Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zmarnowany potencjał – recenzja książki „Rezydent wieży. Księga I”

Od czasu do czasu Polskiej fantastyce przydałoby się trochę „świeżej krwi”. Mimo iż można wyliczyć sporo bardzo dobrych dzieł rodzimych autorów, to jednak najpopularniejsi pisarze mają tendencję do szybkiego wypalania się. Takim powiewem świeżości miało być dzieło Andrzeja Tuchorskiego, laureata konkursu na powieści zorganizowanego przez portal magazynu „Nowa Fantastyka”. „Rezydent wieży”, według zapowiedzi, miał być książką pełną szalonych przygód z potężnym magiem w roli głównej. Jednak czy którakolwiek z obietnic została spełniona?

Niestety, zapewnienia wydawcy są co najmniej mylące. Miast elektryzujących opowieści o niezwykłych czynach wielkiego czarodzieja, do rąk czytelnika trafia zbiór pięciu przeciętnych opowiadań. Świat bohaterów, stylizowany na Imperium Rzymskie, jest pełen Szkarłatnych Klejnotów, Mroźnych Pustkowi czy Czarnych Władców, i choć podejście autora do tych ostatnich jest nieco żartobliwe, to schematyczność wylewająca się z kart książki jest boleśnie odczuwalna.

Głównym bohaterem, a jednocześnie spoiwem wszystkich opowiadań, jest Klavres – młody mag, który dzięki uśmiechowi losu został rezydentem wieży Irrum. Nie jest to jednak typowy czarownik poszukujący wiedzy czy mędrzec niosący światło mądrości, a raczej postać, która częściej pojawia się w sesjach i grach RPG niż w książkach. Klavres zajmuje się handlem i identyfikacją magicznych przedmiotów, sprzedażą map i mikstur oraz udzielaniem ogólnych rad młodym awanturnikom. Jak łatwo można się domyślić, położenie maga nie daje wielu możliwości na przeżycie ekscytujących przygód. W błędzie jednak będzie ten, kto sądzi, że ta sytuacja bohaterowi przeszkadza. Czytelnik szybko zdoła się przekonać, iż Klavres to człowiek leniwy i nieco egoistyczny, preferujący przyglądanie się z boku wyczynom wojowników, niż aktywne w nich uczestniczenie.

Na nieszczęście, poglądy głównego bohatera na przygody to jedna z niewielu oryginalnych zagrywek autora. Za inne ciekawe posunięcia można uznać również osadzenie akcji w świecie porównywalnym nie do średniowiecza, a do epoki starożytnego Rzymu, i wypełnienie języka powieści łacińskimi terminami. Wszystko to jednak wypada bardzo blado, gdy weźmie się pod uwagę nudne, schematyczne postaci, sztywne dialogi oraz sztampową i nieporywającą fabułę. Przy odrobinie dobrych chęci można by uznać, że autor celowo napisał tak wtórne dzieło, by sparodiować gatunek fantasy, lecz nawet jeśli tak było, efekt wciąż pozostaje niezbyt wciągający.

Do pisania opowiadań trzeba mieć talent, być może nawet większy niż do powieści, bo zmieścić w tak krótkiej formie ciekawe charaktery, interesującą fabułę oraz trafną puentę jest nie lada sztuką. Niestety, Andrzej Tuchorski talentem się nie popisał, i choć pomysł z „RPG-ową” postacią w roli głównej miał spory potencjał, to jednak nie został on do końca wykorzystany. W rezultacie, zamiast debiutanckiego powiewu świeżości, czytelnik otrzymuje książkę wiejącą nudą i schematami, którą, choć czyta się łatwo i szybko, to równie szybko zapomina.

Dziękujemy wyd. Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.

Ocena: 2/5

Dyskusja