloną głową. Próba zaakcentowania dramatyzmu sytuacji, pokazania, że wojna to nie przelewki? Jeśli tak, to podjęta w dość tandetny sposób. Znacznie lepiej tę funkcję spełniają pełne naturalizmu sceny w okopach i szpitalach polowych. Niezrozumiałe wydaje się też wplecenie wątku z kapitanem Kostrzewą – butnym i aroganckim żołnierzem, który na czas nieobecności Janka proponuje Oli oddanie się w jego „opiekę”. Szczytem jest natomiast scena, w której pada on ofiarą zemsty ze strony Oli i jej przyjaciółek. To jeden z kilku przykładów kiedy do „1920 Bitwy Warszawskiej” niepotrzebnie są wprowadzane humorystyczne akcenty, jakże kontrastujące z następującymi wkrótce scenami batalistycznymi.

Najnowszemu dziełu Jerzego Hoffmana brakuje ponadto głównego bohatera, kogoś takiego, jak Kmicic w kultowym „Potopie”, czy chociażby Skrzetuski w „Ogniem i mieczem”. W „1920 Bitwie Warszawskiej” jest co prawda Jan Krynicki, lecz jest mało wyrazistym bohaterem i utożsamienie się z nim stanowi dla widza nie lada wyzwanie. Wydawałoby się, że to żołnierz polskiej armii stawiający czoła najeźdźcom będzie najwyraźniejszym punktem wśród bohaterów, tymczasem brakuje zajmujących scen z jego udziałem. Zaś podczas samej bitwy Krynicki praktycznie nie istnieje. Zupełnie inaczej sprawa ma się z Olą Raniewską, która – być może wbrew zamierzeniom twórców – z czasem wyrasta na najbarwniejszą postać spektaklu, co jednak wcale nie znaczy, że odpowiednio zagraną przez swoją odtwórczynię. Dzieje Oli i Janka, rozdzielonych przez wojnę i robiących wszystko by nie rozstać się na zawsze, do pewnego stopnia przypominają historię Heleny i Jana z poprzedniego dzieła Jerzego Hoffmana. Tam jednak wątek miłosny prezentował się nieporównywalnie lepiej niż w „Bitwie Warszawskiej”, gdzie rozwój śledzi się z obojętnością.

Scenariusz „1920 Bitwy Warszawskiej” nie jest całkowicie bezwartościowy. Znalazło się w nim kilka interesujących wątków, jak chociażby ten z Sofią Nikołajewną – żoną carskiego oficera, porwaną przez czekistę po tym, jak bolszewicy zamordowali jej męża. Innym była scena gwałtu rosyjskich żołnierzy na chłopce i późniejsza reakcja owego czekisty na ten fakt – doskonale obrazująca „dokonania” rosyjskiej armii w miejscach do których zawędrowała oraz charakterystyczne ocenianie wartości człowieka po jego przynależności klasowej. Niesamowite wrażenie robi także śmierć na polu bitwy księdza Ignacego Skorupki, kapelana Wojska Polskiego. Wprawdzie sposób, w jaki ginie on w „1920 Bitwie Warszawskiej” hołduje legendom i hagiograficznym podaniom, jednak sposób, w jaki zrealizowano tę scenę, symbolicznie ukazuje ważną rolę, jaką Kościół Katolicki odegrał w pielęgnowaniu polskiego patriotyzmu tuż po odzyskaniu niepodległości. Generalnie, wszelkie wątki, za pomocą których twórcy kreślą przed widzem sytuację polityczną w przeddzień i podczas przebiegu tytułowej bitwy zostały zrealizowane w sposób zadowalający, czego nie można powiedzieć o historii Oli i Janka, która jest – trzeba to powiedzieć jasno – płytka i do bólu przewidywalna.

O nierównym aktorstwie słów kilka

Jednoznaczna ocena aktorstwa w „1920 Bitwie Warszawskiej” jest niemożliwa. Podobnie jak w przypadku innych elementów filmu, także i w tej kwestii aż roi się od kontrastów. Mamy więc aktorów, którzy przekonująco wcielili się w swoje postacie, jak i fatalnych odtwórców kompromitujących się przy odtwarzaniu powierzonych im ról. Do tych pierwszych zalicza się między innymi Adam Ferency, który jako czekista komisarz Bykowski spisał się bezbłędnie – trudno zresztą przypomnieć sobie produkcję, w której aktor ten prezentowałby się w wyraźnie słabszej dyspozycji. Także Michał Żebrowski w roli premiera Władysława Grabskiego pozostawia po sobie pozytywne wrażenie, choć scenariusz nie pozwalał mu się zbytnio wykazać. W skład obsady weszło zresztą wielu innych aktorów, którzy poważnie podeszli do roli i odznaczyli się przekonującą grą, mimo, że ich role były drugoplanowe, bądź wręcz epizodyczne. W gronie tym znaleźli się także: Ewa Wencel znana przecież z dobrej roli w historycznym serialu „Czas honoru”, Bogusław Linda którego nikomu przedstawiać nie trzeba, a który wcielił się w pułkownika Wieniawę, oraz Aleksandr Domogarow – słynny odtwórca roli Bohuna z „Ogniem i mieczem”, który zagrał stonika Kryszkina, rewelacyjnie oddając kozacki temperament swojego bohatera.

Prestiżowa, ale i niezwykle odpowiedzialna rola marszałka Józefa Piłsudskiego przypadła w udziale Danielowi Olbrychskiemu. Aktor ten, od dziesiątek lat współpracujący z Jerzym Hoffmanem i mający w swoim dorobku tak udane kreacje jak Piast w „Starej Baśni”, Tuhaj-Bej w „Ogniem i mieczem”, czy Kmicic w „Potopie”, także i tym razem stanął na wysokości zadania. Jako wskrzesiciel państwa polskiego prezentuje się nad wyraz naturalnie i przekonująco. Scenariusz zresztą wyraźnie uwypukla tę postać, gdyż we wszelkich scenach „gabinetowych” Piłsudski występuje w roli nieomylnego autorytetu, mentora zawsze wiedzącego jakie działania należy przedsięwziąć. W historycznym sporze dotyczącym tego, czyją zasługą było zwycięstwo nad bolszewikami, Jerzy Hoffman zajął więc wyraźne stanowisko.

Przyjrzyjmy się teraz dwójce głównych bohaterów, pierwszeństwo oddając kobiecie. Rola Oli Krajeńskiej przypadła Nataszy Urbańskiej – o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, by miała za sobą bogaty filmowy dorobek. Natomiast w produkcjach w których miała szczęście wziąć udział, spisywała się zazwyczaj co najwyżej przeciętnie. Obawy, czy jedna z ważniejszych ról w „1920 Bitwie Warszawskiej” nie okaże się ponad jej siły, były zatem uzasadnione. Ostatecznie Natasza Urbańska spisała się w roli Oli Krajeńskiej znacznie lepiej, niż choćby jako policjantka Silenne w serialu „Fala Zbrodni”, gdzie występowała przed kilkoma laty. Progres ten nie jest jednak wystarczający by pozytywnie ocenić jej występ w filmie Hoffmana. Gra Urbańskiej nadal pozostawia sporo do życzenia. Wprawdzie tym razem miała okazję wykazać się na kilku innych polach – chociażby tanecznym i wokalnym – to nie licząc tych dwóch mocnych stron, Urbańska nie prezentuje swoją grą nic nadzwyczajnego. Można tylko zastanawiać się, co kierowało Hoffmanem, kiedy decydował się na powierzenie Urbańskiej tak odpowiedzialnej roli.

Oddać należy jednak Urbańskiej, że swoją grą – nawet jeśli nie powalała ona na kolana – potrafiła nadać bohaterce wystarczająco dużo charakteru, by jej losy stały się widzowi nieobojętne i aby śledził je z zainteresowaniem. Sztuki tej nie dokonał jednak Borys Szyc. W „1920 Bitwie Warszawskiej” zanotował niezbyt udany występ. Duża w tym jednak zasługa scenariusza, który nie dawał mu zbyt wielu okazji do wykazania się. Jest w filmie moment, kiedy wątek związany z postacią Janka praktycznie się urywa i postać Janka znika z ekranu na jakiś czas by ponownie pojawić się pod koniec filmu. Szyc padł więc ofiarą scenariusza, gdyż w pierwszej połowie obrazu, gdy ogląda się go praktycznie bez przerwy, do jego gry trudno mieć większe zastrzeżenia.

Technikalia

To jednak, co przed premierą „1920 Bitwy Warszawskiej” wzbudzało szczególne obawy – czyli wszelkie kwestie natury technicznej z zastosowaniem efektów specjalnych i obrazu trójwymiarowego – w filmie Hoffmana prezentuje bardzo wysoki poziom i z pewnością miło zaskoczy niejednego widza, który zdecyduje się wybrać do kina.

Zacznijmy najpierw od zdjęć i efektów 3D. Osobą za nie odpowiedzialną był „nasz człowiek w Hollywood” – Sławomir Idziak. Ten sam, który w ostatnich latach zasłynął przy kręceniu takich filmów jak „Harry Potter i Zakon Feniksa”, „Król Artur” czy „Helikopter w ogniu”. Nie sposób powiedzieć co skłoniło filmowca takiego formatu do współpracy z Jerzym Hoffmanem przy tworzeniu polskiej superprodukcji. Być może było to poczucie patriotycznego obowiązku – trudno to ocenić, jednak efekt owej współpracy robi niezwykle pozytywne wrażenie. Idziak po raz kolejny dał niesamowity popis swoich umiejętności. Szczególnie rzuca się to w oczy w przypadku scen batalistycznych, gdzie mamy do czynienia z rewelacyjnymi ujęciami zza ckm-ów, krwią opryskującą kamery, czy imponującymi zdjęciami z lotu ptaka, gdy amerykańscy piloci-ochotnicy bombardują z pokładów samolotów maszerującą Armię Czerwoną.

Sławomir Idziak buduje głębię obrazu nie tylko do wewnątrz, ale i na zewnątrz ekranu czego efekty można oglądać już w pierwszej scenie, gdy wielki, pancerny pociąg wydaje się „wyjeżdżać” z ekranu i pędzić wprost na widza. Podobne efekty można oglądać podczas ataku kawalerii na terenie Radzymina, przy walkach w okopach, a także wówczas, gdy w kierunku widza mozolnie nadjeżdżają rosyjskie tankietki. Jakby tego było mało, w scenach akcji – zwłaszcza przy okazji scen w okopach lub bitwy na cmentarzu – kamera umiejscowiona jest bardzo nisko, niemal przy ziemi. Dzięki temu elementy scenografii wydają się otaczać widza, a bitewny chaos w przypadku scen batalistycznych jest wręcz namacalny.

Bitwy w filmie Hoffmana są jednym z atutów produkcji. Starć pomiędzy Polakami, a Rosjanami jest tutaj całe mnóstwo. Walki zostały zrealizowane w sposób nie pozostawiający wiele do życzenia: są dynamiczne i emocjonujące, a efekt 3D tylko dodaje im uroku i sprawia, że widz niejako staje się uczestnikiem wydarzeń mających miejsce na ekranie. Pośród tak dużej ilości zbrojnych konfrontacji – jest ich w „1920 Bitwie Warszawskiej” przynajmniej pięć – trudno jednak znaleźć jedną, która okazałaby się decydująca. Co niektórym widzom może brakować punktu kulminacyjnego – takiego, jakim w „Ogniem i mieczem” było wysadzenie wieży oblężniczej przez obrońców Zbaraża. Jednak i bez tego sceny batalistyczne prezentują się wyśmienicie: rewelacyjna bitwa na cmentarzu, poderwanie Polaków do boju przez księdza Skorupkę i późniejsza scena jego śmierci, a zwłaszcza chaotyczne i przepełnione naturalizmem i brutalnością boje w podwarszawskich okopach na długo zachowają się w pamięci widzów, którzy zdecydowali się przyjść do kin.

Wszystko to okraszona jest muzyką Krzesimira Dębskiego – kompozytora, którego miłośnikom rodzimej kinematografii przedstawiać nie trzeba. Mający w swoim dorobku oprawy muzyczne do wielu prominentnych dzieł polskiego kina, tym razem również pokazał się od dobrej strony, choć obyło się bez rewelacji. Utwory odtwarzane w trakcie projekcji „1920 Bitwy Warszawskiej” dobrze podkreślają nastrój poszczególnych scen, choć nie ma wśród nich takich, które na dłużej zagościłyby w pamięci oglądającego. Brakuje jakichkolwiek podniosłych i patetycznych brzmień, których można było uświadczyć w ścieżce dźwiękowej z „Ogniem i mieczem”. Muzyka w „1920 Bitwie Warszawskiej” po prostu spełnia swoje zadanie – i nikomu raczej nie przyjdzie do głowy, by krótko po seansie pobiec do sklepu w celu zaopatrzenia się w płytę z soundtrackiem.

Patos?

W „1920 Bitwie Warszawskiej” pojawia się kilka scen, które sprawiają wrażenie wyjętych żywcem z podręcznika do historii, przy czym są one na ogół dobrze zagrane i wyreżyserowane. Zarówno tło konfliktu, jak i kulisy bitwy, które zdecydowały o jej przebiegu ukazane są w sposób niebanalny, ale jednocześnie pozwalający zrozumieć istotę wydarzeń nawet tym widzom, którzy na co dzień nie mają większej styczności z historią. Nie może zatem dziwić, że na film Hoffmana tłumnie ściągają wycieczki szkolne prowadzone przez nauczycieli i wychowawców, którzy chcą w przystępny sposób zapoznać uczniów z tematyką polskiego tryumfu nad bolszewikami.

Film na pewno nie trafi w gusta antyklerykałów, na których widok krzyża i mężczyzn w sutannach działa niczym płachta na byka. Z podniesionym ciśnieniem opuszczą kino także osoby uczulone na patriotyzm i wszystko, co może rozbudzać narodową dumę. W „1920 Bitwie Warszawskiej” pojawiają się wątki, z których jasno wynika pozytywna rola jaką Kościół Katolicki odgrywał w najcięższych dla narodu chwilach, a większość z nich powiązana jest z postacią bohaterskiego księdza Ignacego Skorupki. Natomiast sceny z niszczonymi, tudzież upadającymi krzyżami jasno wskazują, o jaką stawkę toczyła się w 1920 roku gra – Polska broniła się wszak nie tylko przed agresorem chcącym zażegnać jej państwowy byt poprzez przejęcie terytorium, ale i przed zbrodniczą ideologią, mającą u podstaw pogardę dla wszystkiego tego, co od wieków konstytuowało europejską tożsamość.

Waga zwycięstwa, jakie w tej wojnie Polacy odnieśli nad bolszewicką Rosją jest w filmie niejednokrotnie podkreślana. Twórcy efektywnie kreują atmosferę niepokoju jaka towarzyszy zbliżaniu się bolszewików do polskich granic. Powszechna mobilizacja wszystkich klas społecznych, ludność cywilna przygotowująca okopy na przedpolach Warszawy i naprędce organizowane oddziały kobiece i medyczne. Wreszcie wspomniane już zdjęcia z lotu ptaka, pokazujące wielotysięczną masę rosyjskich żołnierzy kierujących się do polskiej stolicy – wszystko to pomaga zbudować wrażenie, że coś wielkiego, a zarazem niebezpiecznego wisi w powietrzu, a w obliczu zbliżającego się zagrożenia mobilizowany jest cały naród. Znamienna jest scena, w której po przegranej bitwie Włodzimierz Lenin z wściekłością cedzi przez zęby, że teraz zmuszony jest budować socjalizm tylko w jednym kraju. Hoffman ukazuje więc widzom bezsprzeczny, decydujący tryumf polskiego oręża. Zwycięstwo, którego Polacy nie zawdzięczają żadnemu cudowi, lecz inteligencji i umiejętnościom swoich dowódców.

Słowem podsumowania

Pełen niedociągnięć scenariusz, przeciętne aktorstwo, ale i bardzo dobra oprawa techniczna charakteryzują najnowszy film Jerzego Hoffmana. Nie należy mieć jednak złudzeń. „1920 Bitwą Warszawską” świata nie zawojujemy. Film na pewno nie jest aż tak słaby jak uparcie sądzi cała rzesza krytyków, lecz poważne niedociągnięcia rzucają się cieniem na tej wielkiej produkcji, która miała przecież przeogromny potencjał. „1920 Bitwa Warszawska” wygląda pięknie i jest prawdziwą ucztą dla oczu. Polskie zwycięstwo nad bolszewicką Rosją nigdy wcześniej nie zostało ukazane z takim rozmachem. Jednak wady w postaci słabej gry kilku istotnych członków obsady, a przede wszystkim przewidywalny i pełen niedociągnięć scenariusz sprawiają, że nowy film Hoffmana nie trafi w gusta wymagającego widza.

Na pytanie, czy warto udać się na „1920 Bitwę Warszawską” do kina, odpowiedź jest jednak twierdząca. Warto zobaczyć jak za niecałe 30 milionów złotych – a więc pieniądze kilkakrotnie mniejsze, niż w przypadku analogicznej produkcji zostałyby wydane przez twórców amerykańskich – można nakręcić film, który pod względem technicznym nie ustępuje hollywoodzkim standardom. Cokolwiek bowiem nie powiedzieć, z tym polscy filmowcy poradzili sobie doskonale. Jeśli wziąć pod uwagę, że jest to nieczęste zjawisko w rodzimej kinematografii, tym większy pozostaje żal i niedosyt, iż w parze z fenomenalną oprawą nie poszedł równie dobry scenariusz.

Ocena: 3/5

Dyskusja