Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

20 lat minęło: „Star Wars”

W drugiej części artykułów dotyczących prequeli, sequeli i remake’ów, przyjrzymy się obu trylogiom „Star Wars”. Chyba żadne dotychczasowe produkcje z przedrostkiem „Se” nie wzbudzały tylu emocji, co nowa trylogia z odległej galaktyki. W końcu, po premierze, tak zwanej oryginalnej trylogii, wielu miłośników z zapartym tchem czekało na potwierdzenie plotek o powstaniu nowych części

Ale zacznijmy od początku. Gdy „maker”, czyli George Lucas, zgłosił się do wytwórni filmowej na początku lat 70-tych z pomysłem nakręcenia, jak sam to ujął, „kosmicznego westernu”, to reakcja z jaką się spotkał, była, delikatnie mówiąc, „nieprzychylna”. Nie chodziło o tematykę SF, bo w tamtym okresie było ono bardzo popularne, np. serial „Star Trek” królujący na ekranach telewizorów przez ładne parę lat. Wątpliwości wzbudził raczej dorobek autora, który na koncie miał raczej filmy eksperymentalne i niezbyt popularne, jak na przykład: „American Graffiti”. Dopiero chytry trik z propozycją zrezygnowania z dochodów wynikających ze sprzedaży biletów (w zamian za prawa do sprzedawania gadżetów, co jak wiemy przyniosło reżyserowi fortunę) okazał się drogą do celu. Lucas osiągnął środki na zekranizowanie swojego scenariusza.

Dziś wiemy, że Lucas miał w planie wielką sagę. W 1975 nikt jednak o tym nie wiedział. Pierwszy film nosił zresztą nazwę całej serii, czyli „Star Wars”. „Nowa nadzieja” to nazwa nadana znacznie później, aby ułatwić rozeznanie się w chronologii (a do kwestii chronologii zaraz dojdziemy). Film, który miał premierę w 1977, na wypadek, gdyby zgodnie z przewidywaniem wytwórni nie spodobał się widzom, był całością zamkniętą w sobie, z definitywnym zakończeniem: rebelianci, czyli dobro – wygrywają, źli wybuchają wraz z Gwiazdą Śmierci. Ale sukces filmu przerósł oczekiwania wszystkich. Reżyser nie przewidział, że filozofia dobra i zła, mistycyzm rycerzy Jedi oraz kwestia buntu przeciw totalitarnemu Imperium odniesie tak duży sukces. Dzieci kwiaty były zachwycone, a określenie „niech moc będzie z tobą” na trwale zagościło w ówczesnej popkulturze.

Naturalnym krokiem było więc dokręcenie kolejnej części, a nawet dwóch, tworząc w ten sposób trylogię. George Lucas już wtedy twierdził, że całość miała być trzyczęściowa („Imperium kontratakuje” pojawiło się w 1980, a „Powrót Jedi” w 1983). Reżyser potrzebował jednak czasu na nakręcenie nowych epizodów, a zainteresowanie przygodami Luke’a Skywalkera słabło. George wiedział, że musi je podsycić. W 1978 roku wpadł na pewien dość nietypowy pomysł, o którym dziś mało kto pamięta. Światło dzienne ujrzał dziwny twór o nazwie „Star Wars Holiday Special”.

Jak sama nazwa wskazuje, ten telewizyjny film ukazał się na święta. Co ciekawe, wzięli w nim udział wszyscy główni aktorzy, czyli Mark Hamil, Harrison Ford i Carrie Fisher. Mimo to film okazał się klapą. Co prawda, nie reżyserował go George Lucas, ale zmieniał ludzi odpowiedzialnych za ten tytuł jak rękawiczki. Jeszcze przed premierą „maker” był do tego stopnia niezadowolony z efektu, że ograniczył zagraniczne emisję do niezbędnego minimum, w myśl zasady „słowo się rzekło”. Zgodnie z jego obawami, świąteczna opowieść o rodzinie Chewbacc’y nie spotkała się z ciepłym przyjęciem. Reżyser kazał zatuszować wszystkie ślady po nieudanym filmie. Gdyby nie analogowe kopie i nagrania, bardzo możliwe, że niepamięć pochłonęłaby ten tytuł. Ludzie czekali na bardziej mroczną i realistyczną opowieść. Takim, oczywiście, okazało się „Imperium kontratakuje”.

Minęło dwadzieścia lat. Fani zdążyli się przyzwyczaić do myślenia o „Star Wars” w czasie przeszłym. Co prawda, na początku lat 90-tych pojawiło się kilka książek i komiksów, które zaczęły stopniowo doprowadzać do renesansu zainteresowania rycerzami Jedi. I tak oto, w 1997 roku, w kinach pojawiła się Edycja Specjalna. Owa specjalność polegała głównie na odświeżeniu efektów specjalnych, dokręceniu kilku scen w 1996 roku (np. zjedzenie niewolnicy Ooli przez Rancora), czy wykorzystaniu kilku dodatkowych ujęć, jak rozmowa Hana Solo z nowo wygenerowanym komputerowo Jabbą w „Nowej Nadziei”. W 1975 roku scena została nakręcona przy udziale „ludzkiego” aktora, ale została ostatecznie wycięta w etapie postprodukcji. Jako ciekawostkę można tu wspomnieć, że w scenie tej Harrison Ford obchodzi dookoła postać gangstera. W przypadku człowieka było to bezproblemowe, ale żeby czynność ta była naturalna ze sztucznie wygenerowanym obcym o kształtach gigantycznego ślimaka, trzeba było „podnieść” komputerowo aktora. W ten sposób wydaje się, jakby Solo przechodził po ogonie Jabby, wywołując u niego grymas bólu.

W 1997 pojawiła po raz pierwszy, wspomniana już nazwa „Nowa nadzieja”, a filmowe części zaczęły nosić miano epizodów. Ku wielkiemu zaskoczeniu, były to jednak epizody IV, V i VI, a nie, jak można by się spodziewać, jeden, dwa i trzy. Lucas zapowiedział – powstanie nowa trylogia! Wielu fanów nie było jednak pewnych, czy to prawda, czy tylko plotki. Ale edycja specjalna była właśnie zabiegiem mającym na nowo rozkręcić zainteresowanie wokół filmów. Lucas, już w czasie kiedy kina emitowały klasyczną trylogię, miał nakręconą większość materiału do nowego filmu.

Co ciekawe, w Polsce pierwsza informacja dotycząca premiery „Mrocznego Widma” pojawiła się w dniu dość niefortunnym, mianowicie 1 kwietnia 1999, czyli w „prima aprilis”. Dzięki miesięcznikowi „Film”, na którego okładce pojawił się nastoletni Obi-wan i odmłodzony Yoda, jasno wynikało, że jest na co czekać. We wrześniu tego samego roku, film pojawił się w kinach. Kolejki na premierę były kolosalne. Niestety szybko się okazało, że nie bardzo było na co czekać.

I tu zdania fanów są podzielone. Jedni są zadowoleni, inni odsądzają Lucasa od czci i wiary. Według nich „Mroczne widmo” wcale nie jest mroczne, humor w postaci Jar-Jara jest wymuszony i raczej żenujący, a ilość komputerowych efektów jest wręcz przytłaczająca. Ale Lucasowi udało się: „Star Wars” znowu były na ustach wszystkich. Co prawda, wiele osób średnio sobie radziło z pojęciem sequela (sam pamiętam, że w 1999 mało kto znał to określenie). Niektórym trudno było zrozumieć, że nowszy film opowiada o wydarzeniach de facto starszych.

Epizod II pojawił się w 2002 roku. Niestety, miał poważną konkurencję w postaci „Władcy pierścieni”, który niepodzielnie królował na ekranach. Dlatego też premiera, zarówno „Ataku Klonów” jak i „Zemsty Sithów”, została przesunięta, by nie konkurować bezpośrednio z trylogią Petera Jacksona. Fani nie są zgodni co do tego, czy to „Mroczne Widmo”, czy też może „Atak klonów” był najgorszym z nowych epizodów. Z jednej strony „Mroczne Widmo” było filmem oczekiwanym, z drugiej strony – „Atak Klonów” jest mniej cukierkowy (i mniej w nim Jar-Jara). Prawie wszyscy są jednak zgodni, że „Zemsta Sithów” z 2005 roku jest najlepszą częścią. Mrok i realizm opowieści po raz kolejny przyniosły oczekiwany efekt.

Warto przypomnieć, że w 2004 pojawiła się ponownie odświeżona edycja specjalna DVD. Ale i tu nie obyło się bez błędów wytkniętych przez ortodoksyjnych fanów. A to, że Han strzela pierwszy do Greeda (slogan „Han shot first” stał się równie kultowy jak wiele cytatów z filmu), albo że aktor z nowej trylogii wcielający się w Anakina, czyli Christensen, zastąpił aktora w końcowej scenie „Powrotu Jedi”, gdzie Lukowi ukazują się duchy zmarłych Mistrzów Jedi.

Skoro była nowa trylogia, poprzedzająca wydarzenia z „oryginalnych” filmów, to wielu fanów oczekuje historii, przedstawiających świat „Star Wars” w tak zwanym „po”. I tu George zdaje się sam sobie zaprzeczać. Raz mówi, że i owszem, nakręci kolejną trylogię, ale tylko po to, by za chwilę zdementować te słowa. Przekazy są więc bardzo niejasne. Wydawałoby się, że premiera „Mrocznego Widma” w technice obrazu 3D, jest kolejnym krokiem mającym rozkręcić ponownie zainteresowanie, ale nie możemy być pewni, czy Lucas przygotowuje grunt pod nowe epizody. Zwłaszcza że według najnowszych plotek, Lucas przechodzi na emeryturę od ambitniejszych superprodukcji i na nowo chce się poświęcić kinu jego młodości, czyli filmom eksperymentalnym.

Po fantomie „Star Wars”, w 2007 przewinęła się także taka plotka, że Lucas pragnie, zamiast następnej trylogii, nakręcić siódmą część, czyli znowu prequel . Tym razem akcja miała się dziać w czasach młodości Yody i opowiadać właśnie o nim. Niemniej informacja ta okazała się tylko plotką. Zamiast przygód młodego Yody, fani otrzymali jednak w 2008 roku kolejne „Wojny klonów”, czyli serial i jeden film kinowy. Mówię kolejne, ponieważ serial animowany (animacja tradycyjna stworzona przez Gendy Tartakowsky’ego) o tym tytule, był już wcześniej, bo odcinki były emitowane w roku 2005 i opowiadały o wydarzeniach dziejących się miedzy II a III epizodem. Kolejne, tym razem animowane komputerowo „Wojny Klonów”, również dzieją się w tym samym czasie, ale zdają się przeczyć wydarzeniom z poprzedniego serialu, jak i fabułom licznych komiksów i książek. Lucas się tym jednak nie przejmuje i zleca produkcje następnych sezonów. Obecnie w Polsce gości sezon trzeci, a w Ameryce kończy się już czwarty, lecz na tym nie koniec.

Zapowiadają też dwa nowe seriale. Jeden ma być skierowany do młodszych widzów (jakby „The Clone Wars” nie był), ale o nim brak jakichkolwiek konkretnych, i przede wszystkim potwierdzonych, informacji. Drugi serial ma jednak być aktorski i w związku z nim pojawiły się już pewne konkretne wieści. Wiadomo już, że rozpoczęły się zdjęcia, że fabuła ma się rozgrywać w czasie między III a IV epizodzie. Nie będzie on jednak traktował o rycerzach Jedi czy postaciach pierwszoplanowych. Ma być o tym, jak Imperium dochodziło do władzy, o przemytnikach, piratach i kosmicznych gangsterach. Czyli ma być mrocznie. A to, jak już wiemy, zapewnia sukces marce. Kiedy będziemy mogli obejrzeć ten realistyczny serial, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jest na co czekać.

Jak widać, „Star Wars” nie potrzebuje, póki co, kolejnej trylogii, prequeli, by było o czym mówić. George Lucas doskonale wie, jak ożywiać co jakiś czas słabnące zainteresowanie światem rycerzy Jedi. A to, kiedy będzie zmuszony zekranizować kolejne scenariusze, które, jak twierdzi od ponad trzydziestu lat, są napisane, to tylko czas pokaże.

Dyskusja