Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Koniec końców razy dwa – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 6/2011”

W czternastym numerze „Fantasy Komiks” czytelnicy otrzymają wreszcie upragniony finał. A raczej finały, bo dwie historie dotarły do finiszu.

Zacznę te recenzję od finału chyba najbardziej oczekiwanego przez czytelników. Mowa tu oczywiście o „Rozbitkach z Y’thaqu”. Warto od razu odnotować, że polska premiera odbyła się praktycznie zaraz po francuskiej. Od prawie dwóch lat seria ta gościła na łamach „Fantasy komiks” i jak dowodzą internetowe ankiety oraz sondaże, tytuł ten zaskarbił sobie największą sympatię czytelników. A teraz wreszcie doczekaliśmy się końca. I to końca, który zapowiadały przynajmniej dwie – trzy ostatnie części tej opowieści. Cały czas wszystko zmierzało do kulminacji i rozwiązania zagadek stawianych przed bohaterami, ale notorycznie chwila ta była odwlekana. Odwlekana trochę nawet przesadnie długo, aż powoli zaczynało to już nużyć.

Wiadomo, czym dłużej się na coś czeka, tym większe robi sobie czytelnik nadzieje. I niestety, jeśli nie zostaną one spełnione, to tym większe jest rozczarowanie. Finał „Rozbitków” okazał się, na nieszczęście dla tak dobrej serii, właśnie rozczarowaniem. Jest kuriozalny i zupełnie nie pasujący do całego stylu serii. Dotychczasowe odcinki utrzymane były w konwencji S-F połączonego z klasycznym fantasy, nie pozbawionego jednak realnej brutalności i nie zawsze pomyślnych dla bohaterów zwrotów akcji. Niestety, finisz w przeciwieństwie do tego, co wymieniłem, okazał się cukierkowy i nieco naiwny. Nie będzie to chyba zbytnim spoilerem jeśli napomknę, że ostatecznie zwyciężyła poezja.

Styl rysowania wcale nie zmienił się w porównaniu do poprzednich odsłon tego tytułu. Nie ma co się więc dalej rozwodzić nad kreską Flocha, nadal stoi na wysokim poziomie i można się o niej wypowiadać wyłącznie w samych superlatywach. W jego komiksie połączono wszystkie najlepsze przymioty francuskiej szkoły rysowania: proste kontury, ale postacie obfitują w szczegóły. Kolory jak i cieniowanie dobrze ze sobą współpracują, tworząc przyjemne dla oka obrazy. Zarówno pierwszy jak i drugi plan kadrów jest dokładnie dopracowany, bez przesadnych uproszczeń.

Następcą Flocha w drugim komiksie, który również znalazł swoje uwieńczenie w tym numerze antologii, jest młody i obiecujący rysownik Ceyles. To właśnie on w trakcie trwania serii przejął pieczę nad wizualną stroną serii „Sloka”. Choć jego ręka nie jest jeszcze tak pewna jak poprzednika, widać , że wzorował swoje prace właśnie na stylu Flocha. Można śmiało wysnuć tezę, że za kilka lat jego warsztat wespnie się na wyżyny rysunkowego kunsztu. Aktualnie jednak jego prace nie pozbawione są delikatnej nutki baśniowej naiwności, która trochę kłóci się z poprzednim stylem.

Jeżeli chodzi o finał „Sloki”, to nie jest on rozczarowaniem jak w przypadku „Rozbitków z Ythagu”. Odcinków tej serii było mniej, więc kulminacja nie była przeciągana ponad miarę, a i oczekiwania względem niej nie były tak duże. Co prawda, jest to dopiero koniec pierwszej serii cyklu, tak więc możemy spodziewać się dalszej części przygód Sloki.

Sam komiks to w sumie finałowa walka. Pełen jest pojedynków, walk, napięcia i zwrotów akcji. Szala zwycięstwa przechyla się z jednej strony na drugą i aż do ostatniej chwili nie możemy być pewni, czy Sloce się uda i odniesie zwycięstwo. Bez ofiar się nie obędzie, pamiętajmy, że jego przewodnikiem jest bóstwo Zemsty.

Ostatnim komiksem, dla którego znalazło się miejsce w czternastym tomie antologii, jest „ Zmierzch bogów”. To komiksowa adaptacja mitów germańskich i znanej opery Wagnera. Świat wikińskich bogów ciągle miesza się z naszym – ludzkim. Każdy bóg ma swoje słabości i wady, bardzo zbliżone do ludzkich. Nawet ich przywódca, Odyn, trapiony jest ciężkim brzemieniem własnych decyzji. Wydawało mu się, że przeklęty pierścień, który jest powodem jego zmartwień, został ukryty i dobrze strzeżony. Ale nic bardziej mylnego. Heros, który jest w stanie go odzyskać i znów przynieść jego przekleństwo światu bogów, nie dość, że się narodził, to jeszcze właśnie skończył swoje treningi. Zmierzch bogów nadchodzi!

Najlepiej zilustrowanym przez Dijefa momentem tej opowieści, jest właśnie walka młodzieńca z pilnującym pierścienia smokiem Fafnirem. Płomienie bestii tryskają na wszystkie strony, a dynamiczny układ kadrów sprawia złudzenie ruchu. Aż trudno oprzeć się wrażeniu, że nie ogląda się statyczny kadrów, ale ruchomą animację.

Wszystkie dłuższe historie przedzielone są jednostronicowymi, humorystycznymi opowiastkami. Stało się już to tradycją. Co ciekawe, opowieści o krasnoludach i goblinach nadal potrafią rozśmieszyć i rozbawić swymi dowcipami oraz alegoriami do znanych historii fantasy.

W tym tomie „Fantasy komiks” znalazł się także kolejny artykuł publicystyczny, tym razem dotyczy on najnowszych informacji ze świata Thorgala. Warto się z nim zapoznać, ponieważ nawet najzagorzalsi fani tej serii mogą dowiedzieć się kilku nieznanych dotąd ciekawostek.

„Fantasy komiks” to seria, która prezentuje zdecydowanie najlepsze komiksy gatunku. Nic dodać do tego zdania nie można. No, może oprócz tego, że cały czas otrzymujemy pełne albumy w bardzo atrakcyjnej cenie. Oby tak dalej!

Dyskusja