Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Literacki budyń – recenzja książki „Ziemia, powietrze, ogień i… budyń”

W konkursie na najdziwniejszy tytuł powieść „Ziemia, powietrze, ogień i… budyń” z pewnością zajęłaby wysoką lokatę, a może nawet otarłaby się o zwycięstwo. Cudownie absurdalna i intrygująca nazwa jest równocześnie zwodnicza, bowiem Tomowi Holtowi nie wystarczyło kreatywności na wypełnienie pozostałych stron w sposób równie błyskotliwy i zabawny.

Główny bohater, Paul Carpenter, od dziewięciu miesięcy jest zatrudniony w firmie J.W. Wells & Co, specjalizującej się w świadczeniu magicznych usług. Paul, czarodziej z dziada pradziada, został sprzedany korporacji przez własnych rodziców. Nie może opuścić rządzonego przez gobliny przedsiębiorstwa, w którym wiecznie popada w kłopoty, a szefostwo zmusza go do wykonywania kolejnych przedziwnych obowiązków. Opis ten może brzmieć obiecująco i przypominać skrzyżowanie serii o Harrym Potterze z humorem w stylu Terry’ego Pratchetta, nie dajcie się jednak zwieść pierwszemu wrażeniu. Książce zabrakło zarówno wciągającej fabuły, jak i śmieszących do rozpuku żartów.

Największą wadą powieści jest fabularny chaos. Wątki, którym udało się przykuć uwagę czytelnika, nagle urywają się, ustępując miejsca kolejnej fali niezrozumiałych i niepowiązanych ze sobą wydarzeń. Zamiast budować napięcie, Holt jedynie zniechęca odbiorcę do dalszej lektury. Pomagają mu w tym bohaterowie – w ich działaniach trudno doszukiwać się jakiejkolwiek logiki. Niczym szmaciane lalki niesione wiatrem zmian wpadają w wir kolejnych zdarzeń jedynie z powodu fanaberii pisarza. Także kreowaniu poszczególnych postaci można wiele zarzucić – najczęściej charakteryzują ich dwie czy trzy cechy, o których autor przypomina czytelnikom co kilka stron, by przypadkiem nie umknęło ich uwadze, iż Paul jest nieudacznikiem i łamagą.

Mocnym punktem pozycji miał być wszechobecny humor. Prawdopodobnie znajdzie on swoich zwolenników, jednakże prezentowany typ żartów nie jest na tyle uniwersalny, by rozbawić każdego. Rozczarowuje także to, że najzabawniejsza sekwencja znalazła się na samym początku powieści i tylko rozbudza apetyt na absurdalne żarty rodem ze skeczy Latającego cyrku Monty Pythona, których próżno szukać w dalszej części książki.

Z założenia pozycja „Ziemia, powietrze, ogień i… budyń” miała być lekturą zapewniającą czystą porcję rozrywki, tymczasem potrafi zmęczyć bardziej niż niejedno ambitniejsze dzieło przemycające ważkie treści. Trudno odmówić Holtowi pomysłowości, zabrakło mu jednakże wystarczająco lekkiego pióra, odpowiednio zabawnych żartów i wciągającej akcji, by przykuć uwagę czytelnika. Ten budyń po prostu okazał się przypalony i grudkowaty.

Dziękujemy wyd. Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja