Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Najgorszy potwór tkwi w nas samych – recenzja filmu „Nocne plemię”

Gdy mówimy: Clive Barker, przed oczami staje nam Pinhead i jego świta z najbardziej przerażającego filmu lat 80 – „Hellraiser”, albo dzierżący olbrzymi hak Candyman. A jednak można wytypować tylko jeden film, w którym zagęszczenie charakterystycznych postaci sięga zenitu. Mowa tu oczywiście o „Nocnym plemieniu” lub jak kto woli „Stowarzyszeniu umarłych dusz”.

Główny bohater, imieniem Aaron Boone, to, jak mogłoby się wydawać, typowy młody człowiek żyjący na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Ma jednak nietypowe jak na młodego człowieka problemy. Co noc śnią mu się dość sugestywne koszmary. Odwiedza w nich tajemnicze miejsce o nazwie Midian, cmentarzysko zamieszkałe przez przedziwne istoty. Jak szybko się okazuje, to miejsce istnieje także na jawie.

Ale na tym nie koniec problemów głównego bohatera. Boone jest oskarżony o zbrodnie, których nie popełnił. Ktoś w bestialski sposób morduje kolejne rodziny. Mimo iż mogłoby się wydawać, że to sprawka bezlitosnych demonów, stoi za tym najgorszy z możliwych potworów: człowiek. I to obłąkany. Istoty, które zamieszkują cmentarzysko, pragną jedynie zapomnienia oraz spokoju. Przetrwały liczne inkwizycje i egzorcyzmy, i nie maja ochoty mieszać się w ludzkie sprawy.

„Nocne plemię” to film niedoceniany i mało znany, a mimo to zasługujący na uwagę. Zwłaszcza za sprawą doskonałej scenografii i kostiumów. Te ostatnie są dopracowane do tego stopnia, że klimat, jaki tworzą, dziś byłby nie do uzyskania za pomocą komputerowych trików

Charakterystyczna dla Barkera strona wizualna połączona z niesamowitą oprawą dźwiękową tworzy unikalną atmosferę grozy, mistycznych tajemnic i nieludzkich mocy. Najbardziej wyróżniają się klimatyczne chóry, które okraszają scenę pierwszej wizyty w Midian.

Gra aktorska stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie jak na tak mało znanych aktorów. Zarówno Craig Sheffler, wcielający się w główną postać, jak i David Cronenberg, grający Dr. Deckera, świetnie wywiązali się ze swoich ról. Na twarzy doktora naprawdę widać zimne, wyrachowane podejście oraz brak głębszych uczuć. Nie sposób zaprzeczyć, że aktor wraz z reżyserem wykreowali jednego z najbardziej charakterystycznych zabójców kina grozy.

Film obfituje w całą masę wątków pobocznych, nie ograniczając się tylko do głównego bohatera, jego wątpliwości i uczuć. To także opowieść o potworach, ale nie tych żyjących na cmentarzu, ale o tych, które tkwią w nas samych. Niektórzy z nas umieją je pokonać, inni jednak pozwalają im zapanować nad swoim życiem i przejąć nad nim kontrolę.

Trudno jest zaklasyfikować ten film jednoznacznie jako horror. Ci, którzy dojdą do wniosku, że to bardziej obraz spod znaku fantasy, wcale nie będą w błędzie, chociaż nie brak w „Nocnym Plemieniu” scen krwawych i trzymających w napięciu, tak charakterystycznych dla filmów grozy.

Obraz ten kończy się dość nietypowo, w sposób bardzo mocno sugerujący kontynuację. Niestety, chociaż upłynęło ponad dwadzieścia lat od jego premiery i mimo licznych plotek na ten temat, nigdy nie doczekaliśmy się drugiej części „Nocnego Plemienia”. A szkoda, ponieważ ten dynamiczny obraz, pełen wartkiej akcji, ze wszech stron godny jest dopowiedzenia, co było dalej.

„Nocne Plemię” nie wiele ustępuje „Hellraiserowi” czy „Candymanowi” pod względem złożonej fabuły, archetypów bohaterów czy dynamicznie rozwijającej się akcji. To naprawdę dobra produkcja, z którą każdy szanujący się miłośnik horrorów powinien prędzej czy później się zapoznać.

Ocena: 5/5

Dyskusja