Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mity i przeznaczenie – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 5/2011”

Wspaniałe mity, świat bogów i herosów pełen prastarych mocy, czy niesamowitych artefaktów, znamy z greckich i rzymskich tragedii. Cała ta mieszanka znalazła się w trzynastym tomie „Fantasy Komiksu”. Dopełnienie stanowi jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: Fatum. Los, którego nie sposób oszukać, czy uniknąć. Owe przeznaczenie, jest wspólnym mianownikiem dla wszystkich trzech zaprezentowanych w tym tomie komiksów: „Sloka”, „Zmierzch bogów” i „W poszukiwaniu Graala”.

Zanim jednak zacznę omawiać fabułę powyższych tytułów, pragnę zwrócić uwagę na jedną rzecz, która szczególnie rzuca się w oczy przy lekturze „Sloki”. Zmienił się rysownik! Prace nad serią przejął młody francuski grafik o pseudonimie „Ceyles”. Co prawda jego prace nie odbiegają zbytnio od dzieł poprzednika, ale różnicę jest widoczna. Jego styl wydaje się bardziej delikatny. Dla przykładu: oczy wszystkich bohaterów są większe, co nadaje im zdecydowanie bardziej łagodny, bajkowy charakter, aż trudno uwierzyć, że ich świat ogarnęła wojna. To budzi pewien dysonans, który niektórym czytelnikom może się nie spodobać.

Ale nie bez powodu Ceylesa określa się mianem wschodzącej gwiazdy francuskiego komiksu. Mimo dość młodego wieku (trzydziestu lat z górką), jego prace na wysokim poziomie. Zapewne przyszłe projekty, które ujrzą światło dzienne za kilka lat, zachwycą nie jednego odbiorcę.

Tytułowy bohater ciągle jest narzędziem w rękach bogów, a dokładniej bronią wymierzoną w ludzkich najeźdźców. Spośród agresorów wychodzi się właśnie ten młody żołnierz. Życie wraz z tubylczą ludnością zmienia jego poglądy na temat wojny. Nie chce konfliktu, ale zdeterminowany gotowy jest bronić żółtoskórych, wśród których znalazł nowy dom i miłość.

Czytelnicy wraz ze Sloką zorientują się także, że przywódca byłych krajan bohatera popadł w szaleństwo. To ciekawe zagranie ze strony scenarzysty, w ten sposób opowieść zmienia się diametralnie. Wprowadzenie szalonego władcy, który jest zdolny poświęcić wszystko, nawet życie własnych ludzi i ich rodzin, wprowadza dużo dramatyzmu do każdej opowieści, ale także realizmu. Doskonale wiemy na przykładach z historii, że takie rzeczy miały też miejsce w naszej rzeczywistości.

Fatum to coś czego boją się nawet bogowie w „Zmierzchu bogów”. Odyna ciągle trapią wizję wielkiej wojny: Ragnarok. Wie, że nie może nic w tej kwestii poradzić, ale ukrywa to nawet przed samym sobą. Łudzi się, że klątwę pierścienia Nibelungów, który jest strzeżony przez złego smoka, da się zdjąć. W najnowszej części serii zatytułowanej: „Siegfried” poznamy właśnie losy śmiałka, który zgodnie z przepowiednią może pokonać bestię.

Oprócz streszczenia narodzin świata i losów wspomnianej już Sieglindy czytelnik nie otrzymuje już nic więcej w tej części. Mimo to jest ona bardzo dynamiczna i pełna akcji. Wypada zdecydowanie lepiej niż pierwsza, statyczna część sagii. Warto zaznaczyć, że w opowieści pojawi się przedstawiciel tajemniczej rasy Nibelungów. Fakt ten pogłębia dodatkowo aurę tajemniczości i sekretów, jakimi owiane są losy germańskich bóstw i herosów.

Jeżeli chodzi o styl rysowania, to również uległ on poprawie w odniesiemy go do pierwszej części komiksu. Wszystkie kadry stały się żywsze, zdecydowanie lepiej zostały przedstawione postacie w ruchu. Największe wrażenie robią pierwsze karty, a w zasadzie dwustronicowe ilustrację przedstawienie powstania świata i pierwszych olbrzymów. Naprawdę robią wrażenie.

Fatum swe czyha także na bohaterów średniowiecznych legend w komiksie „W poszukiwaniu Graala”. Podobnie jak poprzednia historia i ta jest adaptacją autentycznych podań ludowych, z tą jednak różnicą, że tu zamiast germańskich opowieści mamy anglosaską. I to bardzo dobrze znaną, bo jak łatwo po tytule się domyśleć, chodzi o króla Artura i rycerzy okrągłego stołu.

Zgodnie ze złą wróżbą Artur poległ w ostatnim tomie. Ale na jego szczęście mędrzec Merlin zna sposób aby temu zaradzić. Wraz z towarzyszami, muszą się wyprawić „na tamtą stronę” i ściągnąć duszę przyszłego króla z powrotem do świata żywych. Ale nie oznacza to, że droga Artura do korony będzie łatwa. Zwłaszcza, że Morgana właśnie wzięła pod opiekę nowo narodzonego Mordreda.

Jak widać w tej opowieści związków przyczynowo-skutkowych z przepowiedniami i wróżbami jest jeszcze większy niż w „Zmierzchu bogów”. Nie oznacza to jednak, że fabuła komiksu ślimaczy się i w brak niej akcji. Wręcz przeciwnie, akcja wręcz tętni życiem, dynamicznymi pojedynkami i spektakularnymi walkami.

Stephane Debois postanowił przedstawić tę opowieść w typowym, zachodnio-europejskim stylu rysowania komiksów. Mamy więc czysty, typowy lineart z wyraźnie zaznaczonymi konturami. Prace wykonane są nad wyraz schludnie i estetycznie. Cieszą oko bogactwem barw i szczegółów. Na szczególną uwagę zasługują również tła. Tym artysta zdecydował się poświęcić często nawet całą ramkę, albo i większość strony. Doskonałym przykładem może być zamek Morgany, który widzimy już na pierwszej stronie. Praktycznie zdominował cała kartę. Takie podejście do tematu tła i scenerii jest swoistym wprowadzeniem dla czytelnika gdzie w danym momencie dzieje się akcja komiksu.

Podsumowując zalety wszystkich powyższych komiksów, można z czystym sumieniem przyjąć, że napis głoszący „najlepsze komiksy fantasy” jest szczerą prawdą. Historie zawarte w trzynastym tomie wraz z humorystycznymi przerywnikami w postaci jednostronicowych stripów to faktycznie sort najwyższej klasy. Sądzę, że każdy czytelnik powinien znaleźć w tej antologii coś dla siebie, a dzięki temu dobrze się bawić przy lekturze tego numeru.

Dyskusja