Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zagubiony śród piaskowej burzy – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 12/2011”

Ostatni w 2011 roku numer „Star Wars – Komiks” zaproponował czytelnikowi wyjątkowo cztery, a nie jak to zwykle bywało, trzy historie. Na dodatek, pierwsze co rzuca się w oczy to bardzo lubiana przez czytelników postać Boby Fetta, która zdobi okładkę.

I to właśnie od komiksu z jego udziałem zamierzam zacząć recenzję numeru. Łowca nagród przeżył wiele ciekawych i zapierających dech przygód, niestety „Odpłata” wcale do nich nie należy. Zlecenie, którego podejmuje się najemnik, nie jest niczym ekscytującym. Przyjmuje je, i jak zwykle, bez większych problemów wykonuje. Jedyną mocną stroną tego komiksu jest wykorzystanie postaci łowcy nagród. To zwykłe marnotrawstwo wcielenie tak ciekawego bohatera w tak mało ekscytującą historię. Jest po prostu przeciętny i średni. Zapewne niejeden fan Boby Fetta przyzna mi rację, że tak charyzmatyczna persona zasługuje na udział w zdecydowanie bardziej złożonym scenariuszu.

Jeśli spojrzeć na ten komiks od strony rysunkowej, to zbierze się kilka kolejnych czynników na minus dla tego tytułu. Co prawda postać samego łowcy nagród została przedstawiona bardzo poprawnie, i tu więcej zastrzeżeń mieć nie można, ale za to cała reszta raczej odtrąca, niż przyciąga uwagę. Po pierwsze, roboty, jakie pojawiają się w tym scenariuszu, przypominają bardziej koślawe automaty z tych tańszych filmów SF lat sześćdziesiątych, niż droidy, które kojarzymy z filmów. Po drugie, istoty obce, które również się tu przewijają „z twarzy są podobne do nikogo”. Taka samowola rysowników w przypadku świata Star Wars, gdzie większość istot obcych i robotów jest zdefiniowana z wyglądu, zdecydowanie smuci.

Sprawa rysunkowa zdecydowanie lepiej ma się w opowieści o młodym Luke’u Skywalkerze, zatytułowanej „Burza piaskowa”. W tym komiksie zobaczymy więcej istot znanych z filmowych epizodów. Podobnie twarz młodzieńca, jak i jego ojca (który jako dziecko pojawia się w tej przygodzie), jest bardzo podobna do facjat aktorów. Jasne i żywe kolory pozytywnie wpływają na estetykę i odbiór wizualny komiksu.

Przygoda też jest znacznie ciekawsza niż ta, która przytrafiła się Fettowi. Luke, zanim jeszcze został bohaterem galaktyki, wiódł żywot farmera z pustynnej planety Tatooine. Nie oznacza to jednak, że życie to było łatwe i proste. W tym wypadku przyszły mistrz Jedi został odcięty od rodzinnej farmy przez burzę piaskową. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby wśród piaskowych tumanów nie spotkał innego chłopca. Fani sagi bez problemu poznają i tę postać.

W zeszycie pierwsze miejsce zajmują jednak dwa komiksy z serii o Chewbacce. Tym razem dwa droidy: R2-D2 i C-3PO będą kręciły wywiad z Lukiem Skywalkerem i z najlepszym przyjacielem nieżyjącego Wookiego – Hanem Solo. O ile wspomnienia tego pierwszego są dość sentymentalne i streszczają wszystkie najważniejsze momenty wspólne dla Skywalkera i Chewiego, to po relacji Hana można się było spodziewać czegoś więcej. Przecież przemytnika wiązała z Chewbaccą wielka, długoletnia przyjaźń. Oczekiwalibyśmy pełnych emocji, sentymentalnych wspomnień, ale Solo ogranicza się tylko do momentu, jak Wookie uratował jego córkę (któryś raz z rzędu). Jego zdaniem to było najważniejsze wydarzenie łączące obie te postacie. Każdy kto zna jednak biografie obu przemytników, z dużą dozą prawdopodobieństwa wymieniłby momenty o bardziej kluczowym znaczeniu.

Oba komiksy, chociaż są fabularnie zbliżone do siebie, to niestety rysunkowo są skrajnie różne. Relacja mistrza Jedi została przedstawiona bardzo ładnie i realistycznie. Rysunki wręcz cieszą odbiorcę realizmem, mimo że twarz Skywalkera przez nadmiar cieni pozostawia nieco do życzenia. Luke wygląda przez to jakby miał olbrzymią ilość zmarszczek i niezdrowe wory pod oczami. Natomiast relacja Hana niestety nie jest już tak dobrze przedstawiona. Wszystkie konkury są boleśnie proste i kanciaste, przez co rysunki są raczej schematyczne. Wrażenie to potęguje dodatkowo duża oszczędność w detalach i szczegółach.

Jeżeli zsumować wszystkie cztery historie, ich plusy i minusy, to grudniowy numer „Star Wars – komiks” jest numerem stojącym na przyzwoitym poziomie. Gdyby tylko historia o łowcy nagród była lepiej dobranym epizodem z jego życia, ocena ogólna całego numeru byłaby zdecydowanie wyższą notą. A tak, ten tom antologii musi zadowolić się środkową oceną z naszej skali.

Dyskusja