Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Seks, krew i pseudomedycyna – recenzja filmu „Elza – Wilczyca z SS”

Niemieckie obozy koncentracyjne stanowiły w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia jedno z najważniejszych źródeł inspiracji dla twórców kina eksploatacji. Powstało wówczas wiele filmów, które z biegiem czasu zyskały miano kultowych w obrębie swojego gatunku. Szokowały, gorszyły, wzbudzały głośne protesty, lecz znalazły szerokie grono odbiorców. Jedną z najważniejszych produkcji z rodzaju nazi-exploitation jest „Elza – Wilczyca z SS” w reżyserii Dona Edmondsa, znajdująca się w czołówce najbardziej udanych obrazów tego typu, a przez wielu uważana za niedościgniony wzór w tej kategorii horroru.

Bohaterką filmu jest Ilsa, piękna pani komendant obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Fanatycznie oddana narodowosocjalistycznej ideologii, odpowiada za pseudomedyczne eksperymenty przeprowadzane na więźniach. Próbuje udowodnić, że w warunkach ekstremalnych kobiety wykazują się dużo większą wytrzymałością, niż mężczyźni. Już wkrótce o rezultatach badań ma się przekonać niemiecki generał, zapowiadający wizytację w obozie. Tymczasem, na wieść o zbliżaniu się wojsk alianckich, więźniowie przygotowują bunt przeciwko oprawcom.

„Elza – Wilczyca z SS” posiada wszystko to, co sympatycy kina eksploatacji cenią w swoim ulubionym gatunku: począwszy od brutalności, poprzez nagromadzenie erotyki, na szczypcie kiczu skończywszy. Każdy z tych elementów zasługuje jednak na osobne omówienie, jako że wszystkie w równym stopniu decydują o wartości opisywanej produkcji.

Zacznijmy od brutalności. Don Edmonds, jak przystało na twórcę exploitation, próbuje szokować odbiorcę drastycznością pokazywanych obrazów. Jest w tym bardzo skuteczny i bez znaczenia jest fakt, iż od premiery filmu minęło już blisko czterdzieści lat. Owszem, pewne detale zdążyły się zestarzeć (elementy służące do charakteryzacji oszpeconych postaci, ketchupowa krew), jednak w „Elzie…” nie brakuje scen i obrazów, których oglądanie przy spożywaniu posiłku może grozić przykrymi konsekwencjami, i które nie dają się łatwo wymazać z pamięci widza. Za przykład niech posłuży wtargnięcie ledwo żywej więźniarki do sypialni tytułowej Ilsy – scena, która dla wielu dzisiejszych produkcji mogłaby stanowić wzór, w kwestii stopniowego budowania napięcia u oglądającego. Wśród innych, podobnie poruszających obrazów jest biczowanie dwójki polskich więźniów czy zbiorowy gwałt strażników obozu na jednej z więźniarek. Scenarzyści ponadto kilkakrotnie zaskakują widza obrazami bardziej wyszukanych tortur, by wspomnieć więźniarkę z pętlą zawiązaną na szyi i stąpającą po bryle lodu , konającą w męczarniach podczas uczty esesmanów, przy okazji wizyty generała w obozie.

Osobną kwestię stanowi erotyka, której widzom nie poskąpiono. Scen seksu lub o erotycznym charakterze jest w „Elzie…” więcej, niż można policzyć na palcach obu rąk. Tytułowa bohaterka ma bowiem w zwyczaju zapraszać do swojej sypialni co przystojniejszych więźniów – inna sprawa, że tym, którzy ją zawiodą, grożą rozmaite, przykre

konsekwencje, z kastracją włącznie. Widz ma jednak okazję nie tylko oglądać jej łóżkowe igraszki z więźniami. W „Elzie…” pojawiają się także obrazy seksualnych tortur, wspomniany wcześniej gwałt, seks w trójkącie, a i amatorzy perwersyjnych fetyszy nie będą zawiedzeni, gdy przekonają się, jakie upodobania posiadają niekiedy niemieccy generałowie. Co istotne, choć negatywnie odbijające się na realizmie produkcji, aktorzy i aktorki pojawiający się w scenach nagości, odznaczają się zwykle ponadprzeciętną urodą i w niczym nie przypominają wygłodzonych, udręczonych więźniów obozów koncentracyjnych, których fotografie można znaleźć w podręcznikach do historii.

Wreszcie czas na tak zwaną „kiczowatą otoczkę”, cechującą większość obrazów z gatunku kina eksploatowanego, a która dotyczy także filmu Edmondsa. Z każdą kolejną sceną widz nabiera przekonania, że fabuła tak naprawdę nie stanowi fundamentu opisywanej produkcji. Co najwyżej służy jako pewne tło, dając jedynie pretekst do ukazania treści, których na ogół poszukuje się w exploitation. Postacie, poza nielicznymi wyjątkami, są płytkie i jednowymiarowe. Całości dopełnia scenografia – nienajgorsza w przypadku scen wewnątrz budynków, jednak w przypadku samego obozu obnażająca niewielki budżet produkcji. Dość wspomnieć, że przez większość projekcji (poza końcówką) widać co najwyżej kilka baraków, kilkunastu więźniów, a rekwizytów jest jak na lekarstwo. Gdyby nie kostiumy niemieckich strażników i dwie drewniane wieże strażnicze, teren, na którym kręcono film, w niczym nie przypominałby hitlerowskiego obozu.

Aktorzy zatrudnieni do udziału w filmie Edmondsa, w znakomitej większości nie pokazali niczego nadzwyczajnego. Odtwórcom ról męskich, jak Gregory Knoph i Tony Mumolo, scenariusz dał niewiele okazji do wykazania się, a w scenach, w których wystąpili, zaprezentowali się przeciętnie. Podobnie jest z żeńską częścią obsady, za wyjątkiem Dyanne Thorne, która bezbłędnie wcieliła się w główną bohaterkę. Ilsa, grana przez Thorne, jest jednym z największych atutów filmu. W jednej chwili okrutna i bezwzględna pani komendant, a w następnej – namiętna kochanka. W obu tych rolach Thorne daje się widzowi bardzo dobrze poznać. Osobliwe aktorskie umiejętności, w połączeniu z niepospolitą urodą Dyanne Thorne, sprawiają, że trudno jest widzowi pozostać obojętnym na jej wdzięki.

„Elza – Wilczyca z SS” to klasyk nazi-exploitation i jako taki powinien zostać obejrzany przez każdego szanującego się miłośnika gatunku. Wszystkie elementy kluczowe dla kina eksploatacji stoją w nim na wysokim poziomie, nie należy obawiać się rozczarowania. Zdecydowanie jednak nie powinny go oglądać osoby nieletnie bądź o wrażliwych żołądkach, a także wszyscy ci, którzy źle reagują na nadmiar erotyki bądź drastyczności w kinie grozy.

Ocena: 4/5

Dyskusja