Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dawno, dawno, temu…nuda – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 11/2011”

Listopadowy, trzydziesty dziewiąty numer miesięcznika „Star Wars – komiks” jest na swój sposób numerem specjalnym. Wydawca wyliczył, że wraz z wydawanym kiedyś miesięcznikiem „Gwiezdne Wojny – komiks”, do sklepów trafił jubileuszowy, pięćdziesiąty numer pisma. Dlatego też emocje, towarzyszące wertowaniu zawartości tego zeszytu, były podwójne.

Opowieści zawarte w tym numerze są dwie. Pierwsza, która zdecydowanie zdominowała zawartość i tak grubszego niż zwykle pisma (bo aż sześćdziesiąt cztery strony), to historia opatrzona tytułem „Krótkie, szczęśliwe życie Ronnsa Sewellea”.

Kim był Ronns? Jak dowiadujemy się z licznych retrospekcji prowadzonych przez Jana Doodone, był to jego poprzednik, czyli jeden z dowódców Przymierza Sojuszu Rebeliantów. W sumie cały komiks jest streszczeniem jego żywota. O tym, jak dochodził do swojej pozycji w walce przeciwko Imperium, czemu znienawidził to właśnie Imperium i jak poległ. Wszystkiego tego czytelnik dowie się z mowy wygłoszonej na pogrzebie wyżej wymienionego.

Poza streszczeniem życiorysu w kilku retrospekcjach, nie otrzymujemy absolutnie nic. Sama historia może i jest ciekawa, ale rozwleczenie jej na ponad pięćdziesiąt stron mija się z celem. W ten sposób lektura komiksu staje się męcząca i może znużyć każdego czytelnika. A to wszystko potęguje fakt, że niektóre retrospekcję powtarzają się na skutek dziwnego złożenia historii przez amerykańskiego wydawcę. Kilka stronic miało trafić do komiksu „Biggins Darklighter” i tam być osobnym streszczeniem losów wielkiego dowódcy, ale koniec końców, cztery strony zawędrowały do omawianego aktualnie tytułu.

Jedyny plus, jakim broni się ten komiks, to rysunki stojące na przyzwoitym poziomie. Kreska jest w miarę realistyczna, ale jeżeli przyjrzeć się co poniektórym postaciom, zwłaszcza ich twarzom, można dojść do wniosku, że nie udały się rysownikowi. Zwłaszcza te, które zastygły w ruchu. Wydają się być zbyt dosadnie uchwycone, co sprawia wrażenie, że są karykaturą ludzkiej anatomii. Niemniej cała reszta (zdecydowana większość) statycznych ujęć będzie raczej cieszyć oko odbiorcy.

Druga historia zatytułowana jest „Tajemnica Tet-ami”. Jej głównym bohater to częsty gość „Star Wars – Komiks”: Mace Windu. Już jako Mistrz Jedi miał wykonać zadanie odłożenia pewnego artefaktu na prawowite miejsce. I musi to zrobić właśnie on. Tytuł ten dotyka pewnego, dość rzadko pojawiającego się w świecie Star Wars, tematu, mianowicie podróży w czasie.

I w sumie też nic, po za to. Bez większych rewelacji, bo cała opowieść zamyka się dosłownie na objętości kilku kartek. A przecież świat Star Wars ma tak wiele innych ciekawych wątków, że można swobodnie pchnąć na nie dowolną postać, a nie mieszać w tym wszystkim dodatkowymi kwestiami podróżowania w czasie.
Kreska jest prosta. Tak prosta i schematyczna, że mistrz Windu praktycznie na każdym kadrze wygląda jakby był senny. Dosłownie wszędzie widzimy go z półprzymkniętymi powiekami. Ma się trochę wrażenie, jakby i jego znudziła cała ta opowieść, tak jak może znudzić czytelników lektura listopadowego numeru.

Jak na pięćdziesiąty numer pisma, które prezentowało w naszym kraju wiele rewelacyjnych i niezwykle udanych tytułów, wśród których, i owszem, zdarzało się kilka słabszych, ten numer jest wyjątkowo nieudany. Gdyby chodziło jeszcze o normalny, a nie jubileuszowy zeszyt, zapewne, jako recenzent, byłbym skłony do trochę łagodniejszego traktowania. Miejmy więc nadzieję, że prawdziwy numer pięćdziesiąty (który ukaże się już za kilka miesięcy) będzie ogromnym hitem.

Dyskusja