Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Koniec wakacji od ratowania świata – recenzja komiksu „Star Wars: Dziedzictwo. Potwór”

Cykl „Star Wars: Dziedzictwo” to najdłużej wydawana w naszym kraju seria komiksów z odległej galaktyki. Cieszy się też największą popularnością wśród czytelników. A teraz, wraz z kolejnym tomem, zatytułowanym „Potwór”, zbliżamy się powoli do zakończenia tego cyklu.

W galaktyce wciąż toczy się wojna domowa. I to na szeroką skalę, ponieważ frontów jest kilka: przymierze rycerzy Jedi, niedobitki Sojuszu, siły wierne Imperatorowi Feelowi oraz Imperium „Jedynego Sitha”. Na dodatek pogłoski o śmierci Dartha Krayta komplikują zaognioną już sytuację. Dlatego też siły Imperatora Feela postanowiły sprzymierzyć siły z Jedi i Sojuszem przeciwko Sithom. Ale ci wcale nie powiedzieli w tym konflikcie ostatniego słowa. Szykują nową broń, która może odwrócić szale zwycięstwa na ich stronę.

Album zawiera dwa rozdziały. Pierwszy z nich – „Podzielona lojalność”, która przybliża nam opisane powyżej wydarzenia. Drugi – „Potwór”, to część główna albumu i zajmuje jego zdecydowaną większość. Ponownie scenariusz skupia się na osobie Cade’a Skywalkera, który mimo wakacji od ratowania galaktyki, wbrew swej woli zmuszony jest biec na jej ratunek. Znowu. Nie będzie zaskoczeniem, że wcale nie jest z tego powodu zadowolony. Ale gdy ratowanie świata zaczyna się od ocalenia życia jego najbliższych, ten arogancki pirat udowadnia, że ma jednak serce na właściwym miejscu. Zwłaszcza, że tym razem Blue jest w niebezpieczeństwie, a Cade’a zaczynają łączyć z nią głębsze i cieplejsze uczucia.

W komiksie, oprócz głównych bohaterów i schwarzcharakterów, wprowadzono jeszcze całkiem sporą liczbę nowych jak i starych postaci z drugiego planu. Wszystkie wątki zaczynają się powoli zazębiać i prowadzić do kulminacji. Do jednej z najciekawszych historii pobocznych na pewno można zaklasyfikować kwestie dotyczące każdego z Imperialnych Rycerzy. Oni także pojawiają się w „Potworze”. Ich mistrz, Sinde, powraca na Bastion, by znów czynnie służyć Imperatorowi. Nie wszyscy są jednak tak bezwarunkowo pewni swojej lojalności jak on. Zwłaszcza że dla niektórych od lojalności względem Feela, ważniejsza jest miłość.

Komiks , jak już wspominałem, powoli zaczyna przybliżać nas do zakończenia serii „Dziedzictwo”, nie oznacza to jednak, że jest to definitywny koniec historii dziejącej się w przyszłości świata „Star Wars”. W Ameryce wydawane są już komiksy z serii „Legacy: War” (Dziedzictwo: Wojna). A ponieważ dotychczasowa seria trzyma wysoki, równy poziom, to pozostaje żywić nadzieję, że i ten cykl ukaże się w naszym kraju.

Dave Ross zajął się rysunkami do pierwszego rozdziału, czyli do historii pt. „Podzielona Lojalność”. Chociaż jego prace są zdecydowanie prostsze i oszczędniejsze w detale niż rysunki Jan Duursemy , to i tak ogląda się je z przyjemnością. Nie można podejść do nich jednak tak zupełnie bezkrytycznie. Co bardziej wymagający czytelnik będzie miał z pewnością pewne zastrzeżenia względem jego warsztatu. Zwłaszcza do niezbyt trafnej kolorystyki. Na niektórych rysunkach barwy wydają się sztuczne i niedbale dopasowane, a użyty zbyt mocno światłocień tylko potęguje to wrażenie.

Na szczęście większość tego tomu „Dziedzictwa” , czyli opowieść „Potwór”, został zwizualizowany przez niekwestionowaną mistrzynię świata Star Wars – Jan Duurseme. Rysowniczka nigdy nie miała żadnych problemów, ani z kolorem, ani z cieniowaniem, ani tym bardziej z lineartem. Jej prace zawsze cieszą oko klasyczną, ale jednocześnie realistyczną, komiksową kreską. Jej prace są dość charakterystyczne dla amerykańskiej szkoły komiksu. Nie ma w nich jednak przesady i przerysowań.

Do jej najciekawszych rysunków, przedstawionych w tej części cyklu, można z pewnością zaklasyfikować rysunki pomiotów Yuzghan-Vongów. Widać, że te bestie i przeistoczone istoty są teraz odrażającymi maszkarami rodem z sennych koszmarów. Mają liczne kolce i kły, nie takie, jakie można zobaczyć u naturalnie występujących, zdrowych drapieżników. Te istoty to mutanty – tytułowe „Potwory”.

Dziewiąty tom „Dziedzictwa” w końcowym zestawieniu okazuje się naprawdę dobrą i porządnie przedstawioną historią. Nie bez drobnych wad, ale zdecydowanie tej części cyklu należy się najwyższa nota. Jeśli ktoś się jeszcze waha przed zakupem i skompletowaniem całej opowieści, powinien śmiało zaryzykować zakup – na pewno nie będzie na żałował.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont, za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Dyskusja