Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bez lektury ani rusz – recenzja filmu „John Carter”

W 1912 roku na półkach amerykańskich księgarni pojawiła się „Księżniczka Marsa”. Powieść, wraz z kolejnymi częściami cyklu, szybko urosła do miana kultowej, wyznaczając nową jakość w literaturze fantastycznej i na wiele lat stanowiąc źródło inspiracji dla pisarzy i filmowców tworzących w gatunku science-fiction. Dokładnie sto lat po premierze książki, do kin trafiła zrealizowana z wielkim rozmachem ekranizacja w reżyserii Andrew Stantona. Produkcja, kosztująca Disney’a ponad 250 milionów dolarów, jest filmem zarówno dobrym, jak i słabym – w zależności od tego, z jakiej perspektywy go oceniać.

John Carter to młody weteran wojny secesyjnej, który w nadzwyczajnych okolicznościach zostaje przeniesiony na Marsa. Szybko uzmysławia sobie, że dzięki mniejszemu przyspieszeniu grawitacyjnemu na Czerwonej Planecie, jego ciało uzyskało możliwości, jakich nigdy nie posiadłby na Ziemi. Carter zyskuje niemal nadludzką siłę, a ponadto potrafi skakać na wielkie odległości i wysokości. Wkrótce odkrywa, iż Mars, zwany przez tubylców Barsoom, zamieszkiwany jest przez liczne inteligentne rasy. Mieszkańcy planety znajdują się jednak na skraju wojny. Konflikt pomiędzy Tarsem Tarkasem i księżniczką Dejah Torris przybiera na sile, a Carter zdaje sobie sprawę, że los mieszkańców Barsoom spoczywa w jego rękach.

Tym, co wśród widowni „Johna Cartera” wzbudzi największe kontrowersje i różnice zdań, jest scenariusz. Pracowały nad nim aż trzy osoby – Michael Chabon, Mark Andrews i reżyser Andrew Stanton, wyłączywszy Edgara Rice’a Burroughsa, autora literackiego pierwowzoru. Zmiany w stosunku do książki bywają niekiedy dość istotne. Zmodyfikowane zostało zakończenie, a ponadto wpleciono wątki z późniejszych tomów cyklu. Nie brakuje jednak takich rozwiązań fabularnych, w przypadku których scenarzyści zdecydowali się na wierność wobec powieści. Wziąwszy pod uwagę fakt, iż na przestrzeni lat po jej premierze, kolejni twórcy (tak pisarze, jak i reżyserzy) czerpali z książki Burroughsa pełnymi garściami, dziś wiele z tych wątków sprawia wrażenie płytkich, a niekiedy wręcz banalnych. Umiarkowany happy end, poprzedzający pojawienie się napisów końcowych, wzbudził gromki śmiech wśród widzów obecnych w kinie na seansie, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Scenariusz w „Johnie Carterze” jest do bólu przewidywalny, i to nie tylko dla osób, które zdecydowały się przeczytać książki Burroughsa przed udaniem się do kina. Osoby znające science-fiction od podszewki, oczekujące od Stantona jak najwierniejszego odwzorowania ducha powieści, z pewnością przymkną oko na te braki i z satysfakcją oddadzą się rozrywce. Ci, którzy przed zakupem biletu do kina nie pofatygowali się do biblioteki i nie sięgnęli po literacki pierwowzór, zarzucą scenarzystom, że ich dzieło jest infantylne, sztampowe i pozbawione elementu zaskoczenia.

Aktorstwo w „Johnie Carterze” prezentuje się dość przeciętnie. Większość spośród odtwórców kluczowych ról spisuje się przyzwoicie, chociaż brakuje kreacji, które na dłużej zapadłyby w pamięć widza. Wyjątkowo dobre wrażenie robi Lynn Collins, wcielająca się w księżniczkę Dejah Thoris, choć jest to w równej mierze zasługa jej aktorskich umiejętności, jak i nieprzeciętnej urody oraz wyjątkowo dobrej charakteryzacji. Taylor Kitsch, a więc odtwórca tytułowego bohatera, zaprezentował bardzo nierówne aktorstwo. W niektórych scenach spisuje się znakomicie, lecz nie brakuje i takich, w których wypada nad wyraz słabo. Podobnie jest z Thomasem Hadenem Churchem. W roli Tal Hajusa zdecydowanie zabrakło mu charyzmy. Epizodyczną rolę miał też do odegrania Ciaran Hinds, słynący ze świetnej kreacji Gajusza Juliusz Cezara w serialu „Rzym” Allena Coultera. Jako Tardos Mors w „Johnie Carterze” wypada bardzo korzystnie, mimo że scenarzyści nie dali mu większego pola do popisu. Rewelacyjną postacią jest natomiast Woola – wierny pupil Cartera i Soli, przedziwny stwór, będący marsjańskim odpowiednikiem psa, choć w filmie Andrew Stantona jest zdecydowanie bardziej sympatyczną istotą, niż w powieści Burroughsa.

Efekty specjalne w „Johnie Carterze” stoją na wysokim poziomie, jednak w przypadku filmu o tak wysokim budżecie trudno wyobrazić sobie, by było inaczej. Twórcy dołożyli wszelkich starań, by Tharkowie, Woola, czy inne istoty, których przedstawienie i animacja wymagały użycia komputerowych technologii, wyglądały jak należy. Znakomicie udała się scena walki na arenie. Bardzo zawiodły natomiast efekty trójwymiarowe, których w „Johnie Carterze” jest jak na lekarstwo. W filmie Stantona nie uświadczymy spektakularnych bitew, w których rozmaite efekty „wylatują” z ekranu w stronę widza, tak jak miało to miejsce chociażby w przypadku „Avatara”. Dość wspomnieć, iż „Johna Cartera” dałoby się bez większych problemów obejrzeć nawet po zdjęciu okularów 3D. Takie potraktowanie technologii trójwymiarowej drażni, zwłaszcza w obliczu faktu, iż sam dopisek „3D” w tytule znacząco podnosi cenę kinowego biletu. Dodatkowych kilka, bądź kilkanaście złotych za efekty, których praktycznie nie ma – oto, do czego sprowadza się trójwymiar w filmie Stantona.

Mocną stroną „Johna Cartera” jest za to muzyka skomponowana przez Michaela Giacchino. Cechuje ją różnorodność – począwszy od dynamicznych, budujących napięcie dźwięków, a skończywszy na patetycznych motywach, prowokujących widza, by sięgnął po płytę z muzyką do tego filmu. Niektóre z nich wykorzystywane są momentami nieco na siłę, w sposób nachalny, jednak nie zmienia to faktu, iż jako samodzielne utwory bywają skomponowane wręcz bezbłędnie i znajdują trwałe miejsce w pamięci widza.

Decyzję o tym, czy udać się do kina na najnowszą produkcję Andrew Stantona, warto uzależnić od stosunku do książek Burroughsa. Miłośnicy „Księżniczki Marsa” będą czerpać z seansu dużo większą przyjemność niż ci, którzy jej nie czytali, gdyż Stanton rewelacyjnie oddał ducha powieści. Inni – zwłaszcza ci, którzy wcześniej z Burroughsem i Johnem Carterem nie mieli żadnego kontaktu – narzekać będą na sztampowość i przewidywalność scenariusza oraz na fabularne banały, których nie sposób uniknąć w przypadku ekranizacji powieści sprzed stu lat. „John Carter” jest filmem, który broni się wyłącznie jako ekranizacja. Jako samodzielny obraz, oderwany od literackiego pierwowzoru, skazany jest na niepowodzenie.

Ocena: 2/5

Dyskusja