Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

20 lat minęło: „The Thing”

„Dwadzieścia lat minęło, jak jeden dzień”. Wszyscy (albo prawie wszyscy) kojarzymy ten chwytliwy kawałek z „40-latka”. Doskonale oddaje on modę, która nastała ostatnimi czasy w kinie. Mianowicie: mamy stary film – kultowy, dla wielu wręcz o randze świętości. No, to jakby tu jeszcze na tym filmie zarobić? Recepta jest prosta, jak konstrukcja czołgu T-55. Zróbmy re-make, sequel albo prequel i patrzmy, jak na nasze konto napływają kolejne dolary…

Tak oto optymistyczną myślą pragnę otworzyć nowy cykl artykułów, poświęconych porównaniom: starego i dobrego vs nowego i… no właśnie, co pojawi się w miejscu tych kropek?

Na pierwszy ogień idzie najnowszy kinowy horror „The Thing” – prequel znanego nam filmu z 1982 roku w reżyserii Johna Carpentera. Ale ta wersja również nie była oryginalna. Tak, tak… film z Kurtem Russelem wcale nie był tym pierwszym.

W dniu, a raczej w roku, w „którym zatrzymała się ziemia”, czyli w 1951, powstał oryginalny „The Thing”. Chociaż na nasz język tytuł tego filmu został przetłumaczony jako „Istota z innego świata”, to nie sposób odmówić mu miana jedynego słusznego oryginału. A jaki to był film? W założeniach fabularnych identyczny, jak dwa kolejne. Mianowicie, krok pierwszy – na Antarktydzie rozbija się UFO. Krok drugi – kosmita przeżywa, ale aby przetrwać, podszywa się pod żywe organizmy. Efekty specjalne i charakteryzacja oryginału nie rzucają dziś na kolana. Kosmita, w zależności od sceny, przypomina wielkie warzywo, albo człowieka w czarnym uniformie. Jest to jednak zrozumiałe, trudno, by tak wiekowy film przetrwał próbę czasu ponad pięćdziesięciu lat.

Film, mimo że był dziełem bardzo dobrego reżysera nazwiskiem Hawsk, a w głównych rolach wystąpiła sama aktorska śmietanka ( Margaret Sherindan, Kenneth Tobey), przeszedł bez echa. Na dodatek realia, w jakich oryginalny „The Thing” powstawał, również odbiły na tym obrazie swe piętno. Lata 50-te to czas zimnej wojny, a więc nie mogło zabraknąć wtrąceń o niechęci do Związku Radzieckiego.

Film był przede wszystkim obrazem SF, nie horrorem jak późniejsze. W tej historii straszy nas w sumie jedna czy dwie sceny, trudno jest więc traktować go jako opowieść grozy. Cała reszta to głownie zbyt wolno rozwijająca się akcja i zbyt częste (i nudne) partie dialogowe, które zwłaszcza licznymi powtórzeniami i dowcipkowaniem zabijają klimat filmu.

Natomiast film Carpentera z 1982 roku, przez wielu tak wielbiony, proporcję ma już wyważone. Reżyser znany jest z horrorów i thrillerów, więc nic w tym dziwnego, że opowieść o istocie z kosmosu przedstawił w charakterystyczny dla siebie sposób. Po pierwsze, był to już horror. Mamy więc ciągłą atmosferę napięcia i grozy. Bohaterowie nie wiedzą, w którym z nich siedzi obcy. To najbardziej przeraża, odpowiedź na pytanie „czy jestem zarażony, czy jeszcze nie”. Niewątpliwie taka niepewność, jak w wielu

opowieściach, jest najbardziej przerażająca. Drugim czynnikiem siejącym strach jest zagrożenie życia. I to nie tylko ze strony obcego. Innym śmiertelnym niebezpieczeństwem jest zimno. Z tym bohaterowie mają zdecydowanie mniejsze szanse, niż z koszmarem z kosmosu. Jedno da się zabić, drugie jest nieustępliwe i bezwzględne. To naprawdę przeraża – bezsilność ludzka wobec natury.

I w identyczny sposób straszy nasz sequel – dziecko roku 2011. Reżyserią zajął się już nie Carpenter, a Holender z pochodzenia imieniem Matthijs van Heijningen Junior (swoją drogą, reżyser ten ostrzy sobie również zęby na „Armie Ciemności”). Chwała i cześć niech będzie twórcom tego nowego filmu, za dwie, a w zasadzie trzy rzeczy:

Po pierwsze i najważniejsze – że zachowali spójność między oboma tytułami. Pamiętacie sceny jak Russel i jego kumpel przeszukują w „jedynce” bazę Norwegów? To rozróby w tej samej bazie jesteśmy świadkami w nowym filmie.

Mało tego, rekwizytorzy i spece od scenografii naprawdę się przyłożyli. Oglądając film sprzed trzech dekad, mało kto zwrócił uwagę na np. wbitą siekierę w ścianę omawianej bazy. Teraz oglądając nowy film, wiemy już jak to narzędzie się tam znalazło. Takich smaczków w filmie jest zdecydowanie więcej. Dbałość o szczegóły, zwłaszcza tych co bardziej konserwatywnych fanów, na pewno ucieszy.

Warto też zaznaczyć, że film kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się fabuła pierwszego „Coś”. W zasadzie przechodzi ona do tego stopnia płynnie, że jeśli ktoś kiedyś sobie zrobi taki filmowy maraton, może potraktować oba filmy jako zwartą całość.

Drugim czynnikiem na plus dla kontynuacji, a raczej dla początku tej opowieści, jest to, że bohaterowie nie wpadli na identyczny pomysł testu o nazwie „kto ma w sobie obcego”. Tu uwaga, będzie mały spoiler. O ile w jedynce testem było dorzucanie do krwi czegoś zapalonego („cosik” bał się ognia jak… jak ognia), to w nowej części autorzy postawili na oryginalność i doszli do wniosku, że kosmita będzie umiał reprodukować tylko biologicznie naturalne tkanki. Nie muszę chyba mówić, że czasami człowiek ma w sobie jakąś „śrubkę” (to akurat wiadomo od 1/5 filmu, więc nie jest to znowu taki spoiler).

Te dwa wyróżniki dają nam trzeci i najważniejszy: twórcy nie spaprali filmu. To najważniejsze. Ortodoksyjni fani powinni więc w najgorszym wypadku nie czuć się rozczarowani, a może nawet film się im spodoba?

A teraz warto zaznaczyć jedną, najważniejszą rzecz. W tym celu trzeba się cofnąć jeszcze bardziej w czasie, bo do pierwszej połowy XX wieku. Wówczas bowiem trzeba szukać korzeni wszystkich trzech wyżej wymienionych filmów. Warto odnotować fakt, że każdy z tych filmów jest adaptacją opowiadania „Kto tam” („Who Goes There”) Johna W. Campbella. Literacki pierwowzór pochodzi z 1938.

Jeszcze jedną swoistą ciekawostką jest gra komputerowa z 2002 roku, o tym samym co film tytule. Jeśli chodzi o umiejscowienie fabuły w kolejności chronologicznej, to przedstawia ona wydarzenia, które miały miejsce zaraz po filmie Carpentera. Amerykańscy żołnierze muszą zniszczyć dobrze znaną nam bazę na Antarktydzie, bo, jak łatwo się domyśleć, zamieszkał tam nasz kosmita.

Wszystkie wymienione tutaj, powstałe przed nową wersją filmu dzieła pokazują, że historia o „The Thing” przeistoczyła się w swoisty element pop-kultury. Logicznym więc krokiem było uzupełnienie go o kolejną część. Dlatego też sequel tak idealnie wpasował się zarówno w ramy fabularne jak i zapotrzebowania widzów. W tym wypadku nie jest to tylko odcinanie kuponów, ale odpowiedź na chęć ponownego pójścia do kina i obejrzenia filmu, aby jeszcze raz zadać sobie pytanie: w kim teraz czai się bestia z kosmosu?

Dyskusja